logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Na miarę Niepodległej

Czwartek, 7 listopada 2013 (02:04)

Wychowany w tradycji II Rzeczypospolitej i czynu niepodległościowego przez całe swoje długie życie ani na jotę nie zszedł z obranej w młodości drogi służby Ojczyźnie.

Walczył w jej obronie z bronią w ręku za okupacji niemieckiej, uczestniczył w konspiracji antykomunistycznej, kosztem osobistej kariery zachował czystą kartę w czasach PRL, wykonując zawód sędziego, zakładał „Solidarność” w peerelowskim Ministerstwie Sprawiedliwości, a po 1989 r. zajął się unieważnieniem wyroków wydanych na związkowców, by wreszcie po przejściu w stan spoczynku, zamiast odpoczywać na zasłużonej emeryturze, ściągnąć na siebie wściekłe ataki establishmentu III RP po przyjęciu urzędu Rzecznika Interesu Publicznego.

Zdaniem dr. Piotra Gontarczyka, historyka, byłego pracownika Biura Rzecznika Interesu Publicznego, kluczem do zrozumienia fenomenu sędziego Bogusława Nizieńskiego jest jego patriotyzm oparty na wzorcach II Rzeczypospolitej.

– Jest to człowiek przedwojennej daty, patriota o wybitnym etosie służby publicznej i państwowej, któremu taka naturalna konstrukcja moralna daje ogromną siłę do tego, co robi, a co traktuje w kategoriach misji i posłannictwa dla dobra Rzeczypospolitej – wskazuje historyk. – Takich ludzi spotyka się już niesłychanie rzadko.

Syn legionisty

Doktor Gontarczyk z wdzięcznością wspomina lata pracy z sędzią Nizieńskim.

– To był dla mnie ogromny zaszczyt, gdy jako dwudziestokilkulatek mogłem rozpocząć pracę w Biurze Rzecznika Interesu Publicznego – podkreśla. – Była to wspaniała lekcja etosu służby publicznej i patriotyzmu. Naprawdę moje życie byłoby dużo uboższe, gdybym nie spotkał na swojej drodze człowieka tego formatu, co pan sędzia Bogusław Nizieński.

Dla samego Bogusława Nizieńskiego autorytetami, które zaważyły na jego postawie życiowej, byli: ojciec ppłk Kazimierz Nizieński oraz dowódca oddziału partyzanckiego, w którym sam służył – kpt. Władysław Koba. Obaj walczyli za Polskę i oddali za nią życie. Ojciec, zawodowy oficer, legionista od 1914 r., który przeszedł cały szlak bojowy II Brygady Legionów Polskich – to prawdziwy wzór niezłomności. Ciężko ranny w bitwie pod Rarańczą w 1915 r. po szpitalnej kuracji wraca do oddziału i kontynuuje walkę aż do odzyskania przez Polskę niepodległości. W 1918 r. po bitwie pod Kaniowem dostaje się do niemieckiej niewoli, z której ucieka.

Po dwudziestu latach znów walczy o Polskę w kampanii wrześniowej i znów udaje mu się zbiec, tym razem Sowietom z obozu jenieckiego w Złoczowie. Aresztowany przez gestapo okupację niemiecką spędza w niemieckiej niewoli, ale po powrocie w rodzinne strony w styczniu 1945 r. podejmuje działalność konspiracyjną w Narodowej Organizacji Wojskowej. Przypłacił ją życiem – po latach więzienia we Wronkach umiera dwa miesiące po wyjściu na wolność.

Dwukrotnie przebywa w więzieniu również matka Bogusława Nizieńskiego – Wanda Nizieńska. Na skutek bestialskiego traktowania musi się później długo leczyć. Komunistyczne więzienia „zaliczyła” też jego bliska i dalsza rodzina.

Pseudonim „Sokół”

Trudno się dziwić, że wychowywany w atmosferze tak intensywnego patriotyzmu Bogusław Nizieński sam chwycił za broń w wieku 16 lat, walcząc z Niemcami w strukturach Armii Krajowej. Przyjął pseudonim „Sokół”. Działalność konspiracyjną w Narodowej Organizacji Wojskowej i Zrzeszeniu „Wolność i Niezawisłość” prowadzi także po tzw. wyzwoleniu. Udaje mu się jednak uniknąć losu zakatowanego ojca i zamordowanego w wyniku sądowej zbrodni swojego dowódcy kpt. Władysława Koby.

Pod wpływem ojca, który przewiduje ostateczną przegraną komunistów i znaczenie dla Polski dobrych prawników, Bogusław Nizieński podejmuje studia prawnicze. Jest prymusem i z najwyższymi ocenami kończy, oprócz prawa, również politologię.

Oczywiście pracy w wyuczonym zawodzie przy tak „niesłusznych” politycznie rodzicach i swojej niewzruszonej odmowie wstąpienia do partii znaleźć nie może. Przez siedem lat jest urzędnikiem w Akademickim Związku Sportowym w Krakowie. Uprawia też sport, dzięki czemu przez dalsze lata życia utrzymuje wspaniałą kondycję fizyczną.

Dostęp do sądownictwa otwiera się przed nim dopiero po odwilży 1956 roku. Aplikację sędziowską kończy z oceną „bardzo dobry z wyróżnieniem”, ale – choć kuszony perspektywą szybkiej kariery w sądownictwie – stanowczo odmawia wstąpienia do PZPR, co było jej warunkiem. Przez dwa i pół roku czeka jako asesor na nominację sędziowską, a gdy już ją otrzymał, poświęcił się obronie społeczeństwa przed kryminalistami. Do czasu podjęcia na początku lat 70. pracy w Ministerstwie Sprawiedliwości sądzi tylko i wyłącznie w sprawach kryminalnych, żadnych politycznych.

Z „Solidarnością” na dobre i złe

Z wielką nadzieją na odrodzenie Polski przyjmuje sędzia Nizieński wybuch „Solidarności” w 1980 roku. Wraz z Adamem Strzemboszem i kilkoma kolegami zakładają – coś nie do pomyślenia w realiach PRL – koło NSZZ „Solidarność” w Ministerstwie Sprawiedliwości. Sam zostaje wiceprzewodniczącym komisji zakładowej.

Po wprowadzeniu stanu wojennego nie podpisał „deklaracji lojalności”, w następstwie czego został przeniesiony z ministerstwa do Wydziału Karno-Rewizyjnego Sądu Wojewódzkiego w Warszawie. Sam nigdy nie orzekał w sprawach politycznych, ale po skandalicznych wyrokach w procesach politycznych po wprowadzeniu tzw. ustaw majowych drakońsko zaostrzających orzekane kary, w 1985 r. zrzekł się stanowiska sędziego.

Mniej więcej od tego czasu datuje się znajomość mec. Wiesława Johanna, znanego adwokata i sędziego Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, z sędzią Nizieńskim. Po raz pierwszy spotkali się na sali sądowej.

– Dla mnie było czymś niesłychanie zaskakującym, że kiedy jako adwokat występowałem przed tym sądem, nagle ktoś zrozumiał, co do niego mówię, jakie są moje wnioski, i później przy ogłaszaniu wyroku podał znakomite prawnicze uzasadnienie tego orzeczenia – wspomina mec. Johann. – To był mój pierwszy z nim kontakt. Nawet nie wiedziałem wtedy, kim jest pan sędzia Nizieński – dodaje.

Gdy podczas następnego przypadkowego spotkania mec. Johann usłyszał, że Bogusław Nizieński już nie jest sędzią i poszukuje pracy, postanowił mu pomóc. Sprzyjająca okoliczność nadarzyła się szybko, gdy byli więźniowie polityczni i internowani działacze zdelegalizowanej „Solidarności” po wyjściu na wolność postanowili założyć spółdzielnię pracy i szukali prawnika, który by im w tym pomógł.

– Skontaktowałem ich z panem sędzią Nizieńskim i trzeba powiedzieć, że bez niego po prostu by polegli – wskazuje mec. Johann. – On im pomógł od strony prawnej, ustawił statut, zwracał uwagę na wszelkie niebezpieczeństwa wynikające z ówczesnego prawa spółdzielczego – wyjaśnia.

Swój prawniczy kunszt sędzia Nizieński pokazał, gdy w 1990 r. został powołany do Sądu Najwyższego i przewodniczył II Wydziałowi Izby Karnej, który przeprowadzał rehabilitację skazanych w stanie wojennym i później. Był autorem prawniczej koncepcji pozwalającej w sposób niebudzący wątpliwości na zgodne z prawem uznanie politycznych wyroków, jakie zapadły w stanie wojennym i później, za nieważne.

– Nie znam drugiego prawnika o tak ogromnej i rozległej wiedzy, o niebywałej pamięci, człowieka na wskroś rzetelnego i uczciwego, który ma wszelkie dane ku temu, żeby stać się pomnikiem polskiego wymiaru sprawiedliwości – zaznacza mec. Johann. – Jest człowiekiem niezwykłym i niesłychanie sobie cenię to, że zalicza mnie do grona swoich przyjaciół. To dla mnie naprawdę przeogromny zaszczyt – wyznaje.

W 2008 r. sędzia Bogusław Nizieński „w uznaniu znamienitych zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej, a w szczególności dla przemian demokratycznych i wolnej Polski, za działalność państwową i publiczną” został odznaczony Orderem Orła Białego – najwyższym polskim odznaczeniem państwowym. Odebrał je z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego dokładnie w dniu 90. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości.

Dwa lata później wraz z Andrzejem Gwiazdą zrezygnował z członkostwa w Kapitule Orła Białego po tym, gdy prezydent Bronisław Komorowski odznaczył Orderem Orła Białego Adama Michnika, ks. bp. Alojzego Orszulika, Jana Krzysztofa Bieleckiego i Aleksandra Halla.

Adam Kruczek

Nasz Dziennik