logo
logo

Zdjęcie: arch. IPN/ -

Wierny przysiędze do końca

Poniedziałek, 21 października 2013 (02:21)

Przed pół wiekiem – 21 października 1963 roku – komuniści zamordowali sierżanta Józefa Franczaka „Lalka”.

Jego śmierć jest symbolicznym końcem antykomunistycznego powstania rozpoczętego wraz z narzuceniem moskiewskiej władzy w Polsce. Gdy osaczony ginął od strzałów esbeków i zomowców, zdradzony przez konfidenta Służby Bezpieczeństwa Stanisława Mazura, który wydał go za 5 tysięcy ówczesnych złotych, od końca wojny mijało 18 lat.

Zabicie „Lalka” nie wystarczyło komunistom. Pohańbili nie tylko jego ciało, ale przede wszystkim zohydzili pamięć o nim. Tego też było mało. Trzeba było jeszcze zemścić się na najbliższych, na rodzinie. Zemsta dosięgła również jego dziecko – naznaczone epitetem „syn bandyty”.

Z piętnem zdrajcy, który wydał bezpiece Franczaka, żył do końca swych dni w 1994 roku, niewinny Wacław Beć. Człowiek, który pomagał „Lalkowi”, ukrywał go i został nawet za to skazany. Prawda o tym, że Franczaka wydał kto inny, została ujawniona dopiero po powstaniu Instytutu Pamięci Narodowej. Lista cierpień, jakich doznali niezłomni żołnierze wyklęci oraz ich rodziny, bo o nich też trzeba pamiętać, wydaje się nie mieć końca. Ludzie, którzy je zadawali pałką i piórem, nie poczuwają się do winy.

– Nikt nigdy nie podszedł do mnie i nie powiedział „przepraszam” za te krzywdy, które przyszło nam przeżyć – mówi Marek Franczak, syn „Lalka”. Ale nawet tego nie oczekuje, zna przecież tych ludzi. – Oni są wyzuci z zasad, wartości. Im taki akt nie mieści się w głowie – stwierdza.

Pan Marek Franczak nie kryje satysfakcji, że szczególnie dla wielu młodych ludzi jego ojciec – jak i całe pokolenie żołnierzy wyklętych – jest bohaterem. Nigdy nie przypuszczał, że w Piaskach stanie okazały pomnik ojca, a on będzie odbierał od prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej śp. Lecha Kaczyńskiego nadany „Lalkowi” pośmiertnie Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Nie kryje jednak goryczy i bólu, gdy słyszy, jak nazywa się dzisiaj patriotów – „faszystami”, a szczególnie głośno ten epitet pada w przededniu Święta Niepodległości, 11 listopada.

– Kolejne pokolenie spadkobierców PRL walczy z polskością. Z takimi jak mój ojciec, którzy do końca byli wierni przysiędze, Bogu i Ojczyźnie – dodaje Marek Franczak.

„Józek nie żyje!”

Marek Franczak nie pamięta ojca. Kreśli tylko jeden obraz. Mama pokazuje mu mężczyznę znikającego w łanie zboża i machającego ręką: „To twój tata”. Dzisiaj sam ma dzieci, które mogą być dumne ze swego dziadka. Niewielu może się takim pochwalić – będącym 20 lat w konspiracji, a wcześniej podoficerem Wojska Polskiego, walczącym we wrześniu 1939 roku z Sowietami. Podczas niemieckiej okupacji należał do Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej. Po wojnie był w oddziałach podległych legendarnemu cichociemnemu majorowi Hieronimowi Dekutowskiemu „Zaporze” czy kapitanowi Zdzisławowi Brońskiemu „Uskokowi”, a potem żył ścigany przez watahy bezpieki, konfidentów; nieuchwytny dla nich przez lata, aż do zdrady we wsi Majdan Kozic Górnych 21 października 1963 roku.

Przez wiele lat z Franczakiem przyjaźnił się ppor. Wacław Szacoń „Czarny”, który wpadł w ręce bezpieki i w 1949 roku dostał czterokrotną karę śmierci, ale wyroku nie wykonano. Wyszedł z więzienia pod koniec 1956 roku. Znów zaczął spotykać się z „Lalusiem”, którego ukrywała też siostra pana Wacława.

Kiedyś usłyszał od przyjaciela: „Przeżyłeś już wszystko, teraz masz rodzinę, a ja, co?”. Myślał, żeby mu jakoś pomóc w ujawnieniu się, rozmawiał z adwokatem. „Lalek” jednak miał wątpliwości, że jak nie dostanie kary śmierci, to i tak go zabiją w więzieniu lub zginie w „nieszczęśliwym wypadku”. Ostatni raz byli umówieni na Wszystkich Świętych w 1963 roku. Kilka dni wcześniej dostał informację: „Józek nie żyje!”.

Tymczasem wiosną 1963 roku aresztowano – ukrywającego się skutecznie pod zmienionym nazwiskiem przez 18 lat żołnierza Narodowych Sił Zbrojnych – Czesława Czaplickiego. „Po 18 latach morderca NSZ-towski stanie przed sądem” – pisał „Express Wieczorny”.

Został skazany w czerwcu 1964 roku. Prokurator żądał kary śmierci, ostatecznie dostał 15 lat – zamienione następnie na 5. Czaplickiego zwolniono dopiero w marcu 1968 roku. Rodzina zorganizowała mu spotkanie z najbliższymi. „Większość z tych osób widziałem już w więzieniu mokotowskim po zakończeniu śledztwa lub na sali sądowej podczas procesu. Siostry i bracia bardzo się postarzeli, a ich dzieci urosły. Moja nieobecność wśród nich trwała 23 lata. Niektóre nawet dorosłe dzieci widziałem po raz pierwszy”.

Nie tylko żołnierze wyklęci

Polscy niezłomni żołnierze wyklęci mieli również swych odpowiedników w innych państwach zniewolonych przez bolszewizm. Choćby w półtoramilionowej Estonii, gdzie nazwano ich Leśnymi Braćmi – metsavendlus.

Ten niewielki naród w ostatnim ćwierćwieczu wielokrotnie budził podziw determinacją, z jaką utrwala swą niepodległość, usuwając ślady półwiecznej sowieckiej okupacji. Losy naszych odległych narodów spotykały się niejednokrotnie w minionych dziesięcioleciach. Konsekwencje paktu Ribbentrop-Mołotow okazały się równie tragiczne dla Polski i Estonii.

Do rangi symbolu urasta historia estońskiego bohatera narodowego, wodza naczelnego, gen. Johana Laidonera (niedawno w Sulejówku przed dworkiem Marszałka Józefa Piłsudskiego „Milusin” odsłonięto poświęconą mu tablicę). W latach 1918-1920 walczył zwycięsko z bolszewikami. Sowieci aresztowali go w lipcu 1940 roku. Był więziony we Włodzimierzu nad Klaźmą razem z ostatnim Delegatem Rządu Rzeczypospolitej na Kraj wicepremierem Janem Stanisławem Jankowskim, skazanym w moskiewskim procesie szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. Obaj zmarli tego samego dnia w 1953 roku i zostali pochowani we wspólnej mogile.

Uratowali duszę narodu

W tym czasie w powiecie Võrumaa sowieckie siły bezpieczeństwa likwidowały jeden z ostatnich oddziałów estońskiej partyzantki niepodległościowej. Jak napisał były estoński premier i historyk Mart Laar: „Walka partyzancka z sowiecką władzą ma dla Estończyków status legendarny i jest elementem dumy narodowej, reszta świata aż do dzisiaj niewiele o niej słyszała”.

Jesienią 1944 roku w lasach ukrywało się ok. 40 tys. Estończyków – 15 tys. z nich było uzbrojonych. O skali tego oporu niech świadczy fakt, że jeżeli te proporcje zostałyby zachowane w odniesieniu do Polski, to u nas te liczby wyniosłyby ponad milion osób i 400 tys. uzbrojonych partyzantów walczących z komunistami.

Po kolejnych wywózkach na Syberię, dziesiątkach akcji pacyfikacyjnych Estonię zamieniono w ogromny obóz wojskowy – na czterech dorosłych Estończyków przypadał jeden sowiecki żołnierz. Wobec kolejnych pacyfikacji opór wygasał, ale gdy po 1956 roku Sowieci ogłosili amnestię, z lasu wyszło jeszcze tysiące Leśnych Braci. Nie byli jednak ostatni. Dopiero w 1967 roku aresztowano braci Hugo i Aksela Möttus, w 1974 roku zastrzelono podczas obławy Kaleva Arro. Historia metsavendlus zakończyła się dopiero 28 września 1978 roku, gdy zginął August Sabe, który do lasu poszedł w 1941 roku!

Leśnym Braciom, podobnie jak polskim żołnierzom wyklętym, nie udało się wywalczyć niepodległości, ale jak pisze Mart Laar, „zaszczepili głęboki patriotyzm i nieugięty charakter w niewygasłych duszach następnych pokoleń… desperacki i bezkompromisowy opór, jaki stawili Bracia Leśni oraz wszyscy, którzy poszli w ich ślady, uratował duszę Estonii. To tym mężczyznom i kobietom, którzy oddali życie w lasach i na bagnach, winni jesteśmy największy szacunek i wdzięczność”.

Tak jak my, Polacy, Józefowi Franczakowi „Lalkowi” i wszystkim żołnierzom wyklętym.

Dr Jarosław Szarek, IPN Kraków

Aktualizacja 21 października 2013 (08:47)

Nasz Dziennik