logo
logo

Zdjęcie: arch. IPN/ -

Nierozliczone zło powróci

Czwartek, 11 lipca 2013 (02:03)

Nacjonaliści ukraińscy chcieli mieć niepodległą Ukrainę „czystą jak szklanka wody”, czyli taką, w której nie będzie żadnej innej narodowości oprócz Ukraińców. Polaków mieszkających obok nich od wieków byli gotowi usunąć bez litości i bez wyjątku. Okazją do pozbycia się polskich sąsiadów stała się druga wojna światowa.

Już we wrześniu 1939 roku nacjonaliści i komuniści ukraińscy mordowali żołnierzy polskich wracających z frontu oraz uciekinierów z Polski centralnej chroniących się na ziemiach kresowych.

Kolejna fala zbrodni rozpoczęła się po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Niemcy tolerowali antypolskie wystąpienia Ukraińców, które od początku 1943 roku stały się masowe. Rzezie objęły najpierw wschodnie powiaty Wołynia, a w kolejnych miesiącach przesuwały się do centrum i dalej na zachód. W lipcu i sierpniu osiągnęły swoje apogeum, którego symbolem jest Krwawa Niedziela 11 lipca, kiedy to zostało zaatakowanych około stu miejscowości, w których żyli Polacy. W tym dniu napadano nawet w czasie Mszy św. w kościołach.

W końcu 1943 roku na Wołyniu właściwie nie było już Polaków. W najokrutniejszy sposób wymordowano co najmniej 60 tysięcy ofiar, a ci, którym udało się przeżyć, musieli uciekać. Ukraińcy ponadto stosowali „taktykę spalonej ziemi”. Obrabowane gospodarstwa polskie po wymordowaniu mieszkańców były palone i unicestwiane.

Wycinano nawet drzewa wokół domostw, a teren zaorywano, by w przyszłości nie można było dokonać identyfikacji domów, studni z zamordowanymi i masowych grobów. Niszczono też budynki publiczne, szkoły, kościoły, kaplice.

W ten sposób przepadło na zawsze wiele budowli zabytkowych, w tym stare polskie dwory. W tym czasie rzezie przeniosły się do Małopolski Wschodniej, gdzie w 1944 roku pochłonęły co najmniej 70 tysięcy ofiar w trzech województwach: lwowskim, tarnopolskim i stanisławowskim. Mordy trwały aż do ekspatriacji w 1946 roku, a zdarzały się jeszcze i w roku następnym.

Wielokrotnie podróżowałam po Kresach wraz z rodziną, moimi dziećmi. Szukając polskich śladów, pytałam o drogę Ukraińców. Wskazywali ścieżki do zapomnianych miejsc, śladów po polskim dworze, kościele, cmentarzu, mogile. Niekiedy odrywali się od swych zajęć, nadkładali drogi. Nigdy z ich strony nie doznałam najmniejszej nawet niechęci, wręcz okazywali sympatię, gościnność. Wtedy wracały przeczytane wspomnienia, przypominały się fotografie i losy moich rodaków tak okrutnie wymordowanych, kobiet, dzieci… I pytanie: jak to było możliwe?

Wcześniej przecież wielu z nich żyło w zgodzie. A teraz pozostały – niepogrzebane w poświęconej ziemi – ich kości oraz nieme ślady cierpień: krzyż w szczerym polu w miejscu, gdzie kiedyś od pokoleń była gwarna wioska, osada. Ile jest takich miejsc? Tych samotnych krzyży…

Nie potrafimy do końca zrozumieć ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich. Nie potrafimy odpowiedzieć dlaczego. Biskup łucki Marcjan Trofimiak mówił, że nie ma odpowiedzi, „bo to jest mysterium iniquitatis – tajemnica zła, zła, które nie poddaje się żadnemu racjonalnemu wytłumaczeniu, zła, które wykracza poza wszelkie ludzkie pojęcia. Z tą tajemnicą zmierzyć się może jedynie tajemnica przeogromnej Bożej miłości, która zaprowadziła Jego jedynego Syna na szczyt Golgoty”.

I wskazywał na pociechę płynącą z Księgi Mądrości: „Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka (…). Choć nawet w ludzkim rozumieniu doznali kaźni, nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności. (…) Bóg ich bowiem doświadczył i znalazł ich godnymi siebie. Doświadczył ich jak złoto w tyglu i przyjął ich jak całopalną ofiarę” (Mdr 3, 1.4.5b-6).

Ofiarom ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego jesteśmy winni naszą pamięć i modlitwę. W imię prawdy zbrodnia na niewinnych i bezbronnych ofiarach musi zostać potępiona, bo nie ma dla niej żadnego usprawiedliwienia. Pojednanie oparte na kłamstwie nie ma znaczenia, a nierozliczone zło może się powtórzyć w przyszłości.

Dr Joanna Wieliczka-Szarkowa

Nasz Dziennik