Wojskowy Sąd Garnizonowy uniewinnił szeregowego Karola S., który w marcu 2024 roku oddał strzały w kierunku grupy migrantów forsujących zaporę na granicy polsko-białoruskiej. Wcześniej umorzono postępowanie wobec jego kolegi z jednostki. Ten wyrok można odczytywać jako przywrócenie elementarnego poczucia sprawiedliwości w tej sprawie?
– Jeżeli mówimy o samej istocie tego zdarzenia, to w mojej ocenie ten proces w ogóle nie powinien był się rozpocząć. Trudno zrozumieć, dlaczego sprawa trafiła na wokandę w sytuacji, w której żołnierz działał w warunkach bezpośredniego zagrożenia granicy państwowej. Mówimy o sytuacji skrajnej, dynamicznej, gdzie decyzje podejmuje się w ułamkach sekund, a nie w komfortowych warunkach analizy prawnej po fakcie. Z perspektywy prawa kluczowe jest jedno: nielegalne przekroczenie granicy państwowej, szczególnie w sposób zorganizowany i z użyciem presji fizycznej, nie jest sytuacją neutralną. To czyn zabroniony, zagrożony karą pozbawienia wolności. Jeżeli dochodzi do eskalacji, użycia siły, przełamywania zabezpieczeń granicznych, to wchodzimy w obszar, w którym państwo musi reagować twardo, także poprzez działania służb mundurowych. Dlatego właśnie uzasadnienie sądu, które – jak rozumiem – wskazywało na brak podstaw do przypisania winy żołnierzowi w takich okolicznościach, należy ocenić jako logiczne i spójne z realiami służby. Żołnierz nie działa w próżni. Działa w ramach ochrony granicy państwa, często w warunkach presji, chaosu i bezpośredniego zagrożenia. I tu dochodzimy do sedna problemu, który w tej sprawie wybrzmiewa najmocniej. Nie chodzi tylko o ten konkretny wyrok, ale o wcześniejsze decyzje o wszczynaniu postępowań wobec funkcjonariuszy i żołnierzy, którzy wykonywali swoje obowiązki. Z punktu widzenia systemu bezpieczeństwa to sytuacja bardzo niebezpieczna, bo wysyła sygnał niepewności tam, gdzie powinna obowiązywać jasność reguł. Państwo, które wysyła swoich żołnierzy do ochrony granicy, musi jednocześnie dawać im jednoznaczne ramy prawne działania. Jeżeli tych ram brakuje albo są one interpretowane zbyt szeroko i niejednoznacznie, to w praktyce osłabia się cały system odstraszania i reagowania. Ten wyrok można więc odczytywać jako korektę wcześniejszego podejścia, ale jednocześnie jako gorzką konstatację, że sprawa w ogóle trafiła na drogę sądową. W tego typu sytuacjach kluczowa powinna być nie tyle retrospektywna ocena, co jasność zasad obowiązujących w momencie działania. I to jest chyba największy wniosek z tej historii: państwo nie może pozwolić sobie na to, by jego żołnierz, stojący na granicy, po wykonaniu obowiązku służbowego, musiał jeszcze bronić się w sądzie za decyzje podjęte w warunkach realnego zagrożenia.
To był okres, gdy prokuraturą kierował Adam Bodnar, a w jej strukturach pojawił się specjalny zespół analizujący działania żołnierzy na granicy. To czy można się dziwić, że sprawy takie jak ta Karola S. w ogóle trafiały na drogę karną? I czy państwo w takich momentach nie zaczyna działać przeciwko własnym funkcjonariuszom?
– To jest pytanie, które dotyka szerszego problemu niż jedna konkretna decyzja czy jedna prokuratura. Ja się przede wszystkim dziwię czemuś innemu: że w wielu przypadkach przełożeni tych żołnierzy i funkcjonariuszy nie stają za nimi twardo, kiedy dochodzi do takich zdarzeń. W praktyce wygląda to tak, że człowiek na pierwszej linii zostaje sam. Sam wobec zdarzenia, sam wobec presji medialnej i często sam wobec aparatu państwa, który powinien go chronić, a nie dodatkowo obciążać. To ma swoje bardzo konkretne konsekwencje. Widzimy odejścia ze służby, widzimy zniechęcenie, widzimy ludzi, którzy po prostu nie chcą już ryzykować, jeśli później mają być ciągani po sądach za decyzje podejmowane w ułamku sekundy, w warunkach realnego zagrożenia. I to nie są abstrakcyjne problemy kadrowe, tylko realna luka w bezpieczeństwie państwa. Trzeba też pamiętać o kontekście, który w tej sprawie jest absolutnie kluczowy. Strzały padły w miejscu, które już wcześniej było symbolem dramatycznych wydarzeń – tam, gdzie zginął szeregowy Mariusz Sitek. To nie jest neutralna przestrzeń. To miejsce, w którym napięcie, ryzyko i presja operacyjna są stałym elementem służby. I teraz dochodzimy do sedna sporu, który w takich sprawach wraca jak bumerang. Jeżeli przyjmiemy narrację, że broń znajdująca się w rękach żołnierza ma służyć wyłącznie do odstraszania, sygnalizowania obecności czy wykonywania funkcji czysto symbolicznej, to trzeba sobie uczciwie odpowiedzieć na pytanie, po co w ogóle jest to broń ostra i amunicja bojowa. Bo albo mówimy o realnym narzędziu obrony państwa, albo o rekwizycie do demonstracji. Sąd w tego typu sprawach często przypomina o podstawowej zasadzie: celem wyposażenia funkcjonariuszy i żołnierzy w broń jest możliwość skutecznej obrony, w tym obrony przed agresją i naruszeniem granicy państwowej. To nie jest broń do „straszenia”, tylko do użycia w sytuacjach skrajnych, gdy inne środki zawodzą albo są niewystarczające. I właśnie dlatego tak istotne jest, by państwo nie rozmywało tej odpowiedzialności. Bo jeśli żołnierz zaczyna się zastanawiać nie tylko nad tym, jak reagować na zagrożenie, ale też nad tym, czy za chwilę nie będzie musiał bronić swojej decyzji przed sądem, to mamy do czynienia z poważnym problemem systemowym. W takich warunkach nie chodzi już tylko o jedną sprawę czy jeden wyrok. Chodzi o fundament zaufania między państwem a tymi, którzy stoją na jego pierwszej linii obrony.
Czy współczesny żołnierz na granicy funkcjonuje dziś w warunkach podwójnej presji – z jednej strony ze strony państw wrogich, takich jak Rosja i Białoruś, a z drugiej ze strony organizacji i środowisk społecznych, które kwestionują działania służb?
– Trzeba powiedzieć wprost: żołnierz na granicy działa dziś w warunkach ogromnej presji i to z kilku stron jednocześnie. Mamy oczywiście klasyczne zagrożenia, czyli działania inspirowane przez Rosję czy Białoruś, które testują szczelność granicy, destabilizują sytuację i wykorzystują migrantów jako narzędzie nacisku politycznego. To jest twarda geopolityka i tu nie ma miejsca na złudzenia. Ale jest też drugi poziom napięcia, mniej oczywisty, a w praktyce bardzo istotny. To przestrzeń wewnętrzna, czyli różnego rodzaju organizacje i środowiska, które wchodzą w konflikt z aparatem bezpieczeństwa państwa. I tutaj pojawia się spór o definicje i intencje. W mojej ocenie część takich działań, niezależnie od deklarowanych celów, w praktyce prowadzi do osłabiania zdolności operacyjnych służb, podważania ich autorytetu i demoralizacji ludzi, którzy stoją na pierwszej linii. Jeżeli funkcjonariusz ma poczucie, że państwo stoi za nim tylko połowicznie, że każda jego decyzja może być później rozpatrywana nie tylko w kategoriach prawa, ale też presji politycznej czy medialnej, to siłą rzeczy wpływa to na jego gotowość do działania. A to w sytuacjach granicznych ma znaczenie fundamentalne. Jednocześnie trzeba zachować proporcje i uczciwość w ocenie konkretnych zdarzeń. W przypadku tej sprawy pojawia się też wątek indywidualnego zachowania żołnierza i jego symboliki. Oskarżony pojawił się w koszulce zespołu Honor. To właśnie ta grupa muzyczna była w Polsce oskarżana o gloryfikowanie neonazizmu. I tu moja ocena jest jednoznaczna: Sala sądowa nie jest przestrzenią na tego typu ekspresję, bo jej fundamentem jest dyscyplina i neutralność. Natomiast nie można mieszać dwóch porządków. Jedna rzecz to ocena jednostkowych, nieakceptowalnych symbolicznych gestów. A zupełnie inna to kwestia zasadnicza: czy żołnierz wykonujący swoje obowiązki w sytuacji zagrożenia granicy powinien być wciągany w wieloletnie postępowania karne za decyzje operacyjne podejmowane w warunkach presji i niepewności. I właśnie tu leży sedno problemu. Państwo musi być zdolne jednocześnie do egzekwowania standardów etycznych i dyscyplinarnych, ale też do pełnej ochrony swoich funkcjonariuszy w sytuacjach, gdy działają oni w obronie jego bezpieczeństwa. Jeśli ten balans zostaje zaburzony, zaczyna się erozja zaufania, a to w służbach mundurowych jest jednym z najgroźniejszych zjawisk.
Czy sposób zatrzymania żołnierzy przez Żandarmerię Wojskową, nagłośniony w mediach, nie naruszył podstawowych standardów traktowania osób w mundurze i nie podważył zaufania wewnątrz samej armii?
– Z dostępnych relacji wyłania się obraz, który – mówiąc najdelikatniej – budzi poważny dyskomfort. Jeśli rzeczywiście doszło do sytuacji, w której żołnierzy zatrzymywano w sposób ostentacyjny, zakuwano w kajdanki i traktowano ich w sposób odbierany przez środowisko jako poniżający, to mamy do czynienia z czymś, co nie powinno mieć miejsca w relacjach pomiędzy formacjami państwa. Trzeba sobie powiedzieć wprost: nawet jeśli istnieje podejrzenie naruszenia prawa, nawet jeśli aparat państwa działa w trybie postępowania wyjaśniającego, to wciąż obowiązują standardy proporcjonalności i elementarnej godności. Mundur nie odbiera człowieczeństwa, a już na pewno nie powinien być pretekstem do demonstracyjnej siły wobec własnych żołnierzy, którzy na co dzień wykonują zadania w warunkach realnego ryzyka. Z opowieści, które pojawiały się w przestrzeni publicznej, wynikało również poczucie głębokiego zgrzytu w samym wojsku. I to jest być może najpoważniejszy wymiar tej sprawy. Bo można odbudować procedury, można wyjaśniać decyzje, ale dużo trudniej odbudować zaufanie wewnątrz formacji, jeśli żołnierze zaczynają mieć wrażenie, że państwo nie stoi po ich stronie, tylko staje naprzeciw nich. Jeżeli faktycznie doszło do przekroczeń, to naturalną konsekwencją powinno być rzetelne postępowanie wyjaśniające i ewentualne rozliczenie służbowe. Nie po to, żeby kogokolwiek symbolicznie karać, ale po to, by przywrócić elementarną równowagę i jasność zasad. Wojsko musi mieć zaufanie do własnych procedur, bo inaczej zaczyna się erozja dyscypliny i poczucia sensu służby. Jednocześnie trzeba oddzielić emocje od meritum sprawy. Państwo ma prawo egzekwować prawo, ale sposób jego egzekwowania jest równie ważny jak sam fakt działania. Jeśli ten balans zostaje zaburzony, to nawet formalnie poprawne decyzje zaczynają generować napięcie i poczucie niesprawiedliwości. Dlatego w tej sprawie kluczowe nie jest tylko to, co się wydarzyło, ale też to, jak państwo potrafi wyciągać wnioski. W takich sytuacjach nie chodzi o jednorazowy incydent, tylko o sygnał wysyłany do całego środowiska mundurowego: czy zasady są wspólne dla wszystkich, czy też w praktyce różnie interpretowane w zależności od sytuacji.
W takiej sprawie, jak postawienie żołnierzy przed sądem, ktoś powinien ponieść odpowiedzialność polityczną? Czy to była gra pod publiczkę, czy realna potrzeba prawna, a może po prostu statystyka i polityczny pokaz siły?
– W takich sprawach rzadko mamy do czynienia z jednym czynnikiem, raczej z mieszaniną polityki, emocji i instytucjonalnych odruchów. I niestety często wygląda to tak, że decyzje procesowe czy organizacyjne są podejmowane nie tylko w oparciu o chłodną analizę prawną, ale też pod presją bieżącego klimatu politycznego oraz oczekiwań różnych środowisk. Problem zaczyna się w momencie, kiedy państwo przestaje wysyłać jasny sygnał, że żołnierz i funkcjonariusz działający w warunkach zagrożenia ma za sobą pełne wsparcie instytucji. Bo jeżeli ten element zostaje zachwiany, to pojawia się efekt mrożący. Ludzie w mundurach zaczynają się zastanawiać nie tylko nad tym, jak działać skutecznie, ale też czy za chwilę nie staną przed sądem za decyzję podjętą w ułamku sekundy, w warunkach realnego ryzyka. Oczywiście, państwo prawa musi działać w oparciu o procedury i kontrolę. Nikt tego nie kwestionuje. Ale równie istotne jest to, żeby ta kontrola nie zamieniała się w automatyzm oskarżeń wobec ludzi, którzy w istocie wykonują zadania w imieniu państwa i w jego interesie. W takich sytuacjach kluczowe jest wyważenie: odpowiedzialność tak, ale bez podważania samej istoty służby. Jeśli chodzi o szerszy kontekst polityczny, to widać też napięcie między różnymi wizjami bezpieczeństwa i polityki państwa. Jedni kładą nacisk na twarde narzędzia i zdecydowane działanie, inni akcentują kontrolę instytucjonalną i ograniczanie ryzyka nadużyć. Problem pojawia się wtedy, gdy te dwie logiki przestają się równoważyć, a zaczynają się wykluczać. Do tego dochodzi jeszcze sfera narracji publicznej, w której łatwo o uproszczenia i ostre etykiety. To zawsze szkodzi, bo zamiast rozmowy o realnych mechanizmach państwa mamy emocjonalny spór, który niczego nie rozwiązuje. A państwo w takich warunkach działa gorzej, nie lepiej. Dlatego pytanie o odpowiedzialność nie powinno sprowadzać się wyłącznie do „czy ktoś chciał zrobić pokaz”, tylko raczej do tego, czy system jest ustawiony tak, żeby żołnierz nie był pozostawiony sam sobie między decyzją operacyjną a późniejszą oceną polityczno-prawną. I tu, niezależnie od sympatii politycznych, jest przestrzeń do poważnej korekty.
Czy obecna aktywność organizacji pozarządowych, które – zdaniem części środowisk politycznych – wspierają proces rozszczelniania granic i ułatwiają napływ migrantów, to efekt szerszych zobowiązań politycznych i finansowych zaciągniętych jeszcze w poprzednich latach, czy raczej niezależna dynamika, która wymknęła się spod kontroli państw?
– W tej dyskusji miesza się kilka porządków naraz i to jest jej podstawowy problem. Jedni widzą w tym spontaniczną aktywność społeczną, inni – precyzyjnie ułożoną sieć zależności, w której pieniądz i polityka idą ramię w ramię. Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pomiędzy, ale nie jest to „miękki środek”, tylko raczej pole ostrego zderzenia interesów. Nie ulega wątpliwości, że funkcjonowanie wielu organizacji pozarządowych w Europie Zachodniej, a także w naszym regionie, opiera się na wieloletnich strumieniach finansowania zewnętrznego. To nie jest tajemnica ani teoria spiskowa, tylko mechanizm znany od lat: granty, programy międzynarodowe, fundacje, środki publiczne i prywatne, które tworzą cały ekosystem instytucji aktywnych w obszarach migracji, polityki społecznej czy klimatycznej. Problem zaczyna się wtedy, gdy te przepływy przestają być przejrzyste, a ich efekt polityczny staje się nieproporcjonalnie duży wobec realnego mandatu społecznego. Wtedy rodzi się pytanie o niezależność tych działań i o to, czy rzeczywiście mamy do czynienia z oddolną aktywnością obywatelską, czy raczej z profesjonalnie finansowanym zapleczem określonych agend politycznych. Warto też pamiętać, że zmiany w administracji w Stanach Zjednoczonych czy w innych centrach decyzyjnych często wpływają na kierunki finansowania i priorytety całych sektorów NGO. Kiedy zmienia się polityczny klimat w Waszyngtonie, zmienia się też krajobraz grantowy – i organizacje, które były przyzwyczajone do określonych strumieni wsparcia, nagle funkcjonują w zupełnie innych warunkach. To potrafi wywołać napięcia i poczucie utraty stabilności po stronie tych środowisk. Natomiast sprowadzanie tego wyłącznie do „długów politycznych” czy prostego schematu zależności byłoby zbyt dużym uproszczeniem. Rzeczywistość jest bardziej wielowarstwowa: mamy tu interesy państw, organizacji międzynarodowych, fundacji prywatnych i lokalnych aktorów, którzy często działają z różnych, nie zawsze spójnych motywacji. I właśnie dlatego ten temat budzi tak silne emocje. Bo dotyka granicy między tym, co jest realną pomocą humanitarną czy społeczną, a tym, co zaczyna wyglądać jak element większej gry politycznej. A tam, gdzie pojawia się gra o wpływy, zawsze pojawia się też spór o intencje i o to, kto tak naprawdę ustawia reguły całego systemu.
Dziękuję za rozmowę.

