logo
logo

Zdjęcie: TV Trwam/ Inne

Wypychanie europejskiego rolnictwa z własnego rynku

Czwartek, 26 marca 2026 (09:55)

Z Adrianem Wawrzyniakiem, rzecznikiem prasowym NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”, rozmawia Rafał Stefaniuk

Unia Europejska i Australia domknęły negocjacje umowy o wolnym handlu i partnerstwa w obszarze bezpieczeństwa. Jak na te ustalenia patrzy dziś środowisko rolnicze?

– Z dużą nieufnością, żeby nie powiedzieć wprost – z rosnącym niepokojem. Już same oficjalne zapisy tej umowy pokazują, że po raz kolejny najbardziej narażony będzie sektor mięsny, zwłaszcza wołowina. Mówimy o otwarciu kontyngentów taryfowych sięgających łącznie ponad 30 tys. ton – przy czym ponad połowa tego wolumenu ma trafiać na rynek bez cła, pod warunkiem tzw. karmienia trawą, a reszta z obniżoną stawką. Ktoś powie: to nie są liczby, które wywrócą rynek. Problem w tym, że nie chodzi o ilość, tylko o jakość – bo mówimy o segmentach premium, o najdroższych elementach tuszy, które bezpośrednio uderzają w najbardziej dochodową część produkcji europejskich hodowców. Do tego dochodzi cukier – 35 tys. ton surowca bez cła – co w obecnych realiach wygląda jak dokładanie kolejnego ciężaru do sektora, który i tak funkcjonuje na granicy opłacalności.

Nabiał jest formalnie chroniony kontyngentami?

– Owszem, ale każdy, kto zna mechanizmy rynku, wie, że to ochrona bardziej na papierze niż w praktyce. Rolnicy patrzą na to szerzej: nie jako na jedną umowę, tylko element większej układanki. Mamy Mercosur, Nową Zelandię, Maroko, teraz Australię – i to wszystko zaczyna się układać w jeden, niepokojący obraz. Komisja Europejska zdaje się prowadzić politykę, w której otwieranie rynku staje się celem samym w sobie, a nie narzędziem wzmacniania europejskiej gospodarki. Brakuje tu elementarnego wyczucia proporcji i zdrowego rozsądku. Jeśli ten kierunek się utrzyma, nie będzie to już kwestia konkurencji, tylko systemowego wypychania europejskiego rolnictwa z własnego rynku. I tego właśnie środowisko rolnicze obawia się najbardziej.

Nie znacie finalnego zapisu tej umowy. Czy to nie jest problem, że tak ważne porozumienia, mające ogromny wpływ na Unię Europejską i gospodarkę, nie są konsultowane?

– To ogromny problem i nie ma co owijać w bawełnę – dziś Unia Europejska coraz mniej przypomina instytucję działającą racjonalnie. Komisja Europejska nie prowadzi konsultacji w sposób demokratyczny, nie bierze pod uwagę realiów europejskiego rolnictwa, a skutki są dramatyczne. Koszty, które nakładają nowe umowy, dosłownie dobijają producentów, a Bruksela robi swoje, jakby rynek i ludzie na nim nie istnieli. Patrząc na obecne decyzje, widać wyraźnie, że europejskie rolnictwo stoi na równi pochyłej – i jeśli nic się nie zmieni, grozi mu prawdziwa zagłada.

A ta umowa z Australią to taka mniejsza wersja porozumienia z Mercosurem? Można mówić o Mercosur 2.0?

– Jeśli chodzi o konsekwencje dla rynku, to niestety tak – Mercosur 2.0. Trzeba pamiętać, że zarówno produkty z Mercosuru, jak i te z Australii pochodzą z zupełnie innych standardów produkcji niż te, które obowiązują w Europie. W praktyce oznacza to, że pod względem jakości, cen i konkurencyjności dla europejskiego rolnictwa nic się nie zmieniło – nadal stoimy przed ogromnym wyzwaniem i presją, której Komisja Europejska w żaden sposób nie łagodzi.

A dlaczego w mediach mniej mówiło się o protestach rolników wobec umowy z Australią? O Mercosur było głośno, a o Australii ciszej...

– Myślę, że w przypadku Australii też podnosiliśmy kwestie wszystkich umów – zarówno Australii, jak i Nowej Zelandii – tylko po prostu do opinii publicznej przebił się Mercosur. To on był stawiany jako umowa najbardziej zagrażająca europejskiemu rolnictwu i na nią skierowano największą uwagę, zarówno w Polsce, jak i w całej Unii Europejskiej. Tymczasem umowa z Australią to dopiero początek – za chwilę pojawi się kolejny kontynent albo kolejne państwo, gdzie Komisja Europejska będzie chciała zawrzeć podobne porozumienie, a zagrożenia dla naszego sektora rolniczego pozostają równie poważne.

Wspominał Pan o wołowinie i cukrze. Co jeszcze znalazło się w tej umowie?

– Obawy są przede wszystkim o kontrakty zbożowe, bo do tej pory import z Australii też wpływał na europejski rynek. Przypomnijmy choćby sytuację sprzed roku, może dwóch, gdy przypłynął rzep ak z Australii, a ceny w Europie poleciały w dół. Dzisiaj z taką umową wchodzi jednak znacznie więcej niewiadomych – są zapisy, o których nie mówi się głośno, które zna jedynie Komisja Europejska, a nawet Ursula von der Leyen nie ujawnia wszystkich szczegółów. Do tego dochodzą kwestie produktów mlecznych. Po prostu na zdrowy rozsądek trudno zrozumieć, w jakim kierunku zmierza Komisja Europejska i jakie konsekwencje te decyzje będą miały dla naszego rolnictwa.

Jakie zagrożenie niesie ze sobą import australijskiej wołowiny? Przecież polska wołowina to produkt premium, więc wydaje się, że możemy z nim konkurować.

– Owszem, możemy konkurować, ale problem tkwi w cenie i w tym, jak działa rynek. Polska wołowina jest bez wątpienia produktem najwyższej jakości, starannie hodowanym i kontrolowanym, jednak przychodzi na półkę droższa niż mięso australijskie, które trafia tu masowo i po niższej cenie. A w praktyce konsument, stojąc przed dwoma identycznymi produktami jakościowymi, zawsze wybierze opcję tańszą – to proste i brutalne prawo rynku. Nie ma co udawać, że jakość zawsze obroni cenę; w tej grze o udziały w rynku przewaga kosztowa decyduje niemal o wszystkim. Import australijski wcale nie oznacza zagrożenia dla jakościowej oferty, ale stawia polskich producentów w trudnej sytuacji: muszą rywalizować o klienta nie tylko walorami smakowymi czy marką, ale również w oczach konsumenta, który najczęściej patrzy przede wszystkim na cenę. To ryzyko wymagające nie tylko strategii marketingowej, ale też wsparcia strukturalnego – inaczej nasze „premium” może zostać zepchnięte na margines rynku przez kilogram tańszego, masowego mięsa.

Ale importerom będzie się opłacało sprowadzać wołowinę praktycznie z całego świata. I czy to nie wpłynie znacząco na koszty?

– Może się okazać, że ten import jest dotowany w sposób, o którym opinii publicznej się nie mówi. Proszę sobie wyobrazić – nawet ostatnie doniesienia wskazują, że część importowanej wołowiny trafia do Europy… samolotem. Tak, mięso przewożone na pokładach samolotów, zamiast ekonomicznie transportem morskim. Kto wpadł na taki pomysł? To absurd nie tylko ekonomiczny, ale i ekologiczny w jednym. A mimo tego Komisja Europejska pozwala na takie praktyki, choć z punktu widzenia logiki i zdrowego rozsądku powinno być jasne, że w tym łańcuchu coś jest nie tak. Takie decyzje pokazują, że rynek jest dziś napędzany nie tylko popytem i podażą, ale również polityką dotacji i regulacji, które daleko odbiegają od tego, co moglibyśmy uznać za racjonalne. Dla polskiego producenta oznacza to dodatkową presję cenową i konieczność konkurowania nie tylko z jakością, ale z globalnymi praktykami, które w praktyce faworyzują tych, którzy mają dostęp do największych pieniędzy i wsparcia politycznego. W tym układzie zwykły hodowca stoi w cieniu – między absurdalnymi kosztami transportu a prawami rynku, rzeczywistością, która z kolei coraz częściej wydaje się kompletnie oderwana od zdrowego rozsądku.

Jak daleko uderzy ta umowa w rynek cukru? Czy to już koniec europejskiego przemysłu cukrowniczego?

– Tak, sytuacja wygląda bardzo poważnie. Jeśli dodamy do tego import z Ameryki Południowej czy Ukrainy, zbliżamy się powoli do zmierzchu rynku cukrowego w Europie. Już teraz widzimy drastyczne cięcia – rolnikom obcinano kontraktację nawet o 25 proc., przy cenie 30 euro za tonę buraka. Jesienią, przy paliwie kosztującym powyżej 5 zł, jeszcze to się kalkulowało, ale dziś, gdy paliwo skoczyło do 9 zł, a nawozy kosztują 3 tys., takie kontrakty są po prostu nieopłacalne. To jest sianie w świadomym minusie, chyba że dojdzie do interwencji, bo w obecnych warunkach sianie wielu upraw – nie tylko buraków, ale też zbóż czy kukurydzy – staje się ekonomicznie absurdalne. Rolnik nawet nie ma możliwości wyjechać w pole, pracować i zbierać, gdy wie, że nie odzyska nawet części zainwestowanych pieniędzy.

Kiedy spodziewa się Pan wystrzału cen żywności?

– Nie musi to wcale nastąpić. Proszę pamiętać, że świat rządzi się logiką, nie paniką, i ostatnie analizy doskonale to pokazują. Widziałem raport jednego funduszu zbożowego, bardzo szczegółowy, który porównał sytuację podczas wojny na Ukrainie z tym, co dziś dzieje się w Iranie. Wyniki mówią same za siebie – wówczas ceny poszczególnych zbóż, zarówno pszenicy, jak i kukurydzy, wzrosły o jakieś 24-25 proc. Dziś mówimy o drobnych zmianach, 2-3 proc. w porywach, i to wszystko. To pokazuje, że choć wojna wciąż jest w tle, wcale nie przesądza o dramatycznym wzroście cen żywności. Oczywiście, koszty życia rosną – paliwa są drogie, transport kosztuje coraz więcej, wszystko drożeje. Ale w rolnictwie tego efektu wprost nie widać. Rolnicy nie sprzedają ziemniaków po kosztach z zeszłej jesieni – jeśli wykopali je po wyższej cenie, dalej mogą otrzymać, powiedzmy, 20 gr za kilogram. Podobnie zboże z poprzednich zbiorów, które kosztuje dziś 750 zł za tonę, niekoniecznie od razu przepchnie inflację na półki sklepowe. Krótko mówiąc, panika jest przedwczesna. Nie jest wcale pewne, że nagle przyjdzie lawina wzrostu cen. Na razie mamy raczej stabilizację, a prawdziwe podwyżki w sklepach wynikają nie tyle z rynkowych szoków, ile z kalkulacji kosztów po stronie producentów i pośredników. Świat żywności nie jest prostą linią – to skomplikowana machina, w której każdy element, od pola po półkę, decyduje o cenie.

Ale jednak drożyzna już się zaczyna?

– To pytanie jest absolutnie kluczowe i wymaga jasnej odpowiedzi. Bo jeśli już mówimy o wzrostach kosztów życia, to dlaczego na stacjach Orlenu paliwo nie kosztuje 5 zł za litr, skoro teoretycznie mogłoby? Wszyscy przecież dobrze wiemy, że paliwo, które jest teraz sprzedawane pochodzi z dostaw, które kosztowały dużo mniej. Podobnie zresztą jest w przemyśle chemicznym: firmy azotowe nie zaczęły jeszcze korzystać z nowego gazu, a już windują ceny. Mimo to, kiedy w mediach pojawiło się hasło „wojna”, natychmiast pojawiła się lawina oczekiwań: państwo musi zarobić, Orlen i Grupa Azoty też muszą na tym skorzystać. W praktyce skutkowało to chociażby zamieszaniem wokół zamówień nawozów azotowych, co oczywiście odbiło się na rynku. Zysk płynie więc szeroko – nie tylko do gigantów, ale i do pośredników, którzy sprytnie wykorzystują sytuację. Tymczasem rolnik, choć faktycznie musi liczyć każdy grosz, w tej układance nadal jest traktowany tak, jakby nie musiał na tym zarobić, choć to on w rzeczywistości ponosi cały ciężar kosztów produkcji. Drożyzna pojawia się, ale jej źródło nie jest wprost związane z brakiem surowców czy gwałtownymi wzrostami cen na światowych rynkach. To raczej efekt kalkulacji korporacji i państwa, które decydują, ile mogą „dobrać” z rynku, podczas gdy zwykły producent, ten, który stoi po drugiej stronie pola czy hali, często nic z tego nie ma. To nie dramatyczny szok rynkowy – to strategiczne przesunięcie zysków, w którym rolnik i konsument zwykle zostają w cieniu.

Ile jeszcze jest cierpliwości w Waszym środowisku? Kiedy można się spodziewać jakiegoś pogotowia strajkowego czy podobnych działań?

– Jeżeli nikt nie wkroczy z konkretną interwencją, to protesty są tylko kwestią czasu. I nie będą to żadne subtelne sygnały – mówimy o akcjach, które już znamy z przeszłości, gwałtownych, zdecydowanych i ostro wyrażających frustrację rolników. Problem jest prosty: wkrótce wielu z nich po prostu nie będzie miało czym wjechać w pole, nie będą mieli za co zatankować kombajnów ani przeprowadzić żniw. A to oznacza, że każda zwłoka w rozwiązaniu podstawowych problemów natychmiast przełoży się na działania protestacyjne. Tej cierpliwości zostało niewiele, a kiedy sytuacja stanie się krytyczna, reakcja będzie szybka i mocna. To nie jest alarm na wyrost, ale realny obraz tego, co dzieje się w środowisku rolniczym. Ludzie, którzy przez lata pracowali na polach, nie zamierzają dłużej czekać na deklaracje i obietnice. Tam, gdzie kończą się paliwo i środki do pracy, kończy się też cierpliwość. I właśnie wtedy wkraczają protesty, które niosą ze sobą siłę i determinację, bo rolnicy nie mają już innego wyjścia.

Żeby spiąć naszą rozmowę – co według Pana jest głównym celem tej umowy z Australią?

– Patrząc realistycznie, to nic nowego. To w zasadzie powtórka z Mercosuru – czyli ratowanie interesów niemieckiego przemysłu pod szyldem wielkiej gospodarki europejskiej. To Mercosur 2.0. Umowy takie jak ta nie są projektowane dla dobra całej Unii Europejskiej, tylko po to, by zapewnić Niemcom przewagę i stabilizację własnej gospodarki. Niezależnie od tego, czy mówimy o Mercosurze, Australii czy innym partnerze handlowym, schemat jest ten sam: wszystko kalkulowane pod kątem interesu jednego państwa, a nie szerszej korzyści dla Europy. To pokazuje, jak w praktyce funkcjonuje polityka handlowa w Unii – pozornie partnerskie porozumienia często skrywają własne cele, których prawdziwy beneficjent jest jasny, choć nie zawsze widoczny na pierwszy rzut oka. Dla przeciętnego obywatela czy przedsiębiorcy w Polsce efekty takich umów bywają odczuwalne dopiero po latach, kiedy rynek nasyca się tańszymi produktami sprowadzanymi z zagranicy, podczas gdy lokalne sektory muszą radzić sobie same. W skrócie: ta umowa, podobnie jak poprzednie, ma służyć jednej, konkretnej gospodarce – niemieckiej, a reszta – cóż, dopasowuje się lub płaci cenę braku ochrony własnych interesów.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”

NaszDziennik.pl