logo
logo

Zdjęcie: A.Kulesza/ Nasz Dziennik

Nasze kochane sanitariuszki

Poniedziałek, 9 września 2013 (02:12)

W dniach, gdy wspominamy powstańczy bój o Warszawę, najserdeczniejszą pamięcią otaczamy wspaniałe sanitariuszki.

Z głębokim wzruszeniem myślimy o tych pięknych dziewczętach, tak dzielnych, odważnych, oddanych swojej opiekuńczej roli, pełnych wręcz matczynego stosunku do nas – wymagających nie tylko opieki medycznej, ale i ciepła, serdecznego współdziałania we wspólnej walce o wolność.

9 sierpnia br. odeszła z widzialnego świata do domu Ojca sanitariuszka „Jola” z batalionu „Gustaw” kompanii „Anna”, Danuta z domu Magreczyńska, z którą łączyły mnie wspólna walka w Powstaniu i 63 lata sakramentalnego związku małżeńskiego.

Z jedną walizką

Danuta mieszkała przed wojną w Bydgoszczy, gdzie była uczennicą Miejskiego Katolickiego Gimna- zjum Żeńskiego. Jej losy w pierwszych miesiącach wojny były typowe dla polskich mieszkańców tego miasta.

3 września 1939 r. wybuchła tam zbrojna akcja dywersyjna tajnych oddziałów niemieckiej mniejszości mieszkającej w Bydgoszczy. Wywiązała się walka, w której straty ponieśli zarówno Polacy, jak i Niem- cy. Po wkroczeniu armii niemieckiej rozpoczęły się okrutne represje.

Miały one znacznie ostrzejszy charakter niż w innych miejscowościach polskiego Pomorza, gdzie Niemcy mieli już przygotowane listy członków miejscowej elity zawodowej i urzędniczej, i natychmiast po wkroczeniu aresztowali ich i rozstrzeliwali.

W Bydgoszczy obok tego typu akcji dodatkowo dokonywano łapanek na ulicach, zatrzymując głównie młodszych mężczyzn. Około 800 Polaków – mieszkańców miasta zostało publicznie rozstrzelanych na miejskim rynku, w dalszych miesiącach zostało aresztowanych i rozstrzelanych około 1000. Równocześnie Polacy nieurodzeni w Bydgoszczy byli brutalnie wysiedlani, dosłownie z jedną walizką w ręku, do Generalnego Gubernatorstwa. W ten sposób, znając już niemiecką zbrodniczą brutalność, Danuta znalazła się w Warszawie.

W konspiracji była już kierownikiem piątkowego zespołu sanitariuszek w batalionie AK „Gustaw”. Jednocześnie studiowała medycynę na tajnym Uniwersytecie Warszawskim. Nasze sanitariuszki uzyskiwały w konspiracji podstawowe przeszkolenie medyczne, a także elementarne przeszkolenie wojskowe. Były więc dobrze przygotowane do swoich zadań.

Czas walki

W czasie Powstania batalion „Gustaw” walczył początkowo na Woli, a następnie na Starym Mieście, zakwaterowany na ulicy Kilińskiego, gdzie został również zainstalowany szpital polowy z salą operacyjną w piwnicy domu przy ul. Kilińskiego 3, kierowany przez niezapomnianego, wspaniałego lekarza dr. „Morwę” (Tadeusza Podgórskiego). Batalion trzymał linię frontową wzdłuż ulicy Ślepej i tam zespół Danuty, liniowych sanitariuszek, pełnił stałą służbę opatrywania rannych, jak również transportował ciężej rannych do szpitala.

Tragiczny był dzień 13 sierpnia. Wtedy u zbiegu ulic Kilińskiego i Podwale doszło do gigantycznej eksplozji materiału wybuchowego, w który był zaopatrzony zdobyty niemiecki czołg. Kolosalny wybuch spowodował tragiczne straty. Danuta – „Jola” opowiadała, że ludzie rzuceni siłą wybuchu o ściany stanowili zupełną miazgę, zginęło kilkaset osób. Danuta szczęśliwie była w chwili wybuchu po drugiej stronie budynków na ulicy Kilińskiego. Natychmiast rzuciła się do ratowania rannych, ale – jak później mówiła – „opatrywała już tylko trupy”.

Ta straszna eksplozja wyrządziła olbrzymie szkody w batalionie „Gustaw”. Niestety, doszło do kolejnego tragicznego wypadku. Charyzmatyczny dowódca kompanii „Anna”, „Andrzej”, porucznik Andrzej Sanecki tragicznie zginął na oczach Danuty. Wchodząc do kwatery sanitariuszek, aby przekazać im służbowe polecenie, został śmiertelnie ugodzony odłamkiem pocisku, który wybuchł poza kwaterą. Zginął w otwartych drzwiach, na oczach swoich sanitariuszek, którym nic się nie stało. Dla Danuty, która darzyła go serdecznym uczuciem, był to szok psychiczny trudny do przeżycia.

Warto wspomnieć, że na Starówce byli też jeńcy niemieccy. Danuta wyjaśniała: „Było u nas szereg jeńców niemieckich, których traktowaliśmy normalnie. Jeśli któryś z nich był ranny lub trzeba było założyć mu opatrunek, nie było absolutnie żadnego problemu. Byli wdzięczni, wyczuli, że nie chcemy ich zastrzelić”.

Niezwykłe spotkanie

Sytuacja na Starówce była coraz groźniejsza, wreszcie podjęto decyzję o ewakuacji nocą przez Ogród Saski. Sanitariuszki szły w odwodzie, niestety tylko jednemu małemu oddziałowi udało się przejść bez zaalarmowania posterunków niemieckich, większość musiała zawrócić.

Ostatecznie padła komenda ewakuacji kanałami. Zdecydowano wówczas, że każda sanitariuszka będzie transportować jednego rannego, który potrafi pozostać w pozycji stojącej. Danucie przydzielono ciężko rannego sierżanta podchorążego, dowódcę plutonu Zdzisława Szelkińskiego.

W swoich wspomnieniach dla Muzeum Powstania Warszawskiego pisała: „Ściany były śliskie. Woda nieraz dochodziła prawie do pasa. To nie była woda, a jakaś maź. Nie myślałam o tym, co to może być, nie myślałam o tym zupełnie. Szłam, szłam, obejmowana przez ciągnionego przeze mnie rannego. Oczywiście musiała być zachowana zupełna cisza. Było wiadomo, że Niemcy zorientowali się, że kanałami przechodzą transporty i co pewien czas wrzucali granaty. Trzymaliśmy się za ręce, żeby nie zaplątać sie w boczne korytarze kanałów. Podobno szliśmy cztery godziny. Dla mnie jednak czas nie istniał. Wiem tylko, że przy Wareckiej kanał już bardzo się zwężał i zniżał, było już bardzo ciężko, ale wyszłam z moim rannym przy pomocy naszych kolegów czekających nas przy włazie na Wareckiej”.

Po wyjściu na Wareckiej zespół Danuty z uratowanymi rannymi skierowano do szpitala wojskowego na ulicy Kopernika. Po upadku Powiśla rannych przeniesiono do szpitala na Śniadeckich, a Danuta została skierowana z ewakuowanym ze Starówki batalionem „Gustaw” na ulicę Jasną. Straciła więc już kontakt ze swoim uratowanym. I teraz niezwykła rewelacja.

Jesteśmy z Danusią w latach 90. w Ottawie w Kanadzie. Zaprasza nas do siebie na przyjęcie kolega z mojego oddziału z Powstania Tadeusz Konopacki, zapowiadając miłe spotkania z byłymi akowcami mieszkającymi w Ottawie. Przychodzi sierżant podchorąży Zdzisław Szelkiński i głęboko wzruszony, całując po rękach Danusię, mówi: „To Ty uratowałaś mi życie, tylko dzięki Tobie żyję, bo wszyscy ranni, którzy zostali na Starówce, zostali rozstrzelani”. Wszyscy popłakaliśmy się ze wzruszenia. Okazało się, że emigrując po niewoli do Kanady, napisał po angielsku swoje wspomnienia, w których opisał bohaterstwo i poświęcenie Danusi, ale nie wiedział, co się z nią dzieje.

W niewoli

Po kapitulacji żołnierze i sanitariuszki, kobiety z AK, wyszli razem z nami do niewoli. Po tygodniu podróży w bydlęcych wagonach kobiety przywieziono do stalagu w Fallingbostel, następnie do Bergen-Belsen, w sąsiedztwie obozu koncentracyjnego, ostatecznie jednak w okresie świąt Bożego Narodzenia ulokowano je w jedynym w historii świata jenieckim wojskowym obozie dla kobiet – w Oberlangen przy granicy holenderskiej.

Warunki bytowe były bardzo trudne. Przykładem niech będzie zupa grochowa, w której pływały jakieś skwarki – okazało się, że były to karaluchy. Dopiero po uzyskaniu paczek z Czerwonego Krzyża i otrzymaniu mundurów alianckich warunki się poprawiły.

Codziennie powoływano część jeńców do fizycznej pracy, także w okolicznych gospodarstwach. Danuta miała szczęście, bo tzw. komando Erika to była praca paru kobiet w gospodarstwie jakiegoś Niemca, z pochodzenia Holendra, jednocześnie hydraulika w obozie, polegająca na łuskaniu fasoli z jego plantacji. W miarę postępu w pracy zmniejszano liczbę zatrudnionych, ostatecznie pracowała tylko Danusia i jej koleżanka, dobrze mówiąca po niemiecku.

Zbliżał się jednak już front aliancki. Pewnego dnia gospodarz powiedział im, że niedaleko są podobno polskie oddziały. Wreszcie 12 kwietnia 1945 roku słychać było bliskie eksplozje. Wspomina Danusia: „Nasi gospodarze skryli się w piwnicy, a my wyszłyśmy na drogę, trzymając w rękach jakąś białą płachtę. W pewnym momencie widzimy, że z lasku odległego około 100 metrów wyłaniają się jakieś postacie w mundurach. Zbliżają się w naszym kierunku na motocyklach. Zaczęłyśmy wymachiwać białą flagą, wołając po niemiecku (w języku, który wydawał się nam wówczas ogólnie znany, bo w dalszym ciągu nie marzyłyśmy, że to mogą być Polacy): ’Wir sind Polen’. Na to dwaj zbliżający się do nas żołnierze wołają: ’Czołem, rodaczki’, ale zaraz po tym: ’Gdzie są Niemcy?’. Przekazałyśmy im informacje, że Niemcy są w kasynie i chyba nie zamierzają się bronić. Istotnie Niemcy wywiesili białą flagę. My wróciłyśmy do obozu już ’Bramą Wolności’, gdy szykowano się do uroczystego apelu”.

Przesłanie dla młodych

Danusia po wyzwoleniu jeszcze przez rok studiowała stomatologię na uniwersytecie w Lille, wróciła jednak do Polski. Przed odejściem do wieczności zostawiła w swojej rozmowie z Mariuszem Rosłonem dla archiwum Muzeum Powstania Warszawskiego odpowiedź na pytanie: „Co chciałaby Pani przekazać młodszemu pokoleniu Polaków?”:

„Żeby się cieszyli, że mają Polskę, żeby ją kochali niezależnie od wszystkich historii, które nas dzielą źle i dobrze. Żeby kochali Polskę, żeby się czuli Polakami, żeby czuli, że my walczyliśmy dla nich z myślą o ich przyszłości, nie tylko o sobie”.

Ta klasyczna sanitariuszka z Powstania, łącząca wszystkie ich wspaniałe cechy, spoczęła 16 sierpnia w Panteonie Żołnierzy Polski Walczącej na cmentarzu Wojskowym na Powązkach żegnana modlitwą i salwą honorową.

Prof. Witold Kieżun

Nasz Dziennik