Trwa drugi tydzień prac ekshumacyjnych w Woli Ostrowieckiej na Wołyniu. Ich aktualny etap wpisuje się w wieloletnią historię badań w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej, gdzie w 1992, 2011 oraz 2015 roku odnaleziono, ekshumowano i godnie pochowano szczątki 674 osób. W tym roku odnaleziono dotąd szczątki co najmniej kolejnych 38 osób.
Pracom specjalistów towarzyszy dr Leon Popek, badacz zbrodni wołyńskiej i historyk z lubelskiego IPN. Doktor Popek zaangażowany jest w prace ekshumacyjne na tych terenach od samego początku, czyli od 1992 r. Dla niego rzeź wołyńska nie jest tylko jedną z kart historii – wśród ofiar ukraińskich nacjonalistów byli członkowie jego rodziny, łącznie ponad dwadzieścia osób.
– Urodziłem się w domu, w którym moja mama ciągle opowiadała, wspominała. Ona się urodziła w 1921 roku, tutaj obok, w Woli Ostrowieckiej. Pochodziła stąd i opowiadała tę historię. Od dziecka ją słyszałem o tym, że zginął mój dziadek, że zginęła moja ciocia z dwójką dzieci i z mężem – opowiada dr Leon Popek.
doktor Leon Popek odkąd pamięta zastanawiał się, gdzie mogą być pochowani jego bliscy i inni mieszkańcy wsi. To zmotywowało go do podjęcia studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Był koniec lat 70., gdy zaczął zbierać relacje osób ocalałych z rzezi wołyńskiej, przez lata udało mu się nagrać relacje bezpośrednich świadków wydarzeń. Wśród nich był m.in. jedyny spośród mężczyzn, który uciekł z miejsca kaźni mimo zadanych mu sześciu ran.
– Scenariusz był taki, że oni, ludność, pod pretekstem zebrania organizowanego przez UPA została zgromadzona w szkole i na terenie szkolnym, na boisku szkolnym. Kobiety z dziećmi zamknięto w szkole, mężczyzn na placu szkolnym i następnie w pierwszej kolejności mężczyzn przeprowadzano przez ten odcinek, to jest około 200 metrów, tutaj do gospodarstwa Strażyca – wyjaśnia dr Popek.
Mężczyźni byli przyprowadzani małymi grupami, po czym wprowadzano ich do stodoły. Okłamywano ich, że są prowadzeni na komisję lekarską. W środku musieli się rozebrać i oddać wszelkie przedmioty osobiste, po czym w samych kalesonach prowadzono ich przez drugie drzwi na tyły budynku.
– Tam chwytano, prowadzono za stodołą, był już wykopany dół, układano w dole rzędami następnie i zabijano przy pomocy tępych narzędzi gospodarskich, takich jak siekiery, kołki, maczugi. Następną grupę kolejną po sześć osób, później po dziesięć osób, układano rzędami – opisuje.
Inna relacja pochodzi od kobiety, która była wśród osób zamkniętych w szkole. Po zabraniu mężczyzn na rzekome badania, były to same kobiety i dzieci. Część z nich wyprowadzono. Reszta, oceniana na kilkadziesiąt osób, została w środku, gdy budynek został podpalony, a do środka wrzucono granaty. Członkowie UPA dobijali też uciekających przez okna ludzi. Kobiecie, od której pochodzi relacja, cudem udało się przeżyć, ale zginął jej mąż i dzieci.
– Ta relacja, że biorą kobiety i dzieci i prowadzą w nieznanym kierunku, miała potwierdzenie w ekshumacji w 1992 roku. Bo okazało się, że w tym dole śmierci najpierw byli układami mężczyźni, a pod koniec, na mniej więcej trzech metrach, te 27 kobiet i 19 dzieci, wrzucone już bezwładnie. To już nie było układanie, to były wrzucone szczątki, ciała wrzucane bezwładnie – powiedział dr Popek.
Czarno-białe zdjęcia z 1992 roku, przedstawiające stos ludzkich kości, stały się ważnym świadectwem historii. Znaleziono wówczas szczątki 243 osób, w tym 27 kobiet i 19 dzieci. Ułożenie szkieletów, a także zaobserwowane obrażenia potwierdzały prawdziwość relacji dawnych mieszkańców Wołynia. Badacz zadaje sobie pytanie, gdzie są ciała osób zamordowanych na terenie szkoły. Wiele wskazuje na to, że część ofiar udało się odnaleźć w 2011 roku. Wówczas dokonano ekshumacji 61 szkieletów.
– To znaczy, że część kobiet z dziećmi, około stu, gdzieś powinno być jeszcze poza tą mogiłą za stodołą, gdzieś jeszcze w dole śmierci – powiedział.
Trudno uwierzyć, że w miejscu, w którym prowadzone są prace, wcześniej była wieś. Polna, nierówna droga prowadzi przez gąszcz, jakby na dziką polanę. Jedyną oznaką, że na terenach nieistniejącej już Woli Ostrowieckiej mieszkali ludzie, są zdziczałe już drzewa owocowe, niegdyś część gospodarstw.
Nad ranem, po dotarciu na miejsce, specjaliści niezwłocznie zabierają się do pracy. Po założeniu specjalnych kombinezonów, archeolodzy zajmują się odkryciem zabezpieczonej wcześniej mogiły – tzw. dołu śmierci o wymiarach 2,5 na 6,5 metra. Na dnie wykopu widać ludzkie szczątki, leżące w zupełnym nieładzie. Na ich czaszkach widać ślady po uderzeniach tępymi narzędziami.
Badacze szacują, że tego typu miejsc kaźni może być nawet kilka tysięcy. Część z nich została zlokalizowana, ale ekshumacji było zaledwie kilka, bo przez lata nie wyrażała na nie zgody strona ukraińska.
Więcej przeczytaj TUTAJ.

