logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Trwa walka gospodarcza

Środa, 25 lutego 2026 (08:53)

Aktualizacja: Środa, 25 lutego 2026 (14:22)

Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem

Francuskie koncerny zbrojeniowe z rosnącą irytacją patrzą na kontrakty, które Rumunia podpisała z niemieckimi firmami w ramach unijnego instrumentu SAFE. Zbliża się otwarta wojna o miliardy euro i wpływy
w europejskim przemyśle obronnym?

– Nie mam wątpliwości, że stawką są ogromne pieniądze
i jeszcze większe interesy. Im więcej mówi się o kulisach tych decyzji, tym wyraźniej widać, że toczy się twarda gra gospodarcza. I zanim ktoś spróbuje tę dyskusję uciszyć, warto powiedzieć jasno: zbrojenia są dziś koniecznością. Europa musi modernizować armie, inwestować w nowe technologie, rozwijać systemy bezzałogowe, sztuczną inteligencję, precyzyjne uzbrojenie. Co do tego panuje zgoda. Nikt rozsądny nie kwestionuje potrzeby wzmocnienia potencjału militarnego. Ale nie bądźmy przy tym naiwni. Tam, gdzie pojawiają się wielomiliardowe kontrakty, natychmiast uruchamia się brutalna rywalizacja. Niemcy i Francuzi dysponują silnym przemysłem obronnym i naturalnie chcą, by to do nich płynęły środki z unijnych instrumentów.

Czy są najlepsi?

– To już kwestia oceny. W rankingach stoją wysoko,
ale rynek zbrojeniowy nie jest konkursem piękności,
tylko polem, gdzie liczą się fakty. Cała sprawa często rozbija się o to, co zapisano drobnym drukiem. O klauzule w umowach, o zasady finansowania, o ewentualne ograniczenia eksportowe, o mechanizmy blokujące dostawy w sytuacjach kryzysowych. To trochę jak
z kredytem: nie wystarczy wiedzieć, ile wynosi rata.
Trzeba przeczytać każdy paragraf i sprawdzić, co stanie
się w razie sporu, opóźnienia czy zmiany sytuacji geopolitycznej. Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym sprzęt zostaje zablokowany decyzją polityczną,
a zobowiązania finansowe pozostają w mocy. To nie jest abstrakcja, tylko realne ryzyko, które państwa muszą brać pod uwagę. Dlatego nie mówimy tu wyłącznie o ambicjach Paryża czy Berlina. Mówimy o tym, kto i na jakich zasadach będzie kształtował bezpieczeństwo regionu
w najbliższych dekadach. W tej grze nie ma sentymentów. Są interesy, twarde liczby. I właśnie dlatego emocje wokół tych kontraktów są tak duże.

To jest lekcja dla nas?

– Zdecydowanie tak. I to lekcja, której nie wolno zlekceważyć. Spór o SAFE jest w gruncie rzeczy tylko kolejnym rozdziałem większej historii, która zaczęła się przy Krajowym Planie Odbudowy. To właśnie wtedy zobaczyliśmy, jak potężnym narzędziem politycznym
mogą stać się środki finansowe, które formalnie miały być wsparciem po kryzysie. KPO pokazał, że decyzje Komisji Europejskiej nie są wyłącznie techniczne ani neutralne,
lecz często obudowane oceną polityczną i interpretacją standardów. W efekcie ucierpiała wiarygodność instytucji, która powinna stać na straży wspólnych zasad, a nie być postrzegana jako uczestnik gry interesów. I to jest sedno problemu. Nie sam mechanizm SAFE, nie konkretne kontrakty, lecz pytanie o zaufanie do reguł. Jeśli państwa członkowskie zaczynają mieć wrażenie, że kryteria
są stosowane elastycznie, a intencje nie zawsze są przejrzyste, wówczas cały system traci stabilność. Polska powinna z tej historii wyciągnąć bardzo trzeźwe wnioski.

Obok argumentów prawnych
i proceduralnych pojawia się też wątek czysto polityczny. W Paryżu i Brukseli liczono na to, że programy takie jak SAFE staną się impulsem przede wszystkim dla własnych koncernów zbrojeniowych?

 Jeżeli ktoś pyta, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi, odpowiedź bywa brutalnie prosta: o pieniądze. Wystarczy spojrzeć na wskaźniki PKB największych państw Unii. Niemcy i Francja, które najgłośniej mówiły o ambitnych projektach transformacji i o konieczności przyspieszenia Zielonego Ładu, zmagają się jednocześnie z wyraźnym spowolnieniem gospodarczym. To twarde dane. W takiej sytuacji naturalne staje się poszukiwanie silnika wzrostu.
A przemysł zbrojeniowy, finansowany z unijnych środków, jest do tego narzędziem idealnym. Mamy już doświadczenie z innych obszarów. Pamiętamy czas, gdy gaz był przedstawiany jako paliwo ekologiczne i masowo zachęcano do wymiany starych pieców na kotły gazowe. Setki tysięcy gospodarstw domowych zaciągały kredyty, inwestowały w instalacje i infrastrukturę, przekonane,
że wpisują się w długofalową strategię klimatyczną.
Dziś słyszą, że to rozwiązanie przestaje być pożądane.
Ale wówczas branża kotłów gazowych była w dużej mierze zdominowana przez producentów niemieckich. Kto miał zarobić, zarobił. Reszta została z kosztami i zmieniającymi się wytycznymi.

I tu chodzi o ten sam mechanizm?

– Jeżeli europejska gospodarka traci konkurencyjność wobec Chin, Indii czy dynamicznie rozwijających się krajów Ameryki Łacińskiej, presja na utworzenie programów wspierających własny przemysł będzie rosła. Problem polega na tym, że jednocześnie nadmierne regulacje
i ambitne cele klimatyczne podnoszą koszty produkcji
w Europie. W efekcie kontynent, który miał być globalnym liderem innowacji, coraz częściej staje się przede wszystkim rynkiem zbytu. Finanse są tu kluczowe, ale równie ważna jest konsekwencja w prowadzeniu polityki gospodarczej. Jeśli co kilka lat zmieniamy reguły gry, przedsiębiorcy tracą zaufanie, a obywatele zaczynają mieć poczucie, że uczestniczą w kosztownym eksperymencie. Programy takie jak SAFE mogą być potrzebne z punktu widzenia bezpieczeństwa. Pytanie brzmi jednak, czy będą służyć budowie realnej siły całej Unii, czy przede wszystkim stabilizowaniu budżetów i portfeli największych graczy. I to jest pytanie, którego nie da się zamieść
pod dywan.

W tym – jak Pan to nazywa – szkodliwym mechanizmie unijnym są jednak konkretni beneficjenci…

– Oczywiście, że są beneficjenci. W każdym systemie redystrybucji pieniędzy ktoś inkasuje premię, a ktoś zostaje z rachunkiem. Problem polega na tym, że dziś Europa coraz częściej ustawia się w roli klienta, a nie producenta. Uzależniamy się od tych, którzy wytwarzają żywność, technologie, komponenty, surowce, a nawet uzbrojenie. To nie jest abstrakcyjna metafora, tylko twarda ekonomia: jeśli nie masz własnej mocy produkcyjnej, jesteś na czyjejś smyczy. I prędzej czy później ktoś tę smycz skróci. Przerabialiśmy to przy gazie. Wystarczy przypomnieć historię strategicznego zaufania do Rosji,
na którym niemiecka gospodarka oparła całe swoje bezpieczeństwo energetyczne. Skończyło się brutalnym zderzeniem z rzeczywistością. Warto też odświeżyć
pamięć o projekcie „Polska 2030”, firmowanym w czasie pierwszego rządu Donald Tusk. Zakładano w nim szerokie przejście na gaz jako podstawowe źródło energii i ciepła. Dziś mało kto chce do tego wracać, bo kontekst geopolityczny zmienił się dramatycznie, ale wtedy był to „racjonalny wybór”. Racjonalny do momentu, gdy rachunek przyszedł z zupełnie innej strony.

Teraz wchodzimy w projekt SAFE?

– Ma być lokomotywą wzrostu, impulsem dla przemysłu,
w szczególności dla gospodarek, które dziś łapią zadyszkę, z niemiecką na czele. Tyle że lokomotywa jedzie na kredyt. A kredyt nie jest abstrakcją – to zobowiązanie, które ktoś musi spłacić. Ten, kto realizuje zamówienia, inkasuje marżę i rozlicza kontrakt. Ten, kto podpisuje umowę
i zaciąga finansowanie, bierze na siebie pełną odpowiedzialność. I to on zostaje z ryzykiem politycznym oraz fiskalnym. Państwa, które nie wchodzą w takie mechanizmy, zachowują elastyczność. Te, które decydują się na udział, wchodzą w długoterminową zależność.
Dziś mówi się o wspólnym bezpieczeństwie i solidarności, jutro może się okazać, że pojawia się komunikat z Komisji Europejskiej o nadmiernym zadłużeniu, o konieczności uruchomienia procedur naprawczych, o ograniczeniu swobody budżetowej. I wtedy narracja się zmienia:
z wielkiego projektu rozwojowego robi się dyscyplina finansowa. Nie chodzi o to, by odrzucać każdy wspólny program. Chodzi o proporcje i o świadomość, kto naprawdę korzysta w pierwszej kolejności. Jeśli mechanizm polega
na tym, że jedni produkują i fakturują, a drudzy finansują
i spłacają, to trudno mówić o równowadze. W dłuższej perspektywie wygrywa ten, kto ma przemysł, technologię
i kontrolę nad łańcuchem dostaw. Przegrywa ten, kto ma tylko podpis pod umową kredytową. I to jest sedno problemu.

SAFE to w gruncie rzeczy kredyt zaciągany w imieniu całej Wspólnoty. Komisji Europejskiej spodobało się zwiększanie zadłużenia?

– Spójrzmy na fakty. Unia nie ma własnego, niezależnego systemu podatkowego w takim sensie, w jakim ma go państwo. Utrzymuje się ze składek krajów członkowskich, części wpływów z VAT i ceł, z różnych opłat pośrednich.
To daje określoną pulę środków, ale gdy apetyt rośnie, zaczyna się kombinowanie z finansowaniem zewnętrznym. I właśnie w tym miejscu pojawia się kredyt jako wygodne narzędzie polityczne. Ten model został już przetestowany przy Funduszu Odbudowy po pandemii, formalnie powiązanym z programem Next Generation EU. Komisja Europejska wyszła na rynki finansowe, wyemitowała obligacje, zaciągnęła zobowiązania w imieniu całej Wspólnoty. Mechanizm zadziałał, pieniądz popłynął,
a przy okazji do pakietu dołączono cały katalog warunków administracyjnych i ideologicznych. Ktoś powie: sprytne. Ktoś inny: niebezpieczne, bo tworzy precedens.
Dziś w SAFE widać podobną konstrukcję. Kontraktujemy zamówienia, planujemy wydatki, budujemy narrację
o wspólnym bezpieczeństwie i impulsie rozwojowym.
Tyle że za tym wszystkim stoi dług. A dług ma to do siebie, że nie znika. Trzeba go spłacić, z odsetkami. I wtedy zaczyna się twarda księgowość. Jeżeli Unia przyzwyczai
się do tego, że każdą większą ambicję finansuje kredytem, wejdziemy w zupełnie nową fazę integracji, w której Wspólnota stanie się de facto unią zadłużeniową. To już
nie będzie tylko projekt polityczny i gospodarczy, ale również konstrukcja oparta na wspólnym ryzyku fiskalnym. A wspólne ryzyko oznacza wspólną odpowiedzialność
– także za cudze decyzje. Istnieje więc realne niebezpieczeństwo, że coś zostanie zamówione, podpisane, ogłoszone jako sukces, a potem pojawi się napięcie płatnicze, konieczność renegocjacji albo dyscyplinowania tych, którzy zbyt mocno obciążą bilans. Kredyt jest wygodny na starcie, bo daje efekt natychmiastowy. Problem w tym, że rachunek przychodzi później. I nikt jeszcze nie wymyślił systemu, w którym dług spłaca się sam.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”

NaszDziennik.pl