logo
logo

Zdjęcie: B.Destro/Curatofilm.wix.com/ -

Karol zagrał ks. Karola

Poniedziałek, 4 listopada 2013 (02:18)

Z Karolem Dudkiem, odtwórcą roli ks. Karola Wojtyły w filmie „Wikary z Niegowici”, rozmawia Małgorzata Pabis

Jak to się stało, że został Pan odtwórcą roli wikarego z Niegowici?

– Reżyser filmu ks. Cielecki szukał aktora, który wcieliłby się w główną rolę w filmie. Choć rozmawiał już z wieloma osobami, nikogo nie wybrał. I wówczas polecono mu mnie, choć z aktorstwem nie miałem nic wspólnego. Jestem z zawodu nauczycielem – uczę chemii. Ksiądz Cielecki powiedział, że jestem podobny do wikarego ks. Karola Wojtyły – uważa, że mam podobne oczy. Już po pierwszym spotkaniu dostałem tę rolę…

Jak Pan zareagował?

– Uważałem, że nie jestem godzien, by zagrać rolę tak zacnej osoby. Czułem jednak, że będzie to dla mnie duże przeżycie duchowe, więc się zgodziłem. Nie czyniłem też większych przygotowań. Dostałem scenariusz i nauczyłem się roli. Z opisów scen mogłem wywnioskować, jak powinienem się zachowywać, choć muszę powiedzieć, że reżyser nie trzymał się ściśle scenariusza i mogłem dodawać słowa ks. Wojtyły, które znajdowałem na tablicach czy pomnikach, w miejscach, gdzie kręciliśmy zdjęcia do filmu. Wydawało mi się, że w ten sposób ten film staje się jeszcze bardziej autentyczny.

Czy był jakiś szczególny moment w filmie, coś, co Pana bardzo poruszyło?

– Dla mnie bardzo ważny w tym filmie był pokój wikarego Wojtyły. Pokazał mi on, jakim człowiekiem był ten kapłan. Żył w bardzo skromnych warunkach, a jednocześnie żył wielkimi wartościami. Dziś niemal każdemu wydaje się, że wie, jaki był Jan Paweł II. Czujemy się dumni, że był Polakiem. Tymczasem warto byłoby postawić pytanie: czy naprawdę wiemy, o czym on mówił, co nam przekazywał? Wydaje mi się, że nie tak łatwo tu byłoby dać twierdzącą odpowiedź. Żyjemy w zachwycie polskim Papieżem i ja także przed tym filmem zachwycałem się Janem Pawłem II. Dopiero kiedy grałem Karola Wojtyłę, u mnie ta nutka pychy nieco zmalała. Bardziej bowiem zacząłem na niego patrzeć jako na wielkiego człowieka, a mniej jako jedynie na wielkiego Polaka.

Opowiem też o jednej scenie z filmu, która wywarła na mnie duże wrażenie. Widzimy w niej, jak wikary z Niegowici biegnie za kobietą w stanie błogosławionym i prosi ją, by dała mu siatki, które niesie. Warto podkreślić, że w tamtych czasach na pewno nie było to zachowanie standardowe. Ta kobieta wzbraniała się, ale on wziął od niej te siatki i szedł, dalej z nią rozmawiając. W czasie tego dialogu kapłan tłumaczy jej, by nie przejmowała się tym, co mówią inni, ale by w życiu kierowała się tym, co dyktuje jej serce. Myślę, że to jest bardzo ważny przekaz dla nas, bo my nieraz ogromnie przeżywamy to, co mówią o nas inni. A on mówi nam, że mamy być wierni swemu sercu, mamy czynić to, co ono nam nakazuje. Mówi o szczerości i prawdzie, o wierności wartościom. Każe nam wyzbyć się hipokryzji. Ta scena była dla mnie ogromnie ważna ze względów ideowych.

Muszę jeszcze wyznać, że najlepiej czułem się w scenach nagrywanych w szkole. Tam nie odczuwałem żadnych nerwów, tam byłem niejako u siebie.

Czy w czasie kręcenia filmu czuł Pan opiekę bł. Jana Pawła II?

– Muszę wyznać, że tak właśnie było. W scenach modlitewnych, w chwilach zadumy zawsze prosiłem go o to, by pomógł mi dobrze odegrać rolę, żebym nie zepsuł tej postaci, i mam nadzieję, że zostałem wysłuchany. Choć wiem, że nie jestem aktorem, to mam nadzieję, że udało mi się dobrze wypełnić zadanie. On czuwał nad tym, by to nie wyszło kiepsko.

Dziękuję za rozmowę.

Małgorzata Pabis

Nasz Dziennik