logo
logo

Zdjęcie: M.Marek/ Nasz Dziennik

Z Afryki na Pragę

Piątek, 12 lipca 2013 (02:05)

Aktualizacja: Piątek, 12 lipca 2013 (09:29)

Kapłan, lekarz i misjonarz – ks. abp Henryk Hoser złączył te trzy powołania w jedno. Jako kapłan leczy ludzkie dusze, na dodatek będąc lekarzem z wykształcenia, jest wielkim autorytetem w tematach bioetycznych.

Dzieła, które stworzył, pracując na misjach w Afryce, do dziś służą jej mieszkańcom. Pasterz diecezji warszawsko-praskiej nie waha się zdecydowanie i odważnie bronić nauczania Kościoła, za co coraz ostrzej atakują go media i politycy.

Młodość w Żbikowie

Ksiądz arcybiskup Henryk Hoser urodził się 27 listopada 1942 r. w Warszawie. Pochodzi ze słynnej rodziny Hoserów, która na przełomie XIX i XX wieku zbudowała jedno z największych przedsiębiorstw ogrodniczych w stolicy.

Firma Braci Hoserów była na tyle znana, że jej nazwa pojawiła się w „Lalce” Bolesława Prusa. Ród pochodzi z niemieckiego Augsburga, gdzie przodek ks. abp. Hosera był burmistrzem. Od tamtej pory w rodzinnym herbie znajdują się trzy języki ognia, które zostały nadane burmistrzowi za walkę z szalejącym w mieście pożarem. Symbol ten widnieje również w herbie biskupim ks. abp. Hosera obok gwiazdy betlejemskiej pochodzącej z herbu pallotynów.

Z Niemiec rodzina Hoserów przeniosła się do Czech. To właśnie stamtąd w 1844 r. przybył do Warszawy znany ogrodnik Piotr Hoser i objął stanowisko zarządcy Ogrodu Saskiego, doprowadzając do jego rozkwitu, a następnie z pomocą braci rozwinął własne gospodarstwo ogrodnicze.

Więzy Piotra Hosera z Polską stały się jeszcze silniejsze poprzez przejście z wyznania ewangelickiego na wiarę katolicką. A już kilkadziesiąt lat później za miłość do nowej Ojczyzny rodzina Hoserów zapłaciła najwyższą cenę – w czasie Powstania Warszawskiego w 1944 r. w domu na Woli z rąk Niemców giną ojciec i dziadek ks. abp. Hosera.

Po wojnie matka Halina próbowała odbudować rodzinną firmę, jednak wkrótce gospodarstwo przejęło państwo.

W tym czasie Henryk i jego o rok starsza siostra Julia przebywali u babci w miejscowości Kawcze pod Śremem. Następnie przenieśli się do Żbikowa, obecnie części Pruszkowa, gdzie do dziś funkcjonuje gospodarstwo ogrodnicze kontynuujące rodzinną tradycję Wojciecha Hosera.

W domu w Żbikowie mieszkało kilka rodzin Hoserów, stąd też było tam dość liczne grono dzieci. Dom był duży, miał kilkanaście pokoi, Henryk z siostrą, mamą, ciotką i babcią zamieszkali na pierwszym piętrze. Henryk najbardziej zaprzyjaźnił się ze swoim starszym o trzy lata bratem stryjecznym Piotrem Hoserem. Chodzili do tej samej szkoły podstawowej i Liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie.

– Był to chłopak inteligentny, bystry, pracowity, pełen werwy i dowcipu. Bardzo dobrze się uczył i nie miał żadnych problemów w szkole – wspomina pan Piotr.

Z okresem szkoły średniej wiążą się organizowane w ich domu prywatki, na które zapraszali koleżanki i kolegów ze szkoły. Henryk świetnie tańczył. Miał szereg innych zainteresowań – ukończył nie tylko dwa stopnie kursu tańca, ale także kursy ratownika i żeglarski.

– W lecie codziennie chodził z siostrą i mamą kąpać się na glinianki. Uwielbiał pływać – mówi brat stryjeczny. Oprócz tego miał duży talent do nauki języków obcych, grał również na fortepianie. – Był wyjątkowo zdolny – ocenia pan Piotr.

Seminarium po medycynie

Mama ks. abp. Hosera była osobą głęboko wierzącą. Wielki wpływ na decyzję o wyborze kapłaństwa miał również nauczający religii w szkole podstawowej ks. Aleksander Kamiński.

– Był zaprzyjaźniony z naszym domem. Heniek zawsze się na nim wzorował, szczególnie jeśli chodzi o jego podejście do ludzi. Ksiądz Kamiński był bardzo otwarty – i bogaty, i biedny – każdy dla niego znaczył tyle samo – mówi pan Piotr.

Dwaj kuzyni chodzili razem na nabożeństwa do prowadzonej przez siostry zakonne kaplicy w Duchnicach, gdzie co niedzielę Mszę św. odprawiali księża pallotyni i gdzie Henryk służył jako ministrant.

Pod koniec lat 50. Henryk wraz z rodziną wrócił do Warszawy, co jednak nie zerwało serdecznych kontaktów z resztą rodziny. – Do dziś żartobliwie określa mnie mianem dziekana w rodzinie, ponieważ uważał, że ja to wszystko jakoś trzymałem w garści – śmieje się Piotr Hoser.

W 1966 r. ukończył medycynę na Akademii Medycznej w Warszawie i otrzymał stanowisko asystenta. Według najbliższych, od zawsze przejawiał zainteresowanie biologią. Zresztą nie tylko on. Siostra Julia wybrała kierunek ogrodniczy, a pan Piotr weterynarię.

Jednak dwa lata po ukończeniu studiów medycznych postanawia wstąpić do Zgromadzenia Księży Pallotynów. Studia z filozofii i teologii kończył w Wyższym Seminarium Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego w Ołtarzewie.

– Wstępując do seminarium, miał już wizję swojego kapłaństwa. Chodzi o aspekt misyjny – podkreśla ks. Czesław Parzyszek SAC, który w tym czasie pełnił funkcję prefekta w seminarium. Henryk stworzył wspólnotę misyjną alumnów, której celem była modlitwa za misje i misjonarzy. Był też dziekanem alumnów, czyli kimś, kto reprezentował seminarzystów. – Wyróżniał się dynamizmem i dojrzałością. Mam jak najlepsze wspomnienie naszej współpracy – wspomina ks. Parzyszek.

16 czerwca 1974 r. Henryk Hoser otrzymał święcenia kapłańskie z rąk ks. bp. Władysława Miziołka.

Ukochany misjonarz

Następnie w ramach przygotowania do wyjazdu na misje udał się do Paryża, gdzie zdobywał wiedzę na temat chorób tropikalnych oraz uczył się języka francuskiego. W 1975 r. wyjechał do Rwandy, gdzie Księża Pallotyni pracowali od czterech lat.

Pełnił tam wiele funkcji – był duszpasterzem, proboszczem, animatorem duszpasterstwa rodzinnego i apostolstwa świeckich, promotorem apostolstwa drukowanego. W 1978 r. założył w Kigali ośrodek medyczno-socjalny oraz Centrum Formacji Rodzinnej. Jako lekarz uczył tamtejszą ludność naturalnych metod rozpoznawania płodności.

Jego zasługą jest zaszczepienie we wszystkich dziewięciu diecezjach Rwandy dzieła „Rodzina małym Kościołem”. W 1994 r. Stolica Apostolska mianowała go wizytatorem apostolskim na Rwandę. Był to czas, kiedy ks. Hoser pomagał Kościołowi lokalnemu w podniesieniu się po tragedii wojny domowej pomiędzy plemionami Tutsi i Hutu. Jako wizytator apostolski ks. Henryk Hoser mianował nowych biskupów w miejsce tych, którzy zostali zabici. Gdy zmarła jego mama, nie mógł nawet przyjechać na pogrzeb, ponieważ nie miał możliwości wydostania się z Rwandy.

Przez kilka lat ks. Hoser pełnił także funkcję delegata prowincjała Polskiej Prowincji Księży Pallotynów w Rwandzie. Ksiądz Parzyszek, ówczesny prowincjał, podkreśla zaangażowanie ks. Hosera w pomoc rodzinie i obronę życia poczętego. Tę działalność ks. Henryka bardzo cenił Ojciec Święty Jan Paweł II.

– Kiedy Papież przybył do Rwandy na spotkanie z polskimi misjonarzami i misjonarkami w nuncjaturze, jego pierwsze pytanie brzmiało: „Który to jest Hoser?”. To nazwisko z pewnością pojawiało się w Watykanie za pośrednictwem nuncjusza apostolskiego, dlatego Ojciec Święty dobrze znał dzieło ks. Hosera – opowiada ks. Parzyszek.

Przypomina, że ks. Henryk Hoser za swoje mocne słowa w liście do władz, w którym potępiał ludobójstwo w Rwandzie, został uznany za persona non grata w tym kraju. Po 21 latach pracy w Afryce powrócił do Europy.

Lekarz ludzkich dusz

– Mieliśmy większy kontakt, gdy był na misjach w Rwandzie, niż odkąd został arcybiskupem na Pradze – zauważa Hanna Hoser, siostra stryjeczna.

Wyjaśnia, że wówczas widywał się ze swoją rodziną podczas urlopów, a teraz prawie bez przerwy pracuje i brakuje mu na to czasu. Urząd ordynariusza warszawsko-praskiego sprawuje od 2008 roku.

Z czasów żbikowskich pani Hanna zapamiętała Henryka jako małego brzdąca, z którym z racji tego, iż był od niej o osiem lat młodszy, nie miała wówczas zbyt wiele tematów. To się zmieniło, gdy Henryk dorósł, wyjechał na misje i został biskupem diecezji warszawsko-praskiej.

– Kiedyś jego siostra powiedziała, że w dzieciństwie zawsze wlókł się za nami, a teraz nas wszystkich przerósł – wspomina pani Hanna. Wskazuje na dwie cechy, które w przypadku ks. abp. Hosera wysuwają się na pierwszy plan, a mianowicie wielką mądrość i głęboką duchowość.

Dobrze zapamiętała spotkanie ks. abp. Hosera ze studentami w czasie jednego z jego urlopów, gdy jeszcze pracował na misjach w Rwandzie. Zapytany o swoje powołanie, odpowiedział, że zawsze chciał być blisko człowieka, dlatego został lekarzem, by móc leczyć ludzi.

– Widać, chciał zajrzeć bardziej do duszy tego człowieka. Myślę, że dlatego zdecydował się na kapłaństwo – przypuszcza pani Hanna.

Komentując jego odwagę w głoszeniu nauki Kościoła, np. odnośnie do in vitro, i związane z tym ataki, stwierdza: – Ja to widzę jako pełne powołanie. To Boży człowiek, który głosi swoje przekonania bez względu na konsekwencje. To misjonarz, bez reszty człowiek oddany Bogu i swojej misji – podkreśla Hanna Hoser.

Bogusław Rąpała

Nasz Dziennik