logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Pomysły koalicji rządzącej

Środa, 25 lutego 2026 (14:13)

Aktualizacja: Środa, 25 lutego 2026 (14:21)

Rozmowa z prof. Marcinem Warchołem, posłem Prawa
i Sprawiedliwości, byłym ministrem sprawiedliwości

 

Jak ocenia Pan pomysł koalicji rządzącej, aby wybór sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa przez samych sędziów zalegalizować uchwałą?

– Uważam ten projekt uchwały za rozwiązanie zasadniczo sprzeczne z obowiązującym porządkiem konstytucyjnym, dlatego jako posłowie Prawa i Sprawiedliwości skierowaliśmy w tej sprawie wniosek do Trybunału Konstytucyjnego. W naszej ocenie propozycja sprowadza się do próby związania parlamentu wytycznymi podmiotów zewnętrznych, takich jak organizacje społeczne, związki zawodowe czy różnego rodzaju fundacje, co w praktyce oznaczałoby odebranie Sejmowi realnej kompetencji wyboru sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa
i zastąpienie decyzji ustawodawcy procedurą de facto korporacyjną. Tymczasem konstytucyjny model zakłada,
że władza ustawodawcza ponosi odpowiedzialność polityczną i ustrojową za obsadę części składu tego organu, a próba ograniczenia tej prerogatywy poprzez uchwałę parlamentarną może być interpretowana jako obejście norm Ustawy Zasadniczej. W praktyce oznaczałoby to utworzenie mechanizmu, w którym Sejm jedynie formalnie zatwierdza decyzje wypracowane poza procesem legislacyjnym, co budzi poważne wątpliwości
co do zgodności takiego rozwiązania z zasadą podziału władzy i demokratycznej legitymacji organów państwa.

Na czym w szczegółach opiera się
ta niekonstytucyjność?

– Oceniam tę koncepcję jako sprzeczną z fundamentami konstytucyjnego ładu, ponieważ zwierzchnia władza
w państwie należy do Narodu, a nie do wąskich grup środowiskowych. W modelu demokratycznym mandat do sprawowania władzy, również w obszarze kształtowania składu organów, takich jak Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, wynika z woli obywateli wyrażanej bezpośrednio lub pośrednio poprzez wybory. Proponowane rozwiązanie oznaczałoby w praktyce odejście od tego mechanizmu
i utworzenie systemu, w którym środowiska zawodowe
lub inne zrzeszenia uzyskują decydujący wpływ na obsadę organu konstytucyjnego, a parlament zostaje sprowadzony do roli formalnego potwierdzacza decyzji podjętych poza procesem legislacyjnym. Taki model prowadziłby do ograniczenia zasady legalizmu, która wymaga, aby każdy organ państwa działał wyłącznie w granicach kompetencji przyznanych mu przez prawo, co w tej sprawie budzi poważne wątpliwości w świetle stanowiska, jakie może zająć Trybunał Konstytucyjny. W mojej ocenie projekt ten w istocie przesuwa system w kierunku tzw. sędziokracji, czyli konstrukcji, w której środowisko sędziowskie zaczyna odgrywać rolę dominującą w procesie kształtowania własnego składu, co stoi w sprzeczności z zasadą,
że władza sądownicza również powinna mieć demokratyczną legitymację pośrednią, wynikającą
z konstytucyjnego układu trójpodziału władzy.

Teraz już uchwałami – a nie ustawami
– będzie się zmieniać prawo w Polsce?

– Moim zdaniem taka praktyka jest nie tylko niebezpieczna, ale również podważa fundamenty państwa prawa, ponieważ uchwała nie może zastępować aktu ustawowego. W systemie konstytucyjnym Rzeczypospolitej kompetencja do stanowienia prawa należy przede wszystkim do parlamentu, czyli do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, działającego w procedurze legislacyjnej przewidzianej w Konstytucji, ale proces legislacyjny zamyka Prezydent. Uchwały mają zupełnie inny charakter normatywny, służą regulowaniu spraw wewnętrznych organu, a nie tworzeniu powszechnie obowiązujących rozwiązań prawnych. Jeżeli zaczyna się nimi kształtować system ustrojowy państwa, wówczas dochodzi do niebezpiecznego przesunięcia w stronę rządzenia poza ustawą, co jest sprzeczne z zasadą legalizmu, wymagającą, aby każdy organ państwa działał wyłącznie
w granicach wyraźnie przyznanych mu kompetencji. Dlatego właśnie w tej sprawie kierujemy wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, aby rozstrzygnął spór dotyczący dopuszczalności takiej praktyki ustrojowej
i potwierdził, że wybór i kształtowanie instytucji państwowych musi opierać się na ustawie oraz Konstytucji, a nie na doraźnych decyzjach politycznych wyrażanych
w formie uchwał, które w istocie stają się narzędziem obejścia procedury legislacyjnej. Uważam, że używanie uchwał do zmiany porządku prawnego jest – obok niezgodności z prawem – metodą ryzykowną, bo może prowadzić do erozji stabilności systemu prawnego
i zastępowania norm stanowionych demokratycznie rozwiązaniami doraźnymi, podporządkowanymi aktualnemu układowi sił politycznych.

Jeżeli plan polityczny polegający na wyborze sędziów w oparciu o uchwałę zostałby zrealizowany, a następnie władze zignorowałyby ewentualne niekorzystne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego,
to czy w przyszłości można byłoby skutecznie podważać legalność powołań
do nowej Krajowej Rady Sądownictwa?

– Oczywiście, że tak. Jeżeli doszłoby do sytuacji,
w której rozstrzygnięcie Trybunału zostało zignorowane,
a powołania sędziowskie dokonane w trybie sprzecznym
z konstytucyjną procedurą, wówczas problem legalności takich nominacji pozostałby otwarty i mógłby wracać
w przyszłości, zwłaszcza po zmianie układu politycznego. Trzeba pamiętać, że legitymizacja organów państwa opiera się nie tylko na samym akcie powołania, ale również na zgodności procedury z obowiązującym prawem. Jeżeli wybór sędziów byłby dokonany z pominięciem ustawowej procedury, to powołania takie mogłyby być uznane za dotknięte wadą prawną. To w dłuższej perspektywie rodzi ryzyko chaosu instytucjonalnego i sporów o ważność orzeczeń wydawanych przez osoby nominowane w sposób kontestowany. Nie można też pomijać faktu, że choć
rząd Donalda Tuska i obecna większość możgą próbować ignorować niekorzystne rozstrzygnięcia, to w demokracji zmiana większości parlamentarnej przychodzi wraz
z wyborami, a w tym kontekście mandat organów powołanych w sposób budzący wątpliwości prawne może zostać zakwestionowany. Dlatego właśnie wskazuję,
że ewentualne powołania sędziowskie dokonane poza standardową procedurą ustawową i konstytucyjną,
w szczególności z pominięciem roli Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej jako organu uczestniczącego w procesie kształtowania składu Krajowej Rady Sądownictwa,
mogłyby zostać uznane za obciążone poważną wadą prawną.

Można zaryzykować twierdzenie, że zmiana systemu następuje etapami, że metodą faktów dokonanych zmienia się proces legislacyjny w Polsce?

– Tego typu rozwiązania często określa się mianem pełzającego kryzysu instytucjonalnego, ponieważ nie dochodzi do jednorazowego, spektakularnego przełomu, lecz do stopniowego przesuwania granic legalizmu,
co w praktyce może skutkować późniejszymi sporami
o ważność decyzji sądowych, odpowiedzialnością państwa oraz koniecznością rozstrzygania wieloletnich konfliktów prawnych wynikających z wcześniejszych naruszeń procedur.

Nie odnosi Pan wrażenia, że coś takiego
jak próba przejęcia i podporządkowania Krajowej Rady Sądownictwa,
a w konsekwencji możliwość głębokiej przebudowy systemu państwa, dla zwykłego obywatela może wydawać się abstrakcyjne? Czy zastanawia się on nad tym, w jaki sposób powoływana jest Krajowa Rada Sądownictwa?

– Jeśli spojrzymy na skalę problemu, to trzeba powiedzieć wprost, że chodzi o kontrolę nad mechanizmem,
który decyduje o stabilności całego systemu wymiaru sprawiedliwości. Zwolennicy takiego rozwiązania mówią
o naprawie instytucji, natomiast widać w tym próbę podporządkowania struktury sądowniczej określonemu modelowi politycznemu. W praktyce oznaczałoby to,
że grupa około 3 tys. sędziów mogłaby zostać pozbawiona statusu urzędowego, mimo że w ostatnich latach wydali
oni miliony rozstrzygnięć dotyczących spraw fundamentalnych dla obywateli. Mówimy o sporach spadkowych, własnościowych, drogowych czy kontraktowych, czyli o problemach, które dotykają zwykłego życia ludzi, a nie wielkiej polityki. Jeżeli
w przyszłości pojawiłaby się teza o wadliwości powołania sędziów, to automatycznie mogłoby to prowadzić do próby podważania legalności wydanych przez nich orzeczeń.
Taki scenariusz oznaczałby nie tylko chaos prawny,
lecz także konieczność ponownego prowadzenia wielu postępowań sądowych, co w praktyce mogłoby sparaliżować funkcjonowanie systemu sprawiedliwości
na lata. Trzeba pamiętać, że podważenie statusu sędziego może pociągać za sobą lawinę skutków wtórnych, ponieważ wyrok wydany przez osobę uznaną później za powołaną
w sposób wadliwy często staje się przedmiotem sporów
o jego skuteczność. Dlatego właśnie tego rodzaju pomysły budzą tak ogromne emocje, bo dotyczą nie tylko abstrakcyjnych konstrukcji ustrojowych, ale też bardzo konkretnych ludzkich historii, w których stawką są majątek, bezpieczeństwo rodzin czy stabilność relacji prawnych.

W praktyce grozi nam scenariusz głębokiego chaosu prawnego?

– Ryzyko takiego scenariusza pojawia się wtedy,
gdy zaczyna się podważać jedną z fundamentalnych zasad funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, czyli stabilność
i ostateczność wyroku. System prawa opiera się
na założeniu, że rozstrzygnięcie sądu po osiągnięciu prawomocności powinno zamykać spór, a nie otwierać kolejne jego odsłony na przestrzeni następnych lat.
Jeśli zacznie się kwestionować status sędziów powołanych w określonym okresie, pojawia się realna groźba próby podważania wydanych przez nich orzeczeń, co mogłoby wywołać efekt domina w postaci tysięcy, a być może milionów ponownie otwieranych spraw. Z punktu widzenia przeciętnego obywatela oznaczałoby to nie tylko chaos proceduralny, lecz także bardzo konkretny ciężar finansowy i emocjonalny. Ludzie, którzy już przeszli przez wieloletnie postępowania sądowe dotyczące majątku, nieruchomości czy relacji rodzinnych, mogliby zostać postawieni wobec perspektywy kolejnych rozpraw, kosztów adwokackich
i niepewności jutra. Właśnie dlatego spór o funkcjonowanie Krajowej Rady Sądownictwa nie jest jedynie techniczną debatą ustrojową, ale dotyczy fundamentu społecznego spokoju prawnego. Próba destabilizacji systemu może bowiem w praktyce oznaczać przedłużanie sporów
w nieskończoność, a to w państwie prawa byłoby bardzo niebezpiecznym kierunkiem, który łatwo zamienia stabilność instytucji w permanentne poczucie niepewności obywateli. 

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”

NaszDziennik.pl