Komendant Główny Policji gen. Marek Papała zginął 25 czerwca 1998 r. w godzinach wieczornych przed blokiem, w którym mieszkał. Z pierwszych doniesień wynikało, że sprawca oddał strzał z niewielkiej odległości w głowę ofiary. Wszczęte śledztwo niemal od pierwszych dni napotykało niezrozumiałe przeszkody. W mediach roiło się od domysłów. Kto i dlaczego dokonał zbrodni?
Pojawiło się nazwisko Edwarda Mazura – biznesmena ze Stanów Zjednoczonych, który według jednej z wersji miał nakłaniać warszawskich gangsterów do zabójstwa.
Mazur został nawet zatrzymany przez policję, ale szybko wypuszczono go na wolność. Natychmiast wyjechał do Stanów. Późniejsze próby ekstradycji nie przyniosły rezultatu. Polscy prokuratorzy zapomnieli, że Amerykanie nie wydają swoich obywateli innym państwom.
Dlaczego Mazura tak szybko wypuszczono z aresztu, trudno dociec. Przez lata nie było konkretnych prokuratorskich ustaleń, odrzucano kolejne wersje. W dalszym postępowaniu sprawą zajęły się prokuratury w Warszawie i Łodzi. Dziwna praktyka.
Oczywiście zdarzają się takie sytuacje, że ze śledztwa wyłącza się pewien wątek, aby kontynuować czynności procesowe dotyczące innego przestępstwa ujawnionego w trakcie głównego postępowania. Ale w tym przypadku dlaczego?
Podzielona prokuratura
Rezultat tych śledztw był zaskakujący. W Warszawie co prawda nie wykryto, kto oddał strzał w kierunku gen. Papały, ustalono natomiast osoby nakłaniające do tej zbrodni. Prokuratura warszawska lansowała tezę morderstwa na zlecenie. I udało się – zdaniem prokuratorów – ustalić podżegaczy: Ryszarda Boguckiego i Andrzeja Z. pseudonim „Słowik”.
Inaczej w Prokuraturze Apelacyjnej w Łodzi. Tam po 13 latach odezwał się Robert P., który mając status świadka koronnego, zeznał, że zabójstwa generała Papały dokonał złodziej samochodów o pseudonimie „Patyk”. Ta wersja wydaje się mało prawdopodobna.
Złodziej zabija, a potem nie kradnie auta. Morderstwo dla zdobycia mało wartościowego samochodu. Trudno w to uwierzyć! Do tego te niewyjaśnione samobójstwa polskich gangsterów, których nazwiska przewijały się w tych śledztwach. I co dziwniejsze – prokuratorzy z Warszawy i Łodzi nie zamierzali dzielić się pozyskanymi informacjami ze swoich śledztw. Podobno warszawscy prokuratorzy o rezultatach postępowania w Łodzi dowiadywali się z mediów.
Sąd Okręgowy w Warszawie ogłosił wyrok w sprawie Ryszarda Boguckiego i Andrzeja Z. pseudonim „Słowik”, oskarżonych o nakłanianie do zabójstwa byłego komendanta głównego policji generała Marka Papały. Uniewinnienie – tak brzmiał sędziowski werdykt. Po piętnastu latach od zbrodni nie zdołano ustalić sprawcy zabójstwa, a przed sądem stanęli podżegacze zabójstwa, mężczyźni powiązani ze światem przestępczym.
Uzasadniając wyrok, sędzia Paweł Dobosz nie zostawił suchej nitki na prowadzących śledztwo. Prokuratura nie przedstawiła żadnych konkretnych dowodów potwierdzających tezę aktu oskarżenia. Dowody, na których oparto oskarżenie, zdaniem sądu „to kruche porozrzucane ogniwa, których nie da się połączyć w mocny łańcuch”.
Ten wyrok jest także oparty na znanej zasadzie procesu karnego: „Niedające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego”. Zasadę „in dubio pro reo” zna każdy początkujący student prawa. Jako że mam zamiłowanie do historii, to chciałem wspomnieć, że ta zasada obowiązująca niemal we wszystkich znanych mi procedurach karnych pochodzi z reskryptu rzymskiego cesarza Trajana: „Nie należy nikogo skazywać na podstawie podejrzeń, lepiej jest nie ukarać przestępcy, niż potępić niewinnego”.
Mnie zadziwia fakt, że nie było prokuratora, który koordynowałby oba postępowania. Efekt takiej postawy znamy – niedopracowany materiał dowodowy i w rezultacie uniewinnienie.
Czy jestem zaskoczony tym orzeczeniem? Nie! Jestem natomiast pełen uznania dla sędziego Pawła Dobosza. Czekam na treść pisemnych motywów wyroku, wtedy będzie można dokładniej poznać linię rozumowania sędziego. Ale te fragmenty ustnego uzasadnienia, do których miałem dostęp, są wyrazem prawniczej dojrzałości młodego przecież jeszcze sędziego. Tak należy rozumieć i stosować fundamentalne zasady procesowe. Brawo, Panie sędzio!!!
In dubio pro reo
Chciałbym jeszcze posłużyć się przykładem z własnej praktyki adwokackiej, jak zasada „in dubio pro reo” znalazła zastosowanie w trudnym procesie kryminalnym. O obronę w tej sprawie zwróciła się do mnie matka oskarżonego. Nie wierzyła ona w winę swojego dziecka. To dziecko to potężne, prawie dwumetrowe chłopisko, lekko przygarbione. Z powodzeniem mogłoby walczyć na ringu w wadze ciężkiej. Oskarżony zaskoczył mnie podczas pierwszej rozmowy poprawnością językową. Był inteligentny, oczytany. Wiedziałem od matki, że mimo swoich 30 lat nie pracuje, za to lubi zaglądać do kieliszka.
Trudnił się handlem sztuczną biżuterią sprowadzaną z Czechosłowacji. Podejrzany był o zabicie swojego wspólnika. Podczas pierwszego przesłuchania przyznał się do zabójstwa. Potem systematycznie albo odmawiał składania wyjaśnień, albo stanowczo zaprzeczał dokonaniu pobicia partnera od handlu.
Niefrasobliwość organów ścigania
Dlaczego na tle sprawy oskarżonych o nakłanianie do zabójstwa generała Papały podaję ten przykład. Te sprawy łączy niefrasobliwość organów ścigania przy zbieraniu dowodów. W sprawie pana Tadeusza milicja i prokuratura, mając sprawcę, który przyznał się do zabójstwa, zlekceważyła zabezpieczenie dowodów o podstawowym znaczeniu kryminalistycznym. Na przykład nie zbadano odcisków linii papilarnych na butelkach po wódce, które znaleziono w mieszkaniu zabitego, nie zbadano śladów na ubraniu pana Tadeusza. Błędów było znacznie więcej.
Tadeusz został uniewinniony przez warszawski sąd. Pamiętam do dziś słowa przewodniczącego rozprawie sędziego Andrzeja Deptuły (dziś sędzia Sądu Najwyższego).
Sąd nie krył przekonania, że sprawcą zabójstwa jest oskarżony, ale samo przekonanie sądu nie wystarcza, muszą być dowody winy, mogą być nawet poszlaki, ale układające się w logiczną całość. Sąd musi przestrzegać zasady, iż niedające się wyjaśnić wątpliwości należy tłumaczyć na korzyść oskarżonego. Wyrok został przez prokuraturę zaskarżony, a sąd odwoławczy całkowicie podzielił stanowisko sądu I instancji. Czy zbrodnia nie została ukarana? Na to pytanie nie odpowiem. O tym, jak było naprawdę, wie tylko pan Tadeusz.
Wracając do sprawy Boguckiego i „Słowika” – prokuratura już zapowiedziała apelację. Nie wróżę jednak jej powodzenia przed sądem odwoławczym. Aby skazać człowieka, muszą być dowody. Samo przekonanie o winie – jak to powiedział sędzia Deptuła –nie wystarcza.

