Świętej pamięci dr inż. Witold Mieszkowski jako jeden
z pierwszych pojawił się w 2012 roku na powązkowskiej Łączce, gdy rozpoczęły się prace poszukiwawcze
i ekshumacyjne.
Dzisiaj na Powązkach w Warszawie odbędą się uroczystości pogrzebowe śp. dr. inż. Witolda Mieszkowskiego, architekta urbanisty, syna dowódcy floty komandora Stanisława Mieszkowskiego, zamordowanego przez władze komunistyczne. Przez kilkadziesiąt lat walczył o odnalezienie miejsca pochówku ojca oraz dwóch skazanych z nim komandorów. W pewnym momencie
drogi Panów się spotkały.
– Pan Witold Mieszkowski był przez całe życie strażnikiem pamięci. Był człowiekiem, który w niezwykły sposób,
z ogromnym, osobistym zaangażowaniem, walczył
o pamięć ofiar systemu komunistycznego. Nie tylko
o pamięć zamordowanego w więzieniu na Rakowieckiej swojego ojca komandora Stanisława Mieszkowskiego, ale także komandorów: Zbigniewa Przybyszewskiego i Jerzego Staniewicza, oraz wielu innych ofiar, które skazano na karę śmierci i następnie stracono w więzieniu przy Rakowieckiej w Warszawie, grzebiąc ich później na terenie powązkowskiej Łączki.
W tej walce zawsze był bezkompromisowy. Mówił o Łączce, że „nikomu nie przyszło
na myśl, że filozofia komunistów może
być aż tak azjatycka”, żeby grzebać zamordowanych na śmietnisku.
– Kiedy wspominamy pana Witolda Mieszkowskiego,
na pewno mamy przed sobą obraz niezwykłego człowieka, który przez kilkadziesiąt lat swojego życia walczył
o prawdę i pamięć. Przypomnę jedną charakterystyczną sytuację. W połowie lat 50. trafił przed oblicze prokuratora Stanisława Zarakowskiego, który w gabinecie powiedział młodemu Witoldowi, że jego ojciec był bandytą. Pamiętamy znaną ze źródeł odpowiedź pana Witolda: „Nigdy nie uwierzę w to”. To pokazuje niezwykłą odwagę młodego, wtedy 11-letniego chłopca, wobec władzy – i to tej, która mogła wówczas wszystko, i niezgodę na fałszywy przekaz, który komuniści sączyli społeczeństwu polskiemu. Życie śp. Witolda Mieszkowskiego to kilkadziesiąt lat działań człowieka, który był przekonany, że krzywda,
która stała się w latach 50., musi zostać naprawiona.
Kiedy upadł system komunistyczny, był jednym
z pierwszych, który doprowadził do podjęcia starań,
by na powązkowskiej Łączce stanął pomnik upamiętniający ofiary terroru komunistycznego. Bez niego, bez jego wysiłku, tego pomnika by nie było. To był człowiek, który prawdę o ofiarach i o zbrodniach stalinizmu starał się przekazywać przez całe swoje życie.
W końcu przyszedł ten przełomowy dzień, kiedy Biuro Poszukiwań i Identyfikacji IPN wkroczyło na Łączkę i odnalazło trzech komandorów.
– Pan Witold jako jeden z pierwszych pojawił się
w 2012 roku na powązkowskiej Łączce w chwili, kiedy rozpoczęliśmy prace poszukiwawcze i ekshumacyjne na tej nekropolii. Nigdy nie zapomnę tego dnia, kiedy z małżonką i wnuczką przyszedł pozostawić u nas swój materiał genetyczny. Ten materiał okazał się bezcenny do tego, żeby uzyskać identyfikację szczątków jego ojca. On też zachęcał innych, także rodziny oficerów Marynarki Wojennej, żeby pozostawili swój materiał i dzięki temu
po pewnym czasie wszyscy komandorzy zostali zidentyfikowani i następnie z wielkimi honorami pochowani w Panteonie Marynarki Wojennej w Gdyni. Nigdy nie zapomnimy tych uroczystości pogrzebowych z udziałem wielu tysięcy mieszkańców Gdyni, a także marynarzy, którzy towarzyszyli komandorom w ostatniej drodze.
Pan Witold Mieszkowski nie zaprzestał swojego zaangażowania w walkę o prawdę nawet wtedy, kiedy szczątki jego ojca zostały odnalezione i zidentyfikowane. Pomagał dalej. Nigdy nie zapomnimy, jako członkowie ekipy poszukiwawczej Biura Poszukiwań i Identyfikacji Instytutu Pamięci Narodowej, jego obecności w wielu miejscach. Kiedy pracowaliśmy w kolejnych etapach działań na powązkowskiej Łączce w 2012, 2013, ale też
w 2017 roku, był prawie codziennym gościem podczas naszych prac. Wraz z małżonką przychodzili nas wspierać, nie tylko dobrym słowem. To były niezwykłe, bardzo poruszające gesty, których przez lata doświadczaliśmy
od niego i jego małżonki. Towarzyszył nam zarówno
na Łączce, jak i podczas prac przy ulicy Wałbrzyskiej
w Warszawie, gdzie grzebano ofiary systemu komunistycznego. Pamiętam również jego wizytę
na terenie dawnego więzienia Toledo w Warszawie.
Pan Witold był głęboko przekonany, że nasza praca jest niezwykle potrzebna, niezbędna i musi być wykonana wszędzie tam, gdzie były chowane ofiary systemu komunistycznego. Wierzył, że tak się stanie. Był człowiekiem wielkiej odwagi, wielkiej szlachetności, przekonanym, że musimy walczyć o pełne zadośćuczynienie ofiarom systemu komunistycznego.
Był jednym z tych ludzi, którzy dodawali nam sił w naszej pracy. Uważał, że wprawdzie po wielu, wielu latach, ale jednak nadszedł wreszcie czas, kiedy Polska spełnia swój obowiązek wobec ofiar systemu komunistycznego. On był jednym z tych, którzy do tego procesu doprowadzili, którzy go całym sercem wspomagali.
Świętej pamięci dr Witold Mieszkowski
czuł się także realizatorem testamentu admirała Józefa Unruga, który domagał
się „dokładnego, jasnego i publicznego ustalenia winy oraz ukarania winnych” zbrodni popełnionych na komandorach.
– Myślę, że warto dodać, że o ile pan Witold Mieszkowski miał pełne przekonanie, że Polska spełnia swoją powinność, swój obowiązek wobec ofiar systemu komunistycznego, o tyle nie uważał, że zrobiono wszystko przez ponad 35 lat, żeby osądzić sprawców zbrodni komunistycznych. Również tych, którzy zamordowali polskich komandorów.

