logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Bohaterska historia

Piątek, 26 lipca 2013 (02:09)

Nie boi się stawiać czoła przeciwnościom i podejmować nowych wyzwań, nawet gdyby wszyscy dookoła mówili, że cel, który sobie postawił, jest niemożliwy do osiągnięcia. Gdy podjął się organizacji Międzynarodowego Rajdu Katyńskiego, nikt nie wierzył, że to może się udać. A tymczasem w tym roku poprowadzi już trzynastą wyprawę do miejsc polskiej Golgoty Wschodu i na pole chwały polskiej husarii pod Wiedniem.

– Jest wielkim patriotą, człowiekiem oddanym sprawom Ojczyzny. Zdyscyplinowany, zdecydowany, budzi szacunek otoczenia – charakteryzuje Wiktora Węgrzyna uczestnik Rajdów Katyńskich Krzysztof Butlewski. – Wszyscy liczą się z jego zdaniem – dodaje.

Młodzieńcza konspira

Z Katyniem zetknął się po raz pierwszy w 1943 roku. Ojciec Wiktora Węgrzyna był oficerem Narodowych Sił Zbrojnych. Pewnego dnia ktoś do jego domu przywiózł trzy naramienniki należące do polskich oficerów zamordowanych w Lesie Katyńskim. Trafiły one do państwa Węgrzynów za pośrednictwem Polskiego Czerwonego Krzyża. Na czteroletnim Wiktorze wywarło to głębokie wrażenie, które pomimo upływu czasu nie zatarło się w pamięci.

Później też nieraz w domu słyszał o zbrodni dokonanej przez Sowietów na polskich oficerach. Gdy w 1951 r. jeden z kolegów pokazał mu dwa wiersze o Katyniu, natychmiast zrobił z nich użytek. Kupili w sklepie z zabawkami dziecięcą drukarenkę i wydrukowali na niej kilkaset egzemplarzy wiersza, a wydrukowane ulotki w nocy rozkleili na ulicach warszawskiego Targówka, gdzie mieszkali. Rano obserwowali, jak ludzie przystają przy słupach i czytają nalepione przez nich kartki.

Był to najstraszniejszy okres stalinowskiego terroru i choć chłopcy mieli wówczas zaledwie 12 lat, za ten czyn z pewnością zostaliby poddani represjom, nie wspominając już o ich rodzicach. Konspiracja zakończyła się, gdy ojciec kolegi znalazł resztę ulotek ukrytych w rynnie.

Niepokorny

W latach 60. Wiktor Węgrzyn studiował w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. W czasie urlopu dziekańskiego pracował na stacji benzynowej w Jabłonnie koło Nowego Dworu Mazowieckiego. Ale w marcu 1968 r. popadł w konflikt z miejscowym ormowcem, który zatrzymał się tu w drodze do Warszawy.

Ponieważ Węgrzyn pozwolił sobie na złośliwy żart odnośnie do celu jego wyjazdu do stolicy, w której właśnie trwały studenckie protesty, ormowiec poskarżył się sekretarzowi partii z Nowego Dworu. Ten postanowił natychmiast interweniować. Niestety, był nietrzeźwy, więc gdy przyjechał na stację benzynową, został potraktowany jak zwyczajny pijak i obezwładniony przez Wiktora Węgrzyna.

Węgrzyn oczywiście został wyrzucony z pracy, ale oficjalne powody zwolnienia były inne, bo przecież nie można było uzasadnić zwolnienia obezwładnieniem pijanego, awanturującego się sekretarza PZPR.

W aktach Instytutu Pamięci Narodowej zachowały się notatki Służby Bezpieczeństwa o rozmowie ostrzegawczej przeprowadzonej 15 marca 1968 r. w Nowym Dworze Mazowieckim na temat rozpowszechniania przez Wiktora Węgrzyna „informacji o działaniach represyjnych funkcjonariuszy MO i ORMO podczas zamieszek studenckich w marcu 1968 r.” w Warszawie. Jak zapisał funkcjonariusz SB prowadzący sprawę: „W wyniku poinformowania Komitetu Powiatowego PZPR W. Węgrzyn został zwolniony z pracy w Centrali Produktów Naftowych”.

Ofiarny

W 1973 r. wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Pobyt miał być krótki, ale przedłużył się do 2000 roku. Z konieczności, nie z wyboru.

Niecałe dwa tygodnie po przyjeździe do Ameryki Węgrzyn udał się na demonstrację pod polski konsulat w Chicago. W manifestacji, która odbyła się 22 lipca 1973 r., setki Polaków mieszkających w Chicago demonstrowało swój stosunek do komunistycznego święta, będącego dla nich dniem zniewolenia Polski.

Do zgromadzonych wyszedł konsul generalny i powiedział: „Was wyprostuje tylko trumna. Pocałujcie mnie w tyłek”, po czym wypiął zadek na demonstrantów. Wtedy Wiktor Węgrzyn wymierzył mu solidnego kopniaka. O powrocie do kraju nie mógł już nawet marzyć.

Włączył się wówczas aktywnie w życie Polonii, ale nie było to łatwe. – Z inicjatywy Wiktora powstała grupa „Pokolenie” działająca w ramach Związku Narodowego Polskiego – wspomina mieszkający w USA przyjaciel Wiktora Węgrzyna Jacek Kawczyński.

– Było nas około 20 osób. Wiktor miał takie założenie, że będziemy naciskać na prezesa ZNP, aby związek bardziej wspierał ruchy niepodległościowe w Polsce. Ale działalność grupy nie przyniosła zamierzonych efektów, nie wszyscy mieli takie priorytety jak my, a poza tym ciągle podsyłano nam prowokatorów. Gdy sprowadzaliśmy z Polski podziemne pisemka, powielaliśmy je i próbowaliśmy sprzedawać, to wielu Polaków się od nas odsunęło, a nawet byliśmy wypraszani z polonijnych uroczystości. Oni woleli zachować dobre układy z konsulem, bo od niego zależało, czy będą mogli pojechać do Polski.

Po pacyfikacji w 1976 r. Ursusa i Radomia zaangażował się w organizowanie zbiórek pieniędzy dla represjonowanych robotników. Wspólnie z kolegą powołał też Towarzystwo Krzewienia Nadziei, w ramach którego robili przedruki książek wydawanych w Polsce w drugim obiegu, utworzyli polską księgarnię będącą przedstawicielstwem paryskiego wydawnictwa „Spotkania”, starali się, jak mogli, wspierać opozycję w Polsce.

Dzięki naciskom i interwencji Wiktora Węgrzyna podczas procesu Kazimierza Świtonia w 1978 r. na sali rozpraw jako obserwator siedział przedstawiciel ambasady amerykańskiej w Polsce. Do osób represjonowanych wysyłali paczki – m.in. do Anny Walentynowicz.

Towarzystwo, w którym działało tylko kilka osób, prowadziło też własne Radio Victoria, utrzymywane z prywatnych pieniędzy Wiktora Węgrzyna. Z jego inicjatywy przy Kongresie Polonii Amerykańskiej został utworzony Komitet Pomocy dla Opozycji Demokratycznej w Polsce, którego zadaniem było wspieranie finansowe opozycji. Szybko się jednak okazało, że komitet kierowany przez Bonawenturę Migałę wspiera tylko KOR, i to bardzo miernymi środkami, a nie zamierza pomagać innym organizacjom.

Wiktor Węgrzyn powołał wówczas Fundusz Janka Wiśniewskiego. Pieniądze pozyskiwane podczas zbiórek pod kościołami polskimi przekazywane były bezpośrednio do rąk działaczy w Polsce, m.in. „Solidarności Walczącej”, z którą Węgrzyn związał się w latach 80.

Lata spędzone w Stanach Zjednoczonych to także czas przyjaźni z kombatantami II wojny światowej. Za oceanem zaprzyjaźnił się z Feliksem Konarskim ps. „Ref-Ren”, autorem pieśni „Czerwone maki na Monte Cassino”; ppłk. Kazimierzem Szternalem ps. „Zryw”, cichociemnym zrzuconym do okupowanej Polski, szefem sztabu pułku „Baszta” walczącego w czasie Powstania Warszawskiego na Mokotowie; z płk. Mieczysławem Romanem Niedzielskim ps. „Żywiciel”, dowódcą obrony Żoliborza w powstaniu, a przede wszystkim z ks. prałatem Zdzisławem Peszkowskim, więźniem Kozielska i kapelanem Rodzin Katyńskich.

Twardy

Motory były jego pasją od wczesnej młodości, gdy wykradał motocykl narzeczonemu swojej siostry, i to nie byle jaki, bo NSU 500 z 1935 roku. Potem przyszedł czas na własny skuter Pegueot 150. Ale tak naprawdę wszystko się zaczęło w wieku pięćdziesięciu lat, gdy Wiktor Węgrzyn zachorował na raka.

Zostawił wówczas pracę, czyli własny warsztat samochodowy w Chicago, a gdy poczuł się lepiej, wyruszył ze swoją siedmioletnią wnuczką w trzymiesięczną podróż po Stanach Zjednoczonych. Tak przez kilka lat co roku jeździli na długie wakacyjne wyprawy, przesiadając się na campingach z samochodu na motocykl.

Gdy wrócił na stałe do Polski w 2000 r. i zobaczył, jak mała jest świadomość rodaków o Katyniu i syberyjskiej martyrologii naszych Polaków, postanowił zrobić coś, co zmieni tę sytuację. Pomysł rajdu zrodził się podczas wizyty w Katyniu 1 listopada 2000 roku. Pojechał tam razem z ks. prałatem Peszkowskim. Podczas wizyty u miejscowego proboszcza w polskiej parafii w Smoleńsku, o. Ptolemeusza Kuczmika, Węgrzyn obiecał, że do Katynia przyjadą polscy motocykliści.

Większość osób uważała, że to jest pomysł nierealny i niemożliwy do wykonania. Wsparcie otrzymał wówczas tylko od ks. Peszkowskiego. W 2001 r. w około pięćdziesięcioosobowej grupie wyruszył na czele Rajdu Katyńskiego w 14-dniową pielgrzymkę z Warszawy do Katynia i jeszcze dalej, pokonując trasę liczącą ok. 3500 kilometrów.

– Wiktor jest człowiekiem odważnym i bezkompromisowym – mówi ks. Marek Kiedrowicz, kapelan XIII Międzynarodowego Rajdu Katyńskiego i kilku poprzednich. – Stawia wysokie wymagania najpierw sobie, a dopiero potem innym. Trzeba naprawdę silnej ręki, żeby w ryzach utrzymać towarzystwo składające się z kilkudziesięciu mężczyzn motocyklistów. Dla nieprzyzwyczajonych do porządku i hierarchii ta silna ręka bywa zbyt „twarda”, ale przecież stal hartuje się w wysokiej temperaturze – podkreśla.

Ksiądz Kiedrowicz zwraca uwagę, że przedsięwzięcia organizowane przez Wiktora Węgrzyna, czyli Rajd Katyński, Zlot Gwiaździsty na Jasnej Górze, stały się niemal instytucjami, co wskazuje na trafne określenie potrzeb i możliwości tkwiących w środowisku nie tylko motocyklistów, ale szerzej – patriotów.

Jazda na motocyklu nie jest bowiem celem samym w sobie – można przecież pojechać gdzie indziej, gdzie nie potrzeba wiz, nie ma kontroli i pogoda jest ładniejsza – ale środkiem umożliwiającym spotkanie z ludźmi i z historią. Często bolesną, ale zawsze bohaterską.

Anna Kołakowska

Nasz Dziennik