logo
logo

Zdjęcie: arch/ -

Niszczenie pamięci

Czwartek, 1 sierpnia 2013 (02:06)

Historia Powstania Warszawskiego jest niepełna bez historii manipulacji i propagandy dokonywanej wokół tych wydarzeń. Nie chodzi o spory, czy było ono zasadne, czy też nie.

Upadek Powstania na początku października 1944 r. był w pewnym sensie końcem Polskiego Państwa Podziemnego w jego dotychczasowym kształcie. Wojnę wygrywali – od strony naszych granic wschodnich – „sojusznicy naszych sojuszników”, którzy już od kilku miesięcy poszerzali zasięg zdobyczy terytorialnych kosztem II RP.

Związek Sowiecki całkiem niedawno był jednak po drugiej stronie barykady, jako najlepszy sojusznik Hitlera. Gdyby nie „zdrada”, jakiej dopuścił się wódz III Rzeszy Niemieckiej wobec Józefa Stalina, to kto wie, jak potoczyłyby się losy świata…

Pod koniec działań wojennych zdrady wobec Polski i jej najbardziej żywotnych interesów dopuścili się alianci zachodni. W trakcie zmagań z cały czas silnym przeciwnikiem, jakim byli Niemcy, liczyła się dla nich przede wszystkim pomoc Stalina – Polacy mogli już zabierać swoje dywizje, stawali się przeszkodą w układaniu na nowo powojennego świata.

Niszczenie symbolu

Dla Polaków Powstanie Warszawskie ma znaczenie symboliczne. Z jednej strony pokazało, jaką siłą i faktycznym poparciem dysponowały ugrupowania niepodległościowe i ich konspiracyjne formacje wojskowe. Z drugiej – pokazało nasze osamotnienie i tragizm sytuacji po kilku latach straszliwej okupacji, gdy Państwo Podziemne żyło nadzieją, i jak tej nadziei zostaliśmy brutalnie pozbawieni.

Dziś mija 69 lat od chwili jego wybuchu. Przez ten czas wyrosły prawie trzy pokolenia w jego cieniu, przytłoczone ogromem ofiar, ale też budowane narodowym eposem wielkości powstańców i heroicznej ludności stolicy.

Pierwsze analizy, opisy i publikacje oraz propagandowe gry wokół Powstania pojawiły się jeszcze w jego trakcie. Ambicją wszystkich ugrupowań politycznych i wojskowych w powstańczej Warszawie była prasa, która na bieżąco zamieszczała nie tylko podstawowe informacje, ale też oceny i rozważania szerszej natury. Podobnie było wśród wojennej emigracji, głównie w sojuszniczym Londynie, ale też w USA i wszędzie tam, gdzie były większe skupiska Polaków.

Całkowicie odrębnym zagadnieniem jest propaganda komunistyczna. Ta od początku nastawiona była na deprecjonowanie wszystkiego, co polskie, co uosabiało wrogi jej świat. Formy propagandy zmieniały się z biegiem lat, ale istota cały czas pozostawała ta sama. Chodziło bowiem o zdekonstruowanie tradycji, upodlenie jej, zanegowanie wszelkiej normalności. Stąd ataki na Powstanie i jego uczestników miały charakter bardzo ostrej walki politycznej, a wkrótce także „walki klasowej”, aż do mordowania bohaterów Powstania włącznie.

Imperium Goldbergów

Było kilka sposobów na ośmieszanie, niszczenie, negowanie mitu Powstania. Już 1 września 1944 r., gdy powstańcy panowali jeszcze nad znaczną częścią miasta, Edward Bolesław Osóbka (na użytek zewnętrzny musiał przybrać nazwisko Morawski), nominalny szef tzw. Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, przemawiał w Lublinie, sprowadzając polskich patriotów do „kliki sanacyjnej”, która „z brudnych pobudek żądzy władzy nad narodem dała hasło do przedwczesnej, nieprzygotowanej, beznadziejnej i nieuzgodnionej z sojusznikami walki powstańczej”.

Tuż po zdobyciu władzy tworzony był i rozbudowywany przez wpływowego funkcjonariusza komunistycznego Jerzego Borejszę (Beniamina, czyli Niomę Goldberga; jego rodzony brat Józef był pod nazwiskiem Różański szefem Departamentu Śledczego MBP) koncern prasowy, w którego skład wchodziła m.in. ówczesna „Rzeczpospolita”.

To głównie na jej łamach zamieszczano pierwsze wściekłe ataki na Powstanie i jego uczestników. Z jednej strony wszelkie zasługi przypisywano Armii Ludowej, której udział w Powstaniu był znikomy i zasadniczo nawet szkodliwy, z drugiej zaś – siłom niepodległościowym przypisywano kłamliwie jak najgorsze intencje oraz zdradę.

Upadek Powstania był komunistom na rękę – wszak ich przeciwnicy byli niszczeni rękoma Niemców, w dodatku była wyśmienita okazja, żeby oskarżać dowództwo AK o zdradę główną! Już 5 października 1944r. „Rzeczpospolita” triumfalnie donosiła: „Dowództwo Armii Krajowej powzięło haniebną i zdradziecką decyzję o kapitulacji wbrew życzeniu wszystkich powstańców i w ten sposób uniemożliwiło ocalenie i przedostanie się do Wojska Polskiego kilku tysiącom powstańców i ludności Żoliborza. (…) Cała wina i odpowiedzialność za zaprzepaszczenie tych możliwości spada wyłącznie na dowództwo AK, które wolało oddać powstańców w ręce Niemców, niż pozwolić na połączenie się ich z Wojskiem Polskim”.

Co ciekawe, kilkakrotnie zwiększono straty Warszawy, określając je na 700 tys. ludzi. Być może był w tym plan, aby ofiary trwającej eksterminacji Polaków, dokonywanej przez NKWD i UB na terenach Polski Lubelskiej, przerzucić na konto Niemców.

Wewnętrzny wróg

Do kampanii dyfamacyjnej wprzęgnięci zostali literaci, wojskowi, wyżsi urzędnicy komunistyczni. Wszyscy byli zobowiązani „dać głos” i poprzeć starania nowych władców w ugruntowaniu ich obrazu jako oświeconych i postępowych. Było to możliwe przez nieustanne szkalowanie bohaterów i jednoczesne gloryfikowanie Armii Ludowej i Polskiej Partii Robotniczej.

Dziś aż trudno uwierzyć, jakie późniejsze „sławy” brały w tym udział: Michał Żymierski („marszałek” „ludowego” Wojska Polskiego), Kazimierz Brandys, Piotr Jaroszewicz, Leszek Moczulski…

W tak doborowym towarzystwie (towarzyszy i towarzyszek) nie mogło zabraknąć koryfeuszy stalinowskiej nauki. Maria Turlejska pisała w podręcznikach szkolnych: „Powstanie miało zahamować marsz Armii Radzieckiej na zachód, szło więc na rękę okupantowi. Przedstawiciel wywiadu armii niemieckiej (Abwehry) w rozmowach z delegaturą rządu emigracyjnego w lipcu 1944r. obiecał w chwili odwrotu zostawić w Warszawie do dyspozycji AK magazyny i artylerię. Powstanie wybuchło więc nie, jak sądził patriotyczny lud stolicy, w porozumieniu z nadchodzącą wyzwoleńczą Armią Radziecką i przeciw okupantowi, ale w tajnym porozumieniu z hitlerowcami, na życzenie reakcji anglo-amerykańskiej przeciw Armii Radzieckiej, przeciw Wojsku Polskiemu, przeciw władzy ludowej”.

Dziś brzmi to absurdalnie i śmiesznie. Biorąc jednak pod uwagę, że karmiono tym nie tylko dzieci szkolne (albowiem także żołnierzy poborowych i kadrę oficerską, aktyw partyjny i młodzieżowy, aparat państwowy, sądowniczy itd.) przez szereg roczników i była to obowiązująca „wiedza”, na podstawie której mordowano uczestników Powstania: gen. Augusta Emila Fieldorfa, rtm. Witolda Pileckiego, mjr. Andrzeja Czajkowskiego i setki innych, było to po prostu straszne.

A przecież komuniści mieli swój własny plan Powstania w Warszawie, wprawdzie do dziś mało znany, ale w swej wymowie haniebny. Oto była siła polityczna, która uznawała, że ma dwóch wrogów: „faszystę niemieckiego i polskiego” (straszenie „faszyzmem” nie jest zatem współczesnym wymysłem „Gazety Wyborczej”).

Komuniści zalecali, aby wykorzystać chaos, jaki wytworzy się na początku walk: „w gorączce walk pierwszych godzin, można będzie bezkarnie ’trzepnąć’ ten, czy inny oddział reakcyjny włażący nam w parafję”. Kto wie, ile było „przypadkowych” strzałów oddanych na początku Powstania, na skutek których ginęli niespodziewający się tego akowcy?

Tylko słabość komunistów, którzy dysponowali śladowymi kadrami i znikomą ilością broni w Warszawie, uchroniła powstańców od większych strat i nie zmusiła ich do walki na dwa fronty, przeciwko faszystom brunatnym i czerwonym. Ale należy o tym pamiętać, bo taka wykładnia naszych dziejów obowiązywała do ostatnich chwil PRL, choć z czasem nieco jej formy łagodniały.

Paszkwil „Wyborczej”

Po 1989 r. wydawało się, że wszystko wróci do normalności, zatem spory historyczne nie będą już przytłaczane jednostronną ideologią. Stało się inaczej. W 50. rocznicę wybuchu Powstania „Gazeta Wyborcza” użyła oręża z mrocznej epoki stalinowskiej, zarzucając największym wojskowym organizacjom powstańczym rzecz niezwykle haniebną i kłamliwą: „AK i NSZ wytłukły mnóstwo niedobitków z getta”.

Gazeta o największym nakładzie, uchodząca za opiniotwórczą, posiadająca rodowód „solidarnościowy”, wpisała się w ten sposób w trendy światowe, wyznaczane przez takie standardy, jak: „polskie obozy koncentracyjne”, „polscy naziści” czy „faszystowska AK”. Adam Michnik uzasadnił ten jubileuszowy paszkwil następująco: „zdolność do konfrontowania się z ciemnymi epizodami własnego dziedzictwa jest dla każdego narodu egzaminem z dojrzałości demokratycznej. Twierdzę, że Polacy dojrzeli do demokracji, co znaczy, że mają prawo do pełnej prawdy o własnej przeszłości”.

Zaraz, zaraz… A na jakiej podstawie mielibyśmy przyjąć, że Powstanie jest takim „ciemnym epizodem” i musimy koniecznie się z nim zmierzyć? Stała się rzecz niesłychana.

Przygotowywany przez wiele miesięcy ogromny materiał na ten temat pióra Michała Cichego okazał się gniotem sporządzonym ad usum Delphini, ulepionym ze zmanipulowanych cytatów z publikacji i źródeł archiwalnych. Czy tak można traktować czytelników, którym podaje się trującą papkę jako cudowne lekarstwo?

Ale stało się to pretekstem do wydobycia, choć w niewielkim zakresie, tego, co zawierają publikacje zachodnie. A są one na temat Powstania, czy w ogóle polskiej konspiracji niepodległościowej, porażające i poniżające nas słownictwem, obelgami i kłamstwami.

Oto bardzo znany i ceniony historyk amerykański Reuben Ainsztein pisał już w 1974r.: „Polscy faszyści podczas powstania prawdopodobnie zabili więcej Żydów niż Niemców. (…) Wielu z polskich nazistów to byli polscy oficerowie i jako takim dano im dowództwo nad oddziałami Armii Krajowej, gdzie robili wszystko, aby zintensyfikować antyżydowską nienawiść (…)”. Niestety, takie publikacje nie należą do wyjątków, stały się regułą i kształtują obraz współczesnej Polski w oczach zachodnich czytelników. Autorami nie są wyłącznie ludzie, którzy nie znają polskich realiów –wprost przeciwnie. Wystarczy sięgnąć do „dzieł” Samuela Krakowskiego, Icchaka Rubina i wielu innych.

Tenże Rubin napisał: „Zbrojny ruch oporu w gettach i obozach był niemożliwy głównie z powodu całkowitego odizolowania Żydów od ludności polskiej i ich straszliwego osamotnienia. Getta i obozy były otoczone przez obcy, niechętny, a najczęściej wrogi świat, gdzie chmary ’szmalcowników’, donosicieli i dzieci, polskich dzieci, czyhały na każdego Żyda, który wydostał się zza murów. (…) Stosunek Polski Podziemnej i całej prawie ludności polskiej do Żydów powodował, że getto i obóz pracy lub obóz koncentracyjny były jedynymi miejscami na świecie, które dawały Żydom nikłą nadzieję i szansę na przetrwanie”.

Stąd już prosty wniosek, że Żydzi pod okupacją mogli liczyć na przetrwanie wyłącznie… w obozach zagłady, pod opieką niemiecką! Absurd? Ależ nie. Przecież to staje się normą. Tobiasz Cytron w książce wydanej po polsku w 1996 r. z poparciem wysokiego urzędnika III RP (ówczesnego kierownika Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Adama Dobrońskiego) odkrył nasze jeszcze bardziej „ciemne karty”: „Małe grupy Niemców, nie związane z sobą, a także pojedynczy Niemcy, udzielali wszelkiej możliwej pomocy ruchowi oporu w Getcie Białostockim, a także żydowskim partyzantom w lesie. (…) Dzięki pomocy Niemców powstańcy w getcie dostawali broń, fałszywe dokumenty, kenkarty, a niejednokrotnie również miejsce schronienia w czasie łapanki”.

Na tle takich publikacji niemieckie próby wybielania własnej przeszłości (jak choćby w serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”) wypadają paradoksalnie blado. Ale to wszystko współgra ze sobą: propaganda komunistyczna (do 1989 r.), postkomunistyczna (w III RP) i zachodnia (w tym niemiecka) ma przynieść określone owoce – zdekonstruować naszą narodową tożsamość.

Patriotyzm: reaktywacja

Już od dwóch dekad mamy do czynienia z określeniami: „Pierwsze Powstanie Warszawskie” (to w getcie w kwietniu 1943 r.) oraz „Drugie Powstanie Warszawskie”. Natychmiast znaleźli się przymilacze, którzy to pierwsze uznają za ważniejsze, w dodatku za… najbardziej polskie ze wszystkich powstań. Kto wie, może już niedługo nastąpi nawrót do prapoczątków tej sytuacji, gdy komunistyczna „Rzeczpospolita” (z 19 kwietnia 1945 r.) w drugą rocznicę powstania w getcie całkowicie pominęła Powstanie Warszawskie, już wówczas usiłując wyrzucić je z naszej pamięci? „19 kwietnia 1945 roku w przededniu zwycięstwa nad faszyzmem, w rocznicę wybuchu powstania żydowskiego, ożyła już trzykrotnie okaleczona Warszawa. Po latach stanie znowu zbudowana na fundamencie ciał i kości polskich i żydowskich jej obrońców, bohaterów 39, 43 i 45 roku”.

Na szczęście, mimo podejmowania usilnych i wielokierunkowych prób oduczenia nas patriotyzmu (i sprowadzenia go do zbierania psich kup oraz opłacania abonamentu rtv), efekt jest odwrotny do zamierzonego. Powstają liczne grupy rekonstrukcyjne, pamięć (nie tylko Powstania Warszawskiego) jest kultywowana na stadionach i w muzyce młodzieżowej, koszulki i gadżety z symboliką Polski Walczącej są jak najbardziej modne.

Marsz Niepodległości przyciąga dziesiątki tysięcy młodych Polaków. To wszystko świadczy, że niszczenie polskiego etosu doprowadziło do jego odrodzenia. Wielokierunkowa dekonstrukcja spowodowała społeczną reakcję i obronę zagrożonych wartości.

Leszek Żebrowski

Aktualizacja 1 sierpnia 2013 (09:38)

Nasz Dziennik