logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Dyplomaci z „Wyborczej”

Piątek, 4 października 2013 (02:14)

Od wielu lat w polskim życiu publicznym istnieje zjawisko tzw. michnikowszczyzny, tzn. narzucania poglądów w polskim życiu publicznym przez „Gazetę Wyborczą” jako obowiązującej wykładni rzeczywistości politycznej samoustanowionych elit III RP.

Oczywiście dotyczy to również tego, co Polacy mają uznawać za słuszne w polskiej dyplomacji i administracji – kogo mają kochać, a kogo powinni się bać. Ponieważ najwidoczniej Polacy nie uznają jednak w sposób wystarczający tego medialnego dogmatu o nieomylności „Gazety Wyborczej” i jej redaktora naczelnego, dlatego dbałość o poprawność myślenia w sprawach publicznych i zagranicznych musi być gwarantowana również poprzez bezpośrednie związki kadrowe. Od ponad 10 lat byli dziennikarze „Gazety Wyborczej” zajmują eksponowane stanowiska medialne w dyplomacji.

Bez dyplomatycznych szkół

Mechanizm jest często bardzo podobny. Wieloletni dziennikarz „Gazety Wyborczej” najpierw obejmuje w państwowej strukturze dyplomatycznej stanowisko obsługi medialnej MSZ i po paru latach, gdy podpatrzy i poduczy się nieco technik pracy dyplomatycznej, przechodzi na eksponowane stanowisko polityczne w dyplomacji lub w strukturach międzynarodowych.

Ten proceder zapoczątkowała jedna z byłych dziennikarek gazety Adama Michnika już w końcu lat 90. Została ona przyjęta do pracy w polskiej placówce przy Unii Europejskiej, bez najmniejszego nawet doświadczenia pracy w centrali MSZ. Na nominację czekała prawie rok, gdyż Urząd Ochrony Państwa przez długi czas nie dopuszczał jej do tajemnicy państwowej.

Po objęciu pracy na placówce dyplomatycznej w rozmowach na tematy polityczne i międzynarodowe skwapliwie trzymała się opinii głoszonych przez „Gazetę Wyborczą” i często zaznaczała: „w tej sprawie myślę tak jak Adam Michnik”.

Do dyplomatycznych anegdot z tamtego czasu przeszła dyskusja tejże dziennikarki, świeżo upieczonej pracownicy MSZ, gdy chcąc wyjaśnić, dlaczego tak często cytuje redaktora naczelnego „GW”, stwierdziła: „Moim papieżem jest Adam Michnik”. Tamta nominacja sprzed kilkunastu laty otworzyła drogę do kolejnych nominacji dziennikarzy „GW” do aparatu dyplomatycznego.

W tym miejscu należy zaznaczyć, że po roku 2000 urzędnik czy też świeżo upieczony absolwent wyższej uczelni chcący podjąć pracę w MSZ na stałym etacie musiał ukończyć najpierw jedną z dwóch warszawskich uczelni państwowych: Akademię Dyplomatyczną lub Krajową Szkołę Administracji Publicznej, do których dostać się nie jest łatwo, gdyż do egzaminów przystępuje ok. 10 kandydatów na jedno miejsce. Oczywiście ta procedura nie obowiązuje wszystkich, m.in. byłych dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Praca w organie Adama Michnika traktowana jest jako dowód najwyższych kwalifikacji dyplomatycznych.

Najbardziej jaskrawym przykładem takiej „szybkiej ścieżki awansu” jest obecny ambasador RP w Kanadzie, były dziennikarz „Gazety Wyborczej” Marcin Bosacki. Z „Gazety” trafił do MSZ od razu na stanowisko dyrektorskie – rzecznika prasowego resortu. Zasłynął w ubiegłym roku między innymi z opisywanych w polskich mediach nacisków na dziennikarzy „Rzeczpospolitej”, ażeby nie publikowali kompromitujących polskie MSZ informacji o przekazaniu stronie białoruskiej poufnych danych tamtejszych działaczy opozycji. Czyżby właśnie za tego typu dowody „lojalności” wobec III RP i „korporacji” MSZ zasłużył sobie na zaufanie i pełne wejście do świata międzynarodowej dyplomacji pomimo protestów opozycji?

Jego następcą na zwolnionym stanowisku rzecznika prasowego MSZ został… inny były dziennikarz „Gazety Wyborczej” Marcin Wojciechowski. W tym samym czasie Konrad Niklewicz, wieloletni dziennikarz „GW”, został wiceministrem w rządzie Donalda Tuska.

Dyplomaci z klucza

Tego typu posunięcia kadrowe wypływają niewątpliwie w dużej mierze ze ścisłego powiązania świata polityków i urzędników III RP ze światem mediów. Współmałżonek dyplomaty jest dziennikarzem, polityk i publicysta PO trafia do dyplomacji, ustępujący ze stanowiska za granicą dyplomata pozostawia na opuszczanej placówce swoje dziecko, które podejmuje tam pracę. Wszystko zostało w tej samej rodzinie medialno-politycznej. Wówczas układ kadrowy, przepływ informacji na tematy publiczne, jest ściśle kontrolowany przez ten sam krąg osób, i to przez wiele lat.

Tego typu sytuacja jest bardzo wygodna również dla szefa resortu polskiej dyplomacji, gdyż może on cieszyć się ogromną przychylnością mediów tzw. głównego nurtu. Każda wpadka zagraniczna ministra i brak efektów jego wieloletniego kierowania resortem przedstawiona jest w mediach jako niekończące się pasmo sukcesów.

Niezależnie od tego, co zrobi w czasie spotkania zagranicznego, przedstawione to będzie pozytywnie, opatrzone miłym komentarzem wskazującym na wysoki profesjonalizm tego byłego pretendenta PO do prezydenckiego wyścigu wyborczego. Zarazem polscy urzędnicy i dyplomaci dostają bardzo wyraźny sygnał, gdzie należy szukać wykładni poglądów oficjalnych i rządowych.

Istniejący przez wiele lat tworzenia się zrębów III RP monopol ideologiczny środowiska „Gazety Wyborczej” jest nadal sztucznie podtrzymywany. Tym razem nie tylko za pomocą układów politycznych, ale również administracyjnych i dyplomatycznych.

„Żołnierze zniewolenia”

W jednej ze swoich analiz socjologicznych prof. Andrzej Zybertowicz nazwał posłusznych jednej opcji ideologicznej dziennikarzy „żołnierzami zniewolenia”. Wskazał na brak rzetelności zawodowej, dziennikarskiej w lansowaniu jednego tylko punktu widzenia w wielu, zdawałoby się, różnych mediach. Gdy jednak dokładnie zanalizuje się, co i w jakim momencie mówią o podobnym zdarzeniu różne kanały telewizyjne i wysokonakładowe pisma, to okazuje się, że mówią one często tym samym głosem i potrafią przykrywać ważne wydarzenia krajowe czy międzynarodowe mało istotnymi, ale niezwykle hałaśliwie nagłaśnianymi sprawami.

Na przykład, w czasie gdy wychodzić zaczęły powiązania finansowe byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z biznesmenem zza wschodniej granicy, nagle polska opinia społeczna była przez wiele tygodni epatowana tym, w co ubierał się agent Tomek przed prowokacją policyjną. Doprawdy, powiązania finansowe byłego prezydenta to rzecz o wiele ważniejsza niż szczegóły garderoby funkcjonariusza służb. Przypadek ten mógłby być przedstawiany studentom dziennikarstwa jako przykład manipulacji społecznych, a nie przykład informacji.

Można mieć bardzo poważne obawy o to, czy te umiejętności manipulacji nie zaczną teraz głębiej przenikać do świata polskiej dyplomacji. Przecież od dawna panuje tam niepisana zasada, że cokolwiek by polskie MSZ nie zrobiło, to będzie to w mediach sprzedawane jako kolejny sukces. Przypomnijmy tylko słynne negocjacje klimatyczne z końca 2008 roku. Wówczas Donald Tusk ogłosił, że jest to wielki sukces polskiej dyplomacji i polskich urzędników. Gdy po latach i po dokładnym podliczeniu okazało się, że Polska traci na pakiecie klimatycznym miliardy złotych i bezrobocie będzie rosnąć ze względu na źle przeprowadzone wtedy negocjacje, to nagle niektórzy dziennikarze przypomnieli sobie, że przecież prezydentem był wtedy Lech Kaczyński, więc być może to jego wina…

Ten mechanizm niestety stosowany jest przez „żołnierzy zniewolenia” od wielu lat. Każdy sukces to PO, jeśli porażka to z definicji PiS. Ten zabójczy i kłamliwy mechanizm dziennikarski przenosi się od długiego czasu, również za przyczyną opisanych ruchów kadrowych w MSZ, do polskiej dyplomacji.

Polscy dyplomaci przestają być urzędnikami reprezentującymi nasz kraj i jego interesy poza granicą. Stają się dyplomatycznymi żołnierzami starającymi się jedynie dostarczyć medialną pożywkę rządowi i liderom III RP, która uzasadniłaby ich bycie u władzy oraz przedłużenie trwania układu personalnego w MSZ.

Ostatnie denuncjacje polskich mediów o tym, jakoby szef resortu MSZ z naszego kraju był autorem pomysłu na rozwiązanie konfliktu w Syrii, są wręcz groteskowym tego przykładem. Żaden zagraniczny dyplomata nie postawiłby takiej tezy, żaden polityk zagraniczny nic nie słyszał na ten temat, ale w polskich mediach przez parę dni krążyła informacja, jakoby architektem koncepcji zaprowadzenia porozumienia światowego na temat Syrii było nasze MSZ. Dowodem na to miała być wzmianka w niemieckiej gazecie.

Wystarczyło to, aby próbowano z tego zrobić fakt dyplomatyczny, o którym mówiono w Polsce. Można zakładać, że już niedługo usłyszymy tego typu wzmianki medialne z Kanady przedrukowane natychmiast przez „Gazetę Wyborczą”. Świeżo upieczony ambasador RP w Kanadzie, były dziennikarz „GW”, powinien o to zadbać w swojej pracy „dyplomatycznej”. Na pewno pomoże w tym ambasadorowi nowy rzecznik prasowy MSZ, były kolega po fachu z „Gazety Wyborczej”.

Andrzej Rudań

Nasz Dziennik