logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: arch/ -

Rzecznik idzie w ambasadory

Piątek, 4 października 2013 (02:00)

Marcin Bosacki odebrał nominację na ambasadora RP w Kanadzie. Były już rzecznik MSZ zrobił, nawet jak na warunki polskiej dyplomacji, błyskawiczną karierę.

Powierzenie Marcinowi Bosackiemu fun- kcji ambasadora Polski w Kanadzie jest kwintesencją polityki personalnej ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego.

– Promowani są ludzie określonej proweniencji politycznej, a nie dyplomaci z doświadczeniem nabytym już po 1989 roku. Bo Bosacki swoją karierę zawdzięcza wyłącznie ministrowi – mówi nam urzędnik MSZ wysokiej rangi.

Bosacki, rocznik 1970, pochodzi z Poznania. Tam kończył liceum i historię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. W szkole średniej zaangażował się w działalność Szkolnych Kół Oporu Społecznego. Jak tysiące wolontariuszy pomagał też w kampanii wyborczej „Solidarności” w 1989 roku. Ale już rok później znalazł się w poznańskim oddziale „Gazety Wyborczej” i pracował w dzienniku Adama Michnika do 2010 roku.

Po przenosinach do Warszawy był m.in. szefem działu światowego, a w 2007 r. „GW” wysłała go do USA w charakterze korespondenta. W „Gazecie Wyborczej” karierę robiła – w „Wysokich Obcasach” – także jego żona, Katarzyna, która ponadto ma swój program w stacji telewizyjnej TVN Style. W 2010 roku Marcin Bosacki został rzecznikiem MSZ, gdy Piotr Paszkowski awansował na szefa gabinetu ministra Sikorskiego. Teraz poszedł „w ambasadory”.

Bosacki nie o wszystkich faktach ze swojej przeszłości lubi mówić. Unika np. sprawy aktywnej działalności wśród kibiców piłkarskich Lecha Poznań. To on podobno był twórcą nazwy „Wiara Lecha” dla grupy najbardziej zagorzałych fanów poznańskiej drużyny. Ale teraz dla rządu i „GW” kibole to wrogowie, więc nie ma się co tym chwalić. Choć Bosacki odważył się przypomnieć na Twitterze, że w gwarze poznańskiej kibol to kibic i tak nie powinno się określać „stadionowych chuliganów”.

Bez francuskiego do Kanady

Kariera Marcina Bosackiego jest wyjątkowa, bo po trzech latach pracy w resorcie obejmuje jedną z najważniejszych polskich placówek dyplomatycznych. I do tego nie był przecież zawodowym dyplomatą czy np. dyrektorem któregoś z departamentów MSZ. Ale wiceminister spraw zagranicznych Beata Stelmach uważa, że Bosacki ma wystarczające kwalifikacje, bo – jak mówiła posłom z sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych – „tworzył politykę informacyjną resortu i aktywnie uczestniczył w posiedzeniach kierownictwa MSZ”.

Jego zasługą było też organizowanie wystąpień medialnych ministra Sikorskiego i wiceministrów czy też przygotowanie zintegrowanego portalu internetowego MSZ oraz ponad 150 polskich przedstawicielstw dyplomatycznych na całym świecie. Jest też uważany za osobę, która rozwijała „twitterową dyplomację” Radosława Sikorskiego. A poza tym był korespondentem w USA, zajmował się wtedy także sprawami kanadyjskimi.

– Marcin Bosacki nie ma kwalifikacji, aby być ambasadorem w Kanadzie – ocenia poseł Witold Waszczykowski (PiS), były wiceminister spraw zagranicznych. Wskazuje na to, że brakuje mu rozeznania w sprawach kanadyjskich, bez czego trudno sobie wyobrazić skuteczną pracę dyplomaty. Bosacki nie ma też tak podstawowego atutu, jakim jest znajomość języka francuskiego – to obok angielskiego drugi język urzędowy w Kanadzie. MSZ problemu nie widzi, bo „językiem dyplomacji jest angielski”, a ambasador Bosacki obiecał, że będzie się pilnie uczył francuskiego.

Jednak nominacja dla byłego rzecznika prasowego świadczy o pewnym trendzie. Radosławowi Sikorskiemu – co mówią także pracownicy MSZ – zależy na promowaniu ludzi z „GW” lub przynajmniej związanych z tym środowiskiem.

Nowym rzecznikiem resortu został Marcin Wojciechowski, również były dziennikarz „Wyborczej”, karierę w MSZ, a potem w resorcie rozwoju regionalnego robi jego kolega Konrad Niklewicz. – Zastanawiam się, czy jako następni w kolejce oczekują Janina Paradowska, Jacek Żakowski, Tomasz Lis i Monika Olejnik – komentował nominacje w MSZ Witold Waszczykowski.

Mimo że urzędnicy z budynku przy al. Szucha znają słabości swojego szefa, to jednak awansowanie Marcina Bosackiego było dla nich pewnym zaskoczeniem właśnie ze względu na brak doświadczenia w dyplomacji. Bosacki zastąpił ambasadora Zenona Kosiniaka-Kamysza (prywatnie to stryj ministra pracy Władysława Kosiniaka-Kamysza), o którym już dawno było wiadomo, że opuści Ottawę. Ale wydawało się, że w MSZ jest wystarczająco dużo kandydatów i nie trzeba będzie sięgać po rzecznika prasowego, żeby obsadzić tę placówkę.

– Dużo mówiło się o tym, że ambasadę w Ottawie ma objąć wiceminister spraw zagranicznych Bogusław Winid – usłyszeliśmy od jednego z doświadczonych pracowników naszej dyplomacji. – Przemawiał za nim dorobek zawodowy, pracował on wcześniej m.in. w naszej ambasadzie w Waszyngtonie, potem był przedstawicielem Polski przy NATO. Dla wielu z nas nie było tajemnicą, że wiceminister szukał już sobie współpracowników na kanadyjską misję. Ale Winid w ministerstwie zostaje, a Bosacki wyjeżdża – podsumowuje nasz rozmówca.

W MSZ można też usłyszeć, że wyjazd do Kanady to nagroda dla Bosackiego, który potrafił „podbudowywać ego” ministra Radosława Sikorskiego, dbać o jego medialny wizerunek „wybitnego męża stanu”.

Kanadyjskie wyzwanie

Współpraca gospodarcza, kontakty na polu polityki i bezpieczeństwa, także w ramach NATO, dobre kontakty z Polonią kanadyjską – takie zadania przed nowym ambasadorem postawił minister Sikorski.

Kongres Polonii Kanadyjskiej, największa organizacja reprezentująca Kanadyjczyków polskiego pochodzenia (ich liczba jest szacowna na 350-400 tys., choć niektóre dane mówią nawet o dwa razy większej liczbie), zapewne niedługo będzie miał okazję spotkać się z nowym ambasadorem, ale polonijni działacze mają obawy co do działań naszej dyplomacji. Przypominają, że MSZ nie zważało na ich głos, gdy przenosiło konsulat z Vancouver do Edmonton. Rzecznik Bosacki tłumaczył to wtedy oszczędnościami i tym, że „Edmonton to najważniejsze skupisko Polonii w zachodniej Kanadzie”. To co najmniej niefortunna wypowiedź obecnego ambasadora, bo brutalnie różnicuje Polonusów na ważniejszych i mniej ważnych i nie najlepiej wróży współpracy ambasadora z naszymi rodakami.

Argumenty Bosackiego od razu spotkały się z krytyką działaczy polonijnych z Vancouver. Nadaremnie argumentowali oni m.in., że to właśnie dzięki istnieniu konsulatu udało się w ostatnich 20 latach zintegrować Polonię w Kolumbii Brytyjskiej i rozwinąć jej działalność. Teraz zaś znaczenie Polaków w tej prowincji osłabnie.

Poseł Dorota Arciszewska-Mielewczyk zwracała uwagę na bardzo złe traktowanie Polaków z zachodniej Kanady przez nasze władze. Bo jeszcze na początku 2012 roku konsul generalny RP w Vancouver Krzysztof Czapla zapewniał, że nie ma żadnych planów likwidacji tej placówki, a parę miesięcy później taka decyzja została podjęta. Dla urzędników MSZ przenoszenie konsulatu nie jest zaskoczeniem.

– Ta decyzja nie wynikała wcale z oszczędności, jak tłumaczył pan rzecznik, tylko z tego, że w prowincji Alberta, której stolicą jest Edmonton, swoje interesy prowadzi KGHM Polska Miedź [koncern kupił kanadyjską spółkę wydobywczą Quadra, która ma tu kopalnie – przyp. red.]. A nasz minister ma ostatnio bardzo dobre kontakty w KGHM – mówi naczelnik jednego z wydziałów MSZ. Oczywiście interesy gospodarcze są bardzo ważne, ale wygląda to tak, jakby działalność ważnej polskiej placówki dyplomatycznej miała być podporządkowana jednej firmie. Radosław Sikorski podpisał decyzję, że konsulat w Edmonton zacznie funkcjonować 1 grudnia br.

Krzysztof Losz

Aktualizacja 23 października 2013 (10:28)

Nasz Dziennik