logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Wolność słowa nie jest ozdobnikiem demokracji

Środa, 15 kwietnia 2026 (10:22)

Rozmowa z dr Arturem Dąbrowskim, prezesem Akcji Katolickiej Archidiecezji Częstochowskiej

 

 

Ułaskawienie pani Weroniki Krawczyk przez prezydenta Karola Nawrockiego to wyłącznie gest indywidualnej sprawiedliwości? Kobieta mogła trafić do więzienia za to, że w ocenie sądu „pomówiła” lekarza świadectwem umieszczonym w sieci. Na jednej z grup dla matek oczekujących dzieci stwierdziła, że odradza współpracę z danym lekarzem, gdyż sugerował on jej aborcję.

– To decyzja, która ma dwa wyraźne wymiary i trudno je od siebie oddzielić. Po pierwsze, z punktu widzenia prerogatyw głowy państwa – wszystko jest tu czyste: Prezydent skorzystał z konstytucyjnego prawa łaski, a więc narzędzia, które nie podlega żadnej politycznej negocjacji, tylko jego osobistej ocenie sytuacji. W tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z osobą wcześniej niekaraną, która – co kluczowe – wyraziła opinię opartą na swoich doświadczeniach, a nie prowadziła zorganizowanej kampanii oszczerstw. I to jest punkt wyjścia: granica między krytyką a zniesławieniem została tu – delikatnie mówiąc – napięta do granic możliwości. Prezydent najwyraźniej uznał, że państwo nie powinno reagować na takie sytuacje aparatem represji, bo to droga donikąd. Drugi wymiar jest już szerszy i bardziej polityczny, nawet jeśli ktoś będzie próbował temu zaprzeczyć. To czytelny sygnał, że w sporze o wolność wypowiedzi – zwłaszcza w obszarach światopoglądowych – Prezydent nie zamierza stać z boku. W ostatnich latach widać wyraźnie tendencję do używania instrumentów prawnych jako narzędzia dyscyplinowania ludzi za ich poglądy, szczególnie wtedy, gdy dotyczą one kwestii życia, etyki czy odpowiedzialności zawodowej lekarzy. I nie chodzi tu o przyzwolenie na bezkarne obrażanie kogokolwiek, tylko o proporcje. Jeśli prawo zaczyna ścigać opinię wyrażoną w debacie publicznej tak, jakby była przestępstwem, to znaczy, że coś w systemie się rozregulowało. Decyzja Prezydenta wpisuje się więc w szerszy kontekst: przypomnienie, że wolność słowa nie jest ozdobnikiem demokracji, tylko jej fundamentem. I że państwo, które zaczyna tę wolność ograniczać pod pretekstem ochrony dóbr osobistych, bardzo szybko może przekroczyć cienką granicę między ochroną a cenzurą. Jednocześnie to także sygnał dla środowisk, które czują się dziś bezbronne wobec podobnych spraw – że istnieją jeszcze instytucje zdolne zareagować. Tyle że na dłuższą metę jeden akt łaski nie rozwiąże problemu. Jeśli takie przypadki mają się nie powtarzać, potrzebna jest poważna rozmowa o tym, gdzie naprawdę przebiega granica odpowiedzialności za słowo, a gdzie zaczyna się zwykłe tłumienie opinii.

Decyzja Prezydenta w tej sprawie to bardziej przywrócenie elementarnego poczucia sprawiedliwości czy raczej próba uchronienia państwa przed kompromitacją?

– To jest sytuacja, w której oba te wątki nakładają się na siebie i trudno je rozdzielić. Z jednej strony mamy do czynienia z klasycznym sporem o granice prawa i jego interpretacji. Padają publicznie głosy, również ze strony przedstawicieli władzy, że prawo można odczytywać „tak, jak się je rozumie”. I tu pojawia się zasadniczy problem, bo jeśli prawo przestaje być systemem wspólnych reguł, a staje się narzędziem uznaniowej interpretacji, to wchodzimy na bardzo niebezpieczne terytorium. Terytorium, które historycznie znamy aż za dobrze i które w europejskim doświadczeniu zawsze kończyło się utratą zaufania do instytucji państwa. Z drugiej strony mamy wymiar stricte praktyczny. W tego typu sprawach, jeśli zapadłby ostateczny wyrok utrzymujący surową sankcję wobec osoby, która wyraziła opinię w debacie publicznej, naturalnie pojawia się ryzyko reakcji międzynarodowych instytucji monitorujących standardy praworządności. I to nie jest abstrakcja, tylko realny mechanizm, który wielokrotnie uruchamiał się w przeszłości przy podobnych sprawach w różnych krajach Europy. Prezydent, podejmując decyzję o ułaskawieniu, wchodzi więc w rolę arbitra nie tylko konkretnej sprawy, ale też szerszego napięcia między literą prawa a jego społecznym odbiorem. W tym sensie można mówić o ruchu, który jednocześnie rozbraja potencjalny konflikt wewnętrzny i zmniejsza ryzyko kompromitacji państwa.

Jednocześnie warto zaznaczyć coś istotnego: spór nie dotyczy wyłącznie jednej osoby i jednego wyroku.

– W tle mamy szersze pytanie o to, czy sądy stają się miejscem promocji prądów ideologicznych, czy nadal pozostają wyłącznie arbitrem prawa. Jeśli zaczyna dominować ta pierwsza logika, to rzeczywiście wchodzimy w obszar, w którym wyroki przestają być postrzegane jako czysto prawne, a zaczynają być interpretowane jako efekt sporu światopoglądowego. I właśnie dlatego ta decyzja ma ciężar większy niż pojedyncza sprawa. Ona dotyka fundamentu: czy państwo prawa opiera się na jednolitych zasadach, czy na zmiennych interpretacjach zależnych od bieżącego klimatu politycznego i ideowego.

Czy nie jest zaskakujące, że w obecnych realiach politycznych kobiety w Polsce – w tym matki i kobiety w ciąży – są narażane na szczególnie trudne doświadczenia?

– To jest temat, który dotyka bardzo wrażliwej sfery i jednocześnie pokazuje, jak silnie emocje mieszają się dziś z oceną systemu prawnego. W przestrzeni publicznej pojawiają się przykłady spraw, w których kobiety – również matki – trafiały do aresztów czy były objęte surowymi środkami zapobiegawczymi. Tak było m.in. w sprawie rzekomej afery Funduszu Sprawiedliwości. Zwolennicy takiego podejścia wskazują na konieczność równego stosowania prawa wobec wszystkich, bez względu na status społeczny czy sytuację osobistą. Krytycy natomiast podnoszą, że w niektórych przypadkach zabrakło proporcji i wrażliwości na konsekwencje ludzkie takich decyzji. W tym sporze często przywołuje się konkretne nazwiska i historie, które mają pokazać szerszy obraz praktyki stosowania prawa. Padają przykłady osób związanych z różnymi sprawami publicznymi, w których środki zapobiegawcze budziły społeczne emocje, zwłaszcza gdy dotyczyły rozłąki z dziećmi czy trudnych sytuacji rodzinnych. Takie obrazy – niezależnie od kontekstu prawnego każdej sprawy – zawsze działają na wyobraźnię i stają się punktem odniesienia w debacie o humanitarności wymiaru sprawiedliwości. Jednocześnie trzeba podkreślić jedną fundamentalną rzecz: państwo prawa opiera się na zasadzie, że emocje nie mogą zastępować procedur. Każda decyzja organów ścigania czy sądów powinna mieścić się w ramach obowiązujących przepisów, które – przynajmniej w założeniu – uwzględniają również standardy ochrony praw człowieka.

Spór zaczyna się wtedy, gdy różne strony inaczej oceniają, czy te standardy zostały zachowane.

– I właśnie w tym miejscu pojawia się największe napięcie. Z jednej strony oczekiwanie surowości i skuteczności państwa w egzekwowaniu prawa, z drugiej – oczekiwanie, że ta surowość nie będzie prowadziła do sytuacji odbieranych jako nadmiernie dolegliwe. W efekcie każda głośna sprawa staje się nie tylko postępowaniem prawnym, ale też testem dla zaufania społecznego do instytucji państwa. To, co wybrzmiewa najmocniej w tej debacie, to nie tyle pojedyncze przypadki, ile pytanie o granice proporcjonalności i o to, jak państwo powinno równoważyć skuteczność działania z humanitarnym podejściem do osób objętych postępowaniami. I to jest pytanie, które – niezależnie od politycznych ocen – będzie wracać, bo dotyczy samego rdzenia relacji między obywatelem a władzą.

Sytuacje, w których matki – zwłaszcza te wychowujące chore dzieci – trafiają do aresztu mimo możliwości odpowiadania z wolnej stopy, a także przypadek kobiety w kajdankach na pogrzebie własnego dziecka, nie przekraczają już granicy między państwem prawa a systemem, który przestaje respektować standardy praw człowieka?

– To są obrazy, które zawsze wywołują silne emocje, bo dotykają najbardziej wrażliwego punktu – relacji między władzą a jednostką. W debacie publicznej takie przypadki są przywoływane jako przykład działań, które według części opinii publicznej mogą budzić pytania o proporcjonalność stosowanych środków zapobiegawczych. W tej dyskusji często pojawia się też wątek milczenia części środowisk lewackich, feministycznych itd., które w innych sprawach bardzo głośno zabierają głos w obronie praw człowieka i praw kobiet. Pada pytanie, dlaczego w jednych przypadkach reakcja jest natychmiastowa i zdecydowana, a w innych – mimo silnego ładunku emocjonalnego – tej reakcji brakuje. To nie jest spór o jeden przypadek, tylko o standard funkcjonowania instytucji wymiaru sprawiedliwości. A ten standard, jak pokazuje praktyka, wciąż pozostaje przedmiotem ostrej i dalekiej od zakończenia debaty społecznej.

Wyrok w sprawie Weroniki Krawczyk można traktować jako próbę wywołania efektu mrożącego, który miałby zniechęcić ludzi – zwłaszcza kobiety – do publicznego wyrażania opinii o lekarzach, którzy promują aborcję, i o systemie ochrony zdrowia, który na to pozwala?

– Nie chodziło wyłącznie o jednostkowy spór prawny, ale o wysłanie szerszego sygnału do opinii publicznej. Sygnału w rodzaju: „granice wypowiedzi są wyraźnie wyznaczone, a ich przekroczenie będzie miało konsekwencje”. Z tej perspektywy wyrok nie jest tylko rozstrzygnięciem indywidualnej sprawy, ale elementem szerszego klimatu prawnego, który może wpływać na zachowania obywateli i ich skłonność do zabierania głosu w debacie publicznej. Mamy do czynienia z mechanizmem, który może budzić efekt ostrożności, a nawet autocenzury – mrożący – jak pan to ujął. Wskazać też trzeba na emocjonalny odbiór spraw, w których pojawiają się szczególnie trudne życiowe okoliczności, jak sytuacje rodzinne czy zdrowotne, oraz na to, że takie obrazy naturalnie wzmacniają społeczną wrażliwość na sposób działania instytucji państwa. W tle pojawia się jednak coś jeszcze ważniejszego – pytanie o granice debaty publicznej. Czy państwo powinno reagować w sposób zdecydowany na wypowiedzi, czy też powinno pozostawić większą przestrzeń w obszarach tak wrażliwych jak zdrowie, etyka czy kwestie światopoglądowe. To napięcie między ochroną reputacji a wolnością słowa nie jest nowe, ale dziś jest wyjątkowo widoczne i emocjonalnie obciążone. I w tym sensie ta sprawa nie kończy się na jednym orzeczeniu. Ona wraca jako pytanie o to, jak w praktyce ma działać równowaga między wolnością słowa a ochroną dóbr osobistych i gdzie przebiega granica, po której państwo zaczyna być postrzegane nie jako arbiter sporu, ale jako jego uczestnik.

W tej sprawie zadziałał realny system wsparcia – od prawników, przez środowiska katolickie, aż po zwykłych obywateli, którzy apelowali do Prezydenta o ułaskawienie Weroniki Krawczyk? Czy to jest ten pozytywny wymiar całej historii?

– Tak, bez wątpienia można to tak odczytać. I warto to uczciwie podkreślić, bo obok całego sporu prawnego i emocji, które temu towarzyszyły, pojawił się też bardzo konkretny mechanizm solidarności. Z jednej strony była praca prawników, którzy od początku wskazywali na wątpliwości i starali się prowadzić tę sprawę w sposób uporządkowany, merytoryczny. Z drugiej – mocno wybrzmiał głos środowisk katolickich, w tym Akcji Katolickiej czy przedstawicieli Kościoła, które publicznie apelowały o uważne przyjrzenie się sytuacji i o zastosowanie prawa łaski. Ale jest jeszcze coś ważniejszego, co wykracza poza sam spór instytucjonalny. To moment, w którym część społeczeństwa nie ogranicza się już tylko do komentarza czy emocji w mediach społecznościowych, ale realnie organizuje presję opinii publicznej, pisze apele, petycje, zabiera głos. To pokazuje, że pewne sprawy przestają być wyłącznie „papierową” procedurą, a zaczynają żyć w przestrzeni publicznej. Jednocześnie trzeba jasno powiedzieć: z tego płynie też wniosek bardziej wymagający. Jeżeli ktoś chce realnie wpływać na rzeczywistość społeczną, to nie wystarczy sama reakcja na pojedyncze przypadki. Potrzebna jest konsekwencja, ciągłość działania i lepsza organizacja tych środowisk, które reagują na takie sytuacje. Bo inaczej każda kolejna sprawa będzie powtarzała ten sam schemat: oburzenie, apel, emocje, a potem cisza.

W tej historii widać też, że presja opinii publicznej ma znaczenie?

– Niezależnie od ocen politycznych, instytucje państwa nie funkcjonują w próżni. Reagują na nastroje, na argumenty prawne, na głosy ekspertów i obywateli. I w tym sensie ta sprawa stała się pewnym testem – nie tylko dla wymiaru sprawiedliwości, ale też dla społeczeństwa obywatelskiego, które pokazało, że potrafi się zmobilizować, kiedy uzna coś za niesprawiedliwe. I to jest chyba najważniejszy wniosek: takie przypadki pokazują, że państwo prawa nie jest wyłącznie konstrukcją instytucjonalną. Ono żyje także dzięki temu, czy ludzie chcą i potrafią reagować, kiedy uznają, że dzieje się coś niepokojącego.

Ta sprawa nie sprowadza się do prostego pytania: za co właściwie ta kobieta miała przepraszać?

– Właśnie w tym tkwi sedno całego sporu i jednocześnie jego największy ciężar emocjonalny i etyczny. Bo jeśli odrzucić wszystkie warstwy formalne, prawnicze i proceduralne, zostaje nam pytanie bardzo proste, wręcz brutalnie proste: co dokładnie miała zrobić ta kobieta, żeby uniknąć odpowiedzialności za słowa, które wypowiedziała w ramach własnego doświadczenia? Z jej perspektywy sytuacja była jednoznaczna. Usłyszała diagnozę i rekomendację medyczną, która – jak się później okazało – była nietrafna. I nie mówimy tu o drobnym błędzie, ale o scenariuszu, w którym w tle pojawia się realna decyzja o życiu nienarodzonego dziecka. Ona tej sugestii nie przyjęła. Urodziła dziecko, które przyszło na świat żywe i zdrowe. I właśnie w tym momencie cała wcześniejsza narracja medyczna przestała się zgadzać z rzeczywistością. Teraz kluczowe pytanie, które wisi nad tą sprawą: gdzie kończy się błąd, a zaczyna odpowiedzialność? Bo w każdej profesji, zwłaszcza tak wrażliwej jak medycyna, pomyłka nie jest abstrakcją. Gdyby chirurg źle ocenił stan pacjenta i doprowadził do amputacji zdrowej kończyny, to trudno sobie wyobrazić, żeby pacjentowi zarzucano później „naruszenie dóbr osobistych”, jeśli opisałby swoje doświadczenie. W medycynie skutki błędu nie są teoretyczne – one są fizyczne, trwałe i często nieodwracalne.

W tym przypadku pojawia się jeszcze jeden element: wpływ na decyzję pacjentki?

– Bo jeśli ktoś znajduje się w sytuacji granicznej, słyszy rekomendację dotyczącą tak fundamentalnej kwestii jak ciąża, to naturalne jest, że ta rekomendacja ma wagę znacznie większą niż zwykła opinia. I właśnie dlatego spór o to, co można powiedzieć publicznie o takich doświadczeniach, staje się tak wrażliwy. Trzeba też jasno stwierdzić: to nie jest tylko spór o słowa. To jest spór o granice odpowiedzialności zawodowej i o to, czy pacjent ma prawo mówić o swoich przeżyciach wtedy, gdy czuje, że coś poszło nie tak. Bo jeśli to prawo zostaje ograniczone, to pojawia się ryzyko efektu mrożącego –  ludzie przestają mówić o własnych doświadczeniach, nawet jeśli są one dla nich traumatyczne. I w tym sensie ta sprawa wykracza poza jednostkowy konflikt. Ona dotyka zaufania do całego systemu ochrony zdrowia. Bo zaufanie nie bierze się z deklaracji, tylko z możliwości mówienia o błędach bez obawy, że sama taka relacja stanie się przedmiotem sankcji. Na końcu zostaje jeszcze jedna, niewygodna refleksja: każdy taki spór pokazuje, jak cienka jest granica między ochroną dobrego imienia a prawem do krytyki i opisu własnych doświadczeń. I właśnie na tej granicy rozgrywają się dziś najbardziej sporne sprawy publiczne.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”

NaszDziennik.pl