logo
logo

Zdjęcie: arch/ -

Medialna (nie tylko) walka o Polskę

Sobota, 15 czerwca 2013 (02:00)

Bomba zegarowa wciąż tyka i z każdą sekundą przybliża katastrofę – mówił w latach 80. zeszłego wieku zbiegły do USA agent KGB Jurij Biezmienow, znany też jako Tomas Schuman, ekspert w dziedzinie dezinformacji i dywersji ideologicznej.

„Czasu nie da się cofnąć. Musicie się obudzić. Wasze media oraz wasz system szkolnictwa kształtuje pokolenie przekonane, że przyszło mu żyć w czasach pokoju. Jest to błąd. Zachód jest w stanie wojny – niewypowiedzianej wojny totalnej przeciwko podstawowym wartościom i fundamentom, na których wspiera się system”.

Wojna, o której mówił wiele lat temu, trwa i dotyka Polski. Bo czymże innym, jeśli nie próbą likwidacji resztek niepodległości państwa polskiego jest zauważalne ostatnio wzmożenie działań Rosji i Niemiec?

Po obliczonej na zranienie tożsamości narodowej Polaków produkcji filmowej „Pokłosie” nadszedł czas na niemiecki serial „Nasze matki, nasi ojcowie”, który zostanie zaprezentowany z wielką pompą, w otoczce dyskusji ekspertów, w publicznej telewizji – jakby szło o dzieło co najmniej oscarowe. Tytuł sugeruje, że chodzi o niemieckie matki i niemieckich ojców, myliłby się jednak ten, kto oczekiwałby prawdy na temat zbrodni popełnianych przez pokolenie służące Hitlerowi w dziele likwidacji Słowian.

Serial obejrzą miliony Polaków. I dowiedzą się, że nazistami byli żołnierze Armii Krajowej mordujący Żydów, lub utwierdzą się w tym przekonaniu, jeżeli wcześniej poddali się manipulacji historycznej „Pokłosia”. Tak właśnie odbiera się Polakom poczucie godności, wartości i honoru, ukształtowane w dużej mierze na świadomości, że byli jedynym Narodem, który zdobył się na stworzenie fenomenu – Polskiego Państwa Podziemnego. Trzeba więc obraz AK zdekonstruować, „odbrązowić”, zohydzić, słowem – zniszczyć.

Niezrozumiały wydaje się udział w tym przedsięwzięciu prezesa zarządu TVP Juliusza Brauna, który niedawno jeszcze twierdził, że polski wątek „nie ma nic wspólnego z prawdą historyczną i dlatego musi zostać potępiony i odrzucony”. Jak prezes zamierza, odrzuciwszy polski wątek, wyemitować serial?

Jedynym sensownym wytłumaczeniem zmiany stanowiska Brauna wydaje się nie tyle forsowana przez niego teza, że widzowie powinni zapoznać się z filmem, by mogli wyrobić sobie własne zdanie – niejasne pozostaje, czy o filmie, czy o rozszalałym antysemityzmie żołnierzy podziemia – lecz świadomy zamiar wpłynięcia na sposób postrzegania niemieckiej okupacji w czasie II wojny światowej.

Na wartościowe filmy brakuje czasu antenowego, najczęściej pokazywane są nocą. Jeżeli Niemcy chcą poprawiać sobie samopoczucie, zrzucając winę za holokaust na Polaków, niechże robią to u siebie i na własny rachunek. Po co komu potrzebne jest bulwersowanie polskiej opinii publicznej? Czy niemieckie kompleksy muszą być nam podawane do kolacji na talerzu? Przecież film ma tę właściwość, że – przemawiając obrazem – jest o wiele bardziej sugestywny niż słowo pisane, dość wspomnieć „Trylogię” Sienkiewicza. Każdy, czytając o panu Wołodyjowskim, widzi Tadeusza Łomnickiego.

Trudno nie dostrzegać szerszego kontekstu politycznego emisji niemieckiego filmu: słów prezydenta USA o „polskich obozach koncentracyjnych”, kreowania „wypędzenia” Niemców na drugi po holokauście największy dramat wojenny, nieustanne wypominanie nam antysemityzmu w zachodniej prasie.

Czy niemieckie problemy z przeszłością muszą odbijać się rykoszetem na świadomości Polaków? No właśnie – czy rzeczywiście tylko rykoszetem?

Jeżeli skojarzyć to uderzenie w nasze poczucie tożsamości z głośnymi ostatnio faktami wskazującymi na coraz silniejsze uzależnienie od Rosji, można by pokusić się o sformułowanie tezy, że jesteśmy świadkami procesu rozkładania państwa polskiego – od wewnątrz i z zewnątrz.

Państwowa Komisja Wyborcza pobiera nauki w Moskwie, i to w chwili, gdy notowania Platformy mocno spadają. Do Moskwy nie jeździ się przecież na dyskusje – tam wysłuchuje się pouczeń i instrukcji, zazwyczaj na baczność.

Prawie równocześnie z informacjami o polsko-rosyjskiej współpracy wyborczej dowiedzieliśmy się, że nasza Służba Kontrwywiadu Wojskowego podpisała dokument o współdziałaniu z Federalną Służbą Bezpieczeństwa, bezpośrednią następczynią KGB.

Nie wolno zapominać, że szefem FSB był w latach 1998--1999 obecny prezydent Rosji Władimir Putin, któremu służba ta utorowała drogę do władzy krwawymi zamachami na domy mieszkalne i kłamliwą propagandą przypisującą eksplozje Czeczenom. Operacja „Hiroszima” pozwoliła rozpętać drugą wojnę czeczeńską, której Putin potrzebował, by pogrążyć kraj w chaosie i odsunąć Jelcyna.

Współpracę z CIA i innymi zachodnimi służbami wytłumaczyć można obowiązującymi nas sojuszami – niezależnie od tego, że sojusznicy ci niespecjalnie przejmują się Polską. O umowie podpisanej z FSB dowiedzieliśmy się najpierw z rosyjskich portali, jakby Moskwa chciała powiedzieć: „I tak jesteście nasi”.

Anna Zechenter

Nasz Dziennik