logo
logo

Zdjęcie: flickr_Highways-Agency_CC2.0/ -

OFE – sztuka iluzji

Piątek, 24 maja 2013 (02:07)

Cała koncepcja przekształcenia systemu emerytalnego z tak zwanego repartycyjnego, jakim jest ZUS, w kapitałowy, bazujący na funduszach inwestycyjnych OFE, była oparta na zawierzeniu iluzorycznej nadziei w „wiecznie rosnący rynek kapitałowy”, a faktycznie na niezrozumieniu elementarnych kwestii ekonomicznych.

Papiery wartościowe

Najbardziej demagogicznym argumentem, jakim szermują obrońcy OFE, jest wmawiane ludziom twierdzenie, że „zabierają wam wasze pieniądze”. Ale w OFE nie ma żadnych pieniędzy. Warto zdawać sobie sprawę z tego, że prawdziwe pieniądze są tylko w ZUS, bo są to pieniądze aktualnie pracujących, przekazywane poprzez tę instytucję na rzecz aktualnych emerytów (co nazywa się repartycyjnością). Natomiast w OFE nie ma żadnych pieniędzy. Nie ma, bo pobierane z naszych zarobków kwoty i poprzez ZUS przesyłane do OFE są zamieniane na papiery wartościowe, których wartość jest określona przez rynek. Mamy zatem na kontach określoną, bardzo efemeryczną wartość tych papierów wartościowych. Efemeryczną, bo po prostu określoną przez bardzo zmienny rynek.

Rynek giełdowy jest obciążony gigantycznym ryzykiem, a jeśli obrońcy OFE tego nie wiedzą, to wydają bardzo złe świadectwo swoich kwalifikacji. Na przykład, jak piszą w swojej książce „Zwierzęce instynkty” znakomici amerykańscy autorzy Akerlof i Shiller (pierwszy to noblista), wartość giełdy w USA wzrosła pięciokrotnie w latach 1920-1929, by do 1932 r. wrócić do stanu początkowego, czyli pięciokrotnie spaść – to był tak zwany wielki kryzys. Ale takie spektakularne spadki to nie wyjątek, a zjawisko dość częste. W latach 1954-1973 wartość giełdy podwoiła się, by w latach 1973-1974 spaść o połowę, w latach 1982-2000 wzrosła ośmiokrotnie, by w okresie 2000-2008 znowu stracić połowę wartości. Gdy przyjrzymy się polskiej giełdzie, widzimy, że reprezentujący jej wartość WIG po osiągnięciu szczytowej wartości w 1994 r. spadł prawie trzykrotnie i tę wartość odzyskał dopiero po pięciu latach. Potem z następnego szczytu w 2000 r. spadł w ciągu roku dwukrotnie, a gdy w 2007 r. osiągnął następną szczytową wartość, to w wyniku kryzysu stracił trzykrotnie i do dzisiaj nie odzyskał swojej wartości. Obecnie ma niecałe 70 proc. stanu sprzed kryzysu i jesteśmy bodajże jedyną giełdą, która nie odzyskała wartości sprzed kryzysu.

Gry spekulacyjne

Oddanie bezpieczeństwa emerytalnego ludzi w tak niepewną, dzierżącą wielkie ryzyko „niewidzialną rękę rynku” giełdowego było nadzwyczajną nieodpowiedzialnością, jeśli nie po prostu głupotą. Już samo wmawianie ludziom i wprowadzanie w błąd niewykształconych ekonomicznie polityków, że „OFE zwiększy oszczędności i zdynamizuje rozwój gospodarczy kraju”, było zasadniczym nieporozumieniem oraz świadczy o poważnych brakach w zrozumieniu ekonomii.

Oszczędności nie służą gospodarce, bo oszczędności to rezygnacja z wydania pieniędzy, to odłożony popyt, a gospodarka po prostu potrzebuje popytu, on decyduje o koniunkturze. Rozwojowi gospodarki służą inwestycje, a nie oszczędności. A inwestycje potrzebują tego, co nazywamy skłonnością przedsiębiorców do inwestowania – a ona zależy przede wszystkim od koniunktury, czyli popytu, i od sprawności rynku finansowego, czyli tanich i dostępnych kredytów. Oczywiście, by inwestować, trzeba mieć środki tych, którzy oszczędzają – pośrednikami mogą być banki czy inne instytucje finansowe – ale dla rozwoju gospodarczego to inwestycje mają podstawowe znaczenie, rola oszczędności jest w gruncie rzeczy wtórna (warto wiedzieć, że tę logiczną zależność odkrył J.M. Keynes).

I rozwojowi służą tylko inwestycje zwane pierwotnymi, czyli kredyty inwestycyjne, zakupy akcji czy obligacji bezpośrednio od emitentów, bo wtedy pieniądze powiększają ich kapitały i służą tworzeniu nowych miejsc pracy lub powiększaniu wydajności miejsc już istniejących. Ale giełda to rynek wtórny, na niej handluje się akcjami wcześniej wyemitowanymi. Okazuje się, że OFE głównie działają na rynku wtórnym – jak w czasie dyskusji w Sejmie słusznie zauważył znany finansista Piotr Kuczyński. Poprzez OFE na rynek kierowanych jest za dużo pieniędzy w stosunku do potrzeb inwestycyjnych polskich przedsiębiorstw. W rezultacie ci, którzy nie mogą wejść na giełdę, muszą płacić wyższy koszt kapitału. Pieniądze emerytów służą zatem tylko rynkowi finansowemu, czyli pompowaniu gier spekulacyjnych, a nie rozwojowi gospodarki. Ale w związku z tym warto przyjrzeć się następującym faktom.

Po pierwsze, jak zostało powiedziane, w ciągłych wzlotach i spadkach indeksu warszawskiej giełdy wciąż nie odzyskano wartości sprzed kryzysu. Po drugie, w rękach OFE jest 20 proc. ogółu akcji (tzw. kapitalizacji giełdy), a 40 proc. w rękach podmiotów zagranicznych. Po trzecie, OFE realizują 40 proc. operacji giełdowych. Po czwarte – i ta informacja jest najciekawsza – znane mi są badania, z których wynika, że firmy, w których znacznymi udziałowcami są OFE, „cierpią” na znaczny spadek albo stagnację ich wartości.

„Krótka sprzedaż”

Można zatem zadać sobie pytanie: czy w gruncie rzeczy OFE nie służą instytucjom, przy których zostały powołane i przez których przedstawicieli są teraz tak gorąco bronione, do operacji zwanych „krótką sprzedażą”? To warto sobie wyjaśnić.

Normalnie na handlu czymś zarabia się w ten sposób, że kupuje się, a gdy wartość tego wzrośnie, po jakimś czasie sprzedaje się i różnica cen stanowi zysk handlującego – finansiści nazywają to „trzymaniem na długich pozycjach”. Natomiast tzw. krótka sprzedaż polega na tym, że najpierw się sprzedaje, a potem kupuje – można to zrobić z czymś, co się pożyczyło od kogoś innego.

Na przykład OFE ma w posiadaniu akcję za 100 zł, która stanowi aktywa zapisane na koncie emeryta. Gdy je komuś wypożyczy, to ten ktoś sprzedaje za tę wartość 100 zł i gdy wartość spadnie – dajmy na to – do 80 zł, odkupuje na rynku – różnica cen jest jego zyskiem, akcję oddaje, OFE nadal ma akcję na koncie przyszłego emeryta, ale jest ona teraz mniej warta. Rynek działa dalej, po jakimś czasie cena wróci do 100, osiągnie – dajmy na to – 110, to się ją znowu pożycza i w analogicznej operacji zarabia następne 20 złotych.

W ten sposób, w takim swoistym finansowym perpetuum mobile, zostaje z gospodarki wypompowane 40 zł, które nie służy wzrostowi, nabija portfele „pożyczkobiorców”, a aktywa emerytów grzęzną w stagnacji, czyli bardzo mizernie rosną. Wszyscy dziwią się, że aktywa OFE rosną wolniej, niż gdybyśmy po prostu złożyli te pieniądze na kontach terminowych w bankach. No, ale operacje krótkiej sprzedaży wyjaśniają to zjawisko. Nawiasem mówiąc – wprowadzając tę reformę, popełniono kardynalny błąd, nie nakładając na OFE obowiązku zapewnienia minimalnej stopy zwrotu nie mniejszej niż z pasywnego oszczędzania w banku – a to było możliwe.

Czy takie operacje są rzeczywiście realizowane? Oficjalnie słyszałem zaprzeczenia. Ale co znamienne, ostatnio próbuje się „przyklepać” ich legalność. Nowy szef giełdy Adam Maciejewski podjął akcję „Pozwólmy funduszom na pożyczanie akcji. Zarobią instytucje finansowe, budżet państwa i przyszli emeryci”. Słyszymy gorące zapewnienia, że nastąpi zwiększenie płynności rynku kapitałowego, przychodów domów maklerskich, Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) i Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych (KDPW) oraz przyszłych emerytur za jednym zamachem. Twierdzi się, że nastąpi zwiększenie płynności obrotu, że „odblokujemy potencjał drzemiący w portfelach OFE” itd.

Ale to jest iluzja, te argumenty świadczą o niekompetencji i niezrozumieniu mechanizmów działania rynku finansowego. Operacje krótkiej sprzedaży nie służą niczemu innemu jak tylko nabijaniu kabzy pożyczającym akcje od ich właścicieli. Cała iluzja jest oparta na fałszywej teorii, według której „wykorzystuje się naturalne wahania cen akcji, dzięki czemu wszyscy korzystają”. To mamienie ludzi. Rzecz w tym, że nie operuje się pojedynczą akcją jak w tym przykładzie.

Realizuje się operacje na dużą skalę, co wpływa na cenę akcji: jeśli rzuca się na rynek dużą partię akcji firmy X, to jej cena spadnie, bo zwiększona podaż zawsze prowadzi do obniżenia cen (a czasami dla wywołania tego spadku rozkręca się również inne akcje – nawet medialne dyskredytacje firm). A potem, odkupując, zarabia się, ale właściciel akcji, na przykład właśnie OFE, ma już majątek, w papierach niby ten sam, ale o niższej wartości, dlatego dla emerytów będzie to nieuchronna strata. To by wyjaśniało owo wahliwe kształtowanie się wartości WIG na „zielonej wyspie” i słabą kondycję giełdową firm, w których OFE mają duże udziały. Z pewnością gospodarce operacje krótkiej sprzedaży nie tylko nie służą, ale nawet szkodzą i powinny być zakazane. Propagowanie ich nie jest kompromitujące – jest bardzo kompromitujące.


Autor jest posłem PiS, profesorem Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego

Prof. Jerzy Żyżyński

Aktualizacja 31 lipca 2013 (12:42)

Nasz Dziennik