Bliski Wschód stoi dziś u progu nowego, najbardziej niepokojącego scenariusza - konfliktu, w którym strategicznym celem staje się woda?
– To brzmi jak ponura wizja przyszłości, ale niestety nie jest całkowicie abstrakcyjna. W regionie, gdzie dostęp do wody od zawsze był ograniczony, a zapotrzebowanie rośnie szybciej niż możliwości jej pozyskiwania, każda infrastruktura związana z jej produkcją czy dystrybucją staje się zasobem o znaczeniu krytycznym. Zakłady odsalania, systemy przesyłowe, zbiorniki – to dziś nie tylko elementy gospodarki, ale także potencjalne cele o ogromnym znaczeniu strategicznym. Dlatego wszelkie doniesienia o możliwych atakach na instalacje wodne trzeba traktować z najwyższą ostrożnością i powagą. Uderzenie w tego typu infrastrukturę oznaczałoby przekroczenie bardzo niebezpiecznej granicy, bo mówimy o obiektach, które bezpośrednio warunkują przetrwanie ludności cywilnej. Tego typu działania nie tylko eskalowałyby konflikt, ale mogłyby doprowadzić do katastrofy humanitarnej na skalę trudną do opanowania.
Donald Trump nie wyklucza, że do amerykańskiego uderzenia na infrastrukturę wodną dojdzie…
– Warto jednak oddzielić retorykę polityczną od realnych działań. Twarde komunikaty, nawet bardzo ostre, często są elementem gry negocjacyjnej, próbą wywarcia presji, a nie zapowiedzią konkretnych operacji. Stany Zjednoczone, niezależnie od tonu wypowiedzi swoich polityków, mają świadomość konsekwencji uderzenia w infrastrukturę cywilną – to nie jest ruch, który można wykonać bez ogromnych kosztów politycznych i wizerunkowych. Jednocześnie faktem pozostaje, że w takich krajach jak Iran problem niedoboru wody jest realny i narastający. Teheran od lat zmaga się z ograniczonymi zasobami, a w całym regionie Zatoki Perskiej systemy odsalania są absolutnie kluczowe dla funkcjonowania państw. Bez nich życie w wielu miejscach po prostu by się zatrzymało. I właśnie dlatego ten temat budzi tak duże emocje. Bo jeśli woda - najbardziej podstawowy zasób - zaczyna wchodzić do logiki konfliktu, to znaczy, że przesuwamy się w stronę świata znacznie bardziej niestabilnego, niż ten, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić. A to już nie jest tylko kwestia geopolityki, ale bezpieczeństwa cywilizacyjnego.
To jak dzisiaj planowane są ataki koalicji na Iran?
– Mamy do czynienia z operacją prowadzoną metodycznie, punkt po punkcie, której celem jest konsekwentne podcinanie zdolności państwa do prowadzenia wojny. Kluczowym elementem tej strategii stała się eliminacja kadry dowódczej Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. I nie chodzi wyłącznie o najwyższe szczeble - uderzenia schodzą niżej, sięgają lokalnych struktur dowodzenia, co w praktyce rozrywa łańcuch decyzyjny i wprowadza chaos tam, gdzie wcześniej funkcjonowała hierarchia i dyscyplina. Efekt jest widoczny gołym okiem: problemy z ciągłością dowodzenia, dezorganizacja działań, a także - co szczególnie symptomatyczne - próby ukrywania się dowódców w miejscach, które dotąd były poza logiką pola walki. To nie jest przypadek, to oznaka systemowego nacisku. Równolegle prowadzone są uderzenia w infrastrukturę militarną: systemy obrony, magazyny rakietowe, lokalne instalacje operacyjne. Każdy taki cios nie robi wielkiego wrażenia w pojedynkę, ale w sumie daje efekt erozji zdolności obronnych - powolnej, lecz konsekwentnej.
A jaka jest odpowiedź Iranu?
– Warto zwrócić uwagę na spadek intensywności irańskich uderzeń w regionie. To nie jest gest dobrej woli, tylko twardy wskaźnik ograniczonych możliwości. Iran wciąż próbuje demonstrować siłę, ale coraz częściej są to działania o charakterze punktowym, pozbawione wcześniejszego rozmachu. Jednocześnie rośnie napięcie wśród państw Zatoki Perskiej. Coraz mniej jest dyplomatycznej powściągliwości, coraz więcej otwartych deklaracji - także takich, które sugerują gotowość do bezpośredniego zaangażowania militarnego przeciwko Teheranowi. Nie oglądamy klasycznej wojny, tylko precyzyjnie prowadzoną operację wyniszczającą, w której stawką jest zdolność Iranu do działania jako regionalnej potęgi. I choć na razie nie widać jednego, spektakularnego uderzenia kończącego ten proces, wszystko wskazuje na to, że ktoś tu bardzo świadomie liczy, że przeciwnik zacznie się sypać od środka, zanim zdąży odpowiedzieć w pełnej skali.
Jak w praktyce wyglądają te „precyzyjne uderzenia” koalicji?
– Uderzenia są punktowe, ich logika jest szeroka i konsekwentna. Amerykanie i Izraelczycy koncentrują się przede wszystkim na infrastrukturze strategicznej wzdłuż Zatoki Perskiej, zwłaszcza w rejonie cieśniny Ormuz – czyli w miejscu, które dla globalnej gospodarki jest tym, czym tętnica dla organizmu. Każde działanie w tym obszarze ma natychmiastowe konsekwencje nie tylko militarne, ale i ekonomiczne. Te operacje polegają na eliminowaniu konkretnych zagrożeń: stanowisk rakietowych, instalacji mogących posłużyć do blokady szlaków morskich, potencjalnych punktów minowania. To nie są przypadkowe naloty - to selekcja celów, która ma ograniczyć zdolność Iranu do sparaliżowania transportu surowców i destabilizacji regionu. Jednocześnie widać, że wprowadzane są nowe systemy uzbrojenia i technologie rozpoznawcze, które pozwalają domykać „luki” - czyli miejsca, które wcześniej pozostawały poza zasięgiem albo były trudne do neutralizacji.
To czego nie robią?
– Nie dochodzi do zmasowanych ataków na kluczową infrastrukturę naftową, choć technicznie byłoby to możliwe. To nie jest przypadek, tylko świadoma decyzja polityczno-strategiczna. Pozostawienie tych instalacji w nienaruszonym stanie to forma utrzymania bufora - rezerwy eskalacyjnej, która może zostać wykorzystana, jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli. Innymi słowy: trzyma się w ręku argument ostateczny, ale na razie nikt nie chce go użyć. Równolegle mamy do czynienia z coraz wyraźniejszymi pęknięciami po stronie irańskiej. Rosnące napięcia wewnętrzne, presja ze strony Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, a także sygnały o izolacji politycznej części elit pokazują, że operacja militarna ma swój drugi wymiar - psychologiczny i polityczny. To nie jest tylko niszczenie infrastruktury, ale także systematyczne osłabianie spójności państwa. Te „precyzyjne ataki” to w rzeczywistości wielowarstwowa strategia. Na powierzchni - chirurgiczna dokładność. Pod spodem - długofalowa operacja, której celem jest nie tyle spektakularne zwycięstwo, ile doprowadzenie przeciwnika do stanu, w którym sam przestaje być zdolny do realnego oporu.
Co w tej wewnętrznej układance Iranu oznacza dziś pozycja prezydenta Masuda Pezeszkiana?
– Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy w Teheranie trwa wewnętrzna rozgrywka o kierunek państwa, to dziś te wątpliwości można odłożyć na bok. Mamy do czynienia z wyraźnym, a momentami wręcz brutalnym podziałem, który przebiega nie tylko między frakcjami politycznymi, ale przede wszystkim między instytucjami realnej siły. Z jednej strony stoi obóz prezydencki, formalnie legitymizowany, próbujący zachować choćby resztki wpływu na kurs państwa. Z drugiej – Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, który coraz mniej udaje, że jest tylko jednym z elementów systemu, a coraz wyraźniej zachowuje się jak jego faktyczny właściciel. Pozycja Masuda Pezeszkiana w tym układzie jest, mówiąc wprost, słaba. To nie jest lider, który decyduje, raczej polityk spychany na margines, izolowany, pozbawiany realnego wpływu na decyzje strategiczne. W praktyce oznacza to sytuację, w której oficjalne struktury państwa funkcjonują obok równoległego centrum władzy, a momentami wręcz pod jego dyktando. Rewolucja, jak to bywa, zaczyna zjadać własne instytucje, a mechanizmy państwowe ustępują miejsca logice siłowej i ideologicznej determinacji.
Z tym, że wojna nie dotyczy wyłącznie personaliów, lecz kierunku, w jakim ma pójść Iran.
– Obóz prezydencki - przynajmniej w teorii - mógłby szukać jakiejś formy deeskalacji czy pragmatycznego manewru. Korpus Strażników Rewolucji stawia natomiast na twardą linię, na eskalację i demonstrację siły, nawet za cenę dalszej izolacji międzynarodowej. To właśnie ta druga strona przejmuje dziś inicjatywę i buduje faktyczny monopol na decyzje w obszarze bezpieczeństwa i polityki zagranicznej. Na to nakłada się presja zewnętrzna, która tylko pogłębia te napięcia. Projekty operacyjne rozważane przez Stany Zjednoczone - jak choćby potencjalne przejęcie kontroli nad wyspą Kharg, absolutnie kluczową dla eksportu irańskiej ropy, przez którą przechodzi niemal cały strumień surowca - pokazują, że gra toczy się o najwyższą stawkę. Uderzenie w ten punkt nie byłoby jedynie ciosem ekonomicznym, ale de facto próbą przejęcia kontroli nad jednym z filarów funkcjonowania państwa. W efekcie Iran znajduje się dziś w sytuacji podwójnego nacisku: z zewnątrz - militarnym i gospodarczym, z wewnątrz - politycznym i instytucjonalnym. A w takich warunkach pęknięcia nie znikają. One się pogłębiają. I często to właśnie one, a nie rakiety czy sankcje, decydują o tym, jak kończą się tego typu konflikty.
Realny jest scenariusz, w którym Iran przejmuje faktyczną kontrolę nad cieśniną Ormuz i zaczyna nią zarządzać jak własnym narzędziem nacisku - na wzór Kanału Sueskiego czy Panamskiego?
– To kierunek, który Iran wyraźnie testuje. Pojawiają się konkretne pomysły wprowadzenia systemu opłat za przepływ - formalnie przypominającego model znany z Kanału Sueskiego czy Panamskiego, ale w praktyce znacznie bardziej uznaniowego i politycznie naładowanego. Różnica jest zasadnicza: tam mamy międzynarodowe regulacje i przewidywalność, tutaj - próbę narzucenia własnych reguł gry w jednym z najwrażliwszych punktów globalnego handlu. Teheran idzie o krok dalej. Nie chodzi wyłącznie o pieniądze, lecz o selektywną kontrolę ruchu. Coraz wyraźniej rysuje się model, w którym statki dzielone są na trzy kategorie: przyjazne, neutralne i wrogie. Te pierwsze przepływają bez większych przeszkód, drugie - jeśli zapłacą swoisty „haracz” i uzyskają odpowiednie kody identyfikacyjne - mogą liczyć na przepuszczenie przez newralgiczny odcinek cieśniny. Natomiast jednostki uznane za wrogie nie tylko napotykają blokady, ale stają się realnym celem działań - przypadki uszkodzonych tankowców nie są już incydentami z pogranicza teorii, tylko elementem presji. Klucz tkwi w geografii. Najwęższy fragment cieśniny ma około 30 kilometrów szerokości, co w praktyce oznacza, że kontrola ruchu morskiego jest tam stosunkowo łatwa do wymuszenia przy odpowiednich środkach militarnych. To nie jest otwarty ocean - to gardło, które można ścisnąć. I Iran doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Nic dziwnego, że rośnie nerwowość państw Zatoki Perskiej. Dla nich utrwalenie takiego mechanizmu oznaczałoby trwałe uzależnienie od decyzji Teheranu, a w konsekwencji – poważne ryzyko gospodarcze i polityczne. Stąd presja, by ten model zdusić w zarodku, zanim stanie się faktem dokonanym. Na tym tle coraz ostrzejsze sygnały płynące ze strony Stanów Zjednoczonych nie są przypadkiem. Zapowiedzi eskalacji, zwiększenia intensywności uderzeń i dalszego niszczenia infrastruktury irańskiej to w istocie komunikat: nie będzie zgody na to, by cieśnina Ormuz stała się narzędziem jednostronnej kontroli. To próba złamania tej strategii, zanim zdąży się zakorzenić. Iran próbuje zamienić geograficzną przewagę w instrument politycznego szantażu. A odpowiedź Zachodu wskazuje jasno: ta gra dopiero się zaczyna, ale nikt nie zamierza jej oddać bez walki.
Czy konflikt wokół Iranu to w istocie tylko fragment znacznie większej rozgrywki globalnej?
– Jeżeli ktoś próbuje sprowadzić tę sytuację do prostego starcia Waszyngton–Teheran, to patrzy na świat życzeniowo, a może nawet naiwnie. W rzeczywistości mamy do czynienia z układanką o znacznie większej skali, gdzie Iran jest jednym z elementów, ale na pewno nie jedynym i nie najważniejszym. To jest fragment szerszego starcia, w którym po jednej stronie mamy państwa coraz wyraźniej współpracujące ze sobą - Rosję, Chiny, Koreę Północną - a po drugiej Zachód, który przez lata żył w przekonaniu, że globalizacja załatwi za niego politykę. Wystarczy spojrzeć na konkretne zależności. Rosja od dawna wspiera Iran technologicznie, choćby w obszarze dronów i systemów bezzałogowych. Te technologie nie biorą się z próżni - to efekt współpracy, transferu wiedzy i wspólnego interesu w destabilizowaniu przeciwnika. Z kolei Chiny, choć formalnie bardziej powściągliwe, budują swoją pozycję poprzez ekonomię, handel i inwestycje, które tworzą zależności trudne do zerwania. Do tego dochodzi Korea Północna, funkcjonująca na obrzeżach systemu, ale zdolna dostarczać komponenty, które w takich konfliktach mają znaczenie. I teraz najważniejsze: ten blok, jakkolwiek by go nazwać, działa coraz bardziej spójnie. Nie zawsze w sposób spektakularny, nie zawsze jawnie, ale konsekwentnie.
Tymczasem Zachód przez lata nie tylko tolerował tę sytuację, ale momentami wręcz ją współtworzył?
– Tak. Wystarczy przypomnieć skalę inwestycji europejskich firm w Chinach, uzależnienie od tamtejszej produkcji czy strategiczne przymykanie oka na rosnące ambicje Pekinu. Niemieckie koncerny budujące fabryki w Państwie Środka to nie anegdota - to symbol całej epoki myślenia, które dziś wraca jak bumerang. Dlatego Iran nie jest samotnym graczem rzucającym wyzwanie Stanom Zjednoczonym. Jest częścią większego mechanizmu, w którym każdy element pełni określoną funkcję: jedni dostarczają technologię, inni finansowanie, jeszcze inni polityczne wsparcie. A to oznacza, że każda eskalacja w tym regionie ma potencjał wykraczający daleko poza Bliski Wschód. To nie jest lokalny konflikt z globalnym echem, tylko globalna rywalizacja, która akurat znalazła jeden ze swoich frontów w Iranie. I dopóki tego nie zrozumiemy, będziemy analizować skutki, nie widząc prawdziwych przyczyn.
Mamy dziś do czynienia z poważnym kryzysem jego zdolności operacyjnych?
– Jeżeli ktoś jeszcze wierzył w mit o niepodważalnej dominacji militarnej Zachodu, to ostatnie miesiące brutalnie tę narrację zweryfikowały. Nie chodzi o to, że Zachód przegrał – chodzi o to, że jego realne możliwości okazały się znacznie skromniejsze, niż przez lata próbowano nam wmówić. Wystarczy spojrzeć na działania morskie: potencjał takich państw jak Wielka Brytania czy Francja, które jeszcze niedawno uchodziły za filary bezpieczeństwa na kluczowych akwenach, dziś wygląda co najmniej rozczarowująco. To nie są siły zdolne do długotrwałego, intensywnego zaangażowania w wielu punktach jednocześnie. I to jest sedno problemu. Ta wojna działa jak papierek lakmusowy - pokazuje nie deklaracje, nie strategie zapisane w dokumentach, tylko twardą zdolność do działania w realnych warunkach. A te są bezlitosne. Logistyka, dostępność sprzętu, gotowość bojowa, zdolność do rotacji sił - wszystko to nagle przestaje być teorią, a zaczyna być konkretnym ograniczeniem. Co więcej, nie mówimy tu o konflikcie, który spadł na Zachód jak grom z jasnego nieba. Informacje o rosnącej roli Iranu, o jego zaangażowaniu w różne ogniska zapalne, o współpracy technologicznej i militarnej - to wszystko było dostępne od lat. Mówiono o tym otwarcie, analizowano, publikowano raporty. To nie jest historia o zaskoczeniu, tylko o ignorowaniu sygnałów ostrzegawczych.
Dlatego nie można już udawać, że mamy do czynienia z lokalnym problemem czy incydentalnym kryzysem?
– To jest fragment większego procesu, w którym Zachód musi odpowiedzieć sobie na bardzo niewygodne pytanie: czy jest jeszcze zdolny do skutecznego działania w świecie, gdzie przeciwnik nie gra według starych reguł? Bo jeśli odpowiedź brzmi „nie do końca”, to mamy do czynienia nie z chwilową zadyszką, tylko z początkiem poważniejszego przesilenia. Ta wojna nie tylko toczy się na polach bitew - ona równolegle rozgrywa się w sferze percepcji siły. I w tej drugiej Zachód zaczyna wyglądać mniej przekonująco, niż sam przez lata chciał wierzyć.

