logo
logo

Zdjęcie: M. Wessels/ Nasz Dziennik

Odbrązowić Mandelę

Wtorek, 10 grudnia 2013 (02:09)

Aktualizacja: Wtorek, 10 grudnia 2013 (09:33)

Nasz naród stracił największego syna – powiedział prezydent Republiki Południowej Afryki Jacob Zuma po śmierci prezydenta Nelsona Mandeli. 95-letni działacz komunistyczny i lewicowy, przeciwnik rasistowskiego apartheidu, pierwszy czarnoskóry prezydent RPA, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, zmarł we śnie w Johannesburgu 5 grudnia br.

Niemal 30 lat swego długiego życia Mandela przebywał w więzieniu. Rasistowski reżim skazał go na dożywocie. W 1994 r. został prezydentem i jako „ojciec demokracji” zaczął wprowadzać libertyńskie prawa, przy okazji doprowadzając kraj do ruiny gospodarczej.

Przyjęło się też uważać, że Mandela był niszczycielem apartheidu. Na pewno miał w tym swój udział, ale czy był jedynym czynnikiem tego upadku? To tak jak gdyby twierdzić, że komunizm został obalony przez Lecha Wałęsę, a nie za sprawą aktywności dużo bardziej zasłużonych od niego ludzi „Solidarności”, 10 milionów zaangażowanych Polaków, postawy bł. Jana Pawła II czy zdecydowanej polityki prezydenta Ronalda Reagana i coraz większej słabości sowieckiego aparatu totalitarnego.

O Mandeli media głównego nurtu powtarzają unisono: „bojownik o wolność”, „jednoczący”, „budowniczy pokoju”, „głos zapomnianej i udręczonej Afryki”. Zawczasu przygotowane laurki obiegły świat. Z „bohaterami” współczesności mamy coraz więcej problemów. Jeżeli świat okrzykuje kogoś geniuszem, należy ze sceptycyzmem przyjrzeć się tej euforii. Mandela ma wiele kart niechlubnych w swojej biografii, jak chociażby związki z ZSRS i Chinami, aktywizowanie młodych ludzi do brania udziału w anarchistyczno-terrorystycznych działaniach czy niejasne kontakty z paramilitarną organizacją Włócznia Narodu.

Dziennikarze „Daily Telgraph” Colin Freeman i Jane Flanagan, powołując się na opinię brytyjskiego historyka prof. Stephena Ellisa, dowodzą, że na początku lat 60. członkowie partii komunistycznej odbyli potajemne wizyty w Pekinie i Moskwie. Owocem tego spotkania było powołanie formalnie niezależnej organizacji paramilitarnej, zwanej Umkhonto we Sizwe (Włócznia Narodu). Na jej czele, nieformalnie, stanął sam Mandela, a grupa przeprowadziła pierwsze ataki w 1961 roku.

Przez 30 lat oddziały afrykańskiej guerilli zabiły kilkuset cywilów. Był to terrorystyczny ruch lewacki, analogiczny do niemieckiej Rote Armee Fraktion (RAF – Frakcji Armii Czerwonej). Rzecznik Fundacji Nelsona Mandeli oświadczył, że nie ma przekonujących dowodów na to, aby Mandela był członkiem partii, ponieważ „przeciw tej teorii przemawiają dużo mocniejsze dowody, chociażby świadectwo samego Madiby, który konsekwentnie zaprzecza tym zarzutom od 50 lat”. Madiba to klanowy przydomek Mandeli.

Ponadto wprowadzone przez niego prawa niczym nieograniczonej aborcji, legalizacja homoukładów traktowanych jako małżeństwa należą do bolesnych doświadczeń Republiki Południowej Afryki i przynoszą do dziś krwawe żniwo, czyli zamordowanie ponad miliona poczętych dzieci. Już choćby za to należał mu się anty-Nobel. Jednak dobrze wiemy, że dziś stery władzy trzymają libertyni, lewacy i mniejszości homoseksualne, także w Sztokholmie, a światowe media mętnego nurtu zachłysnęły się w kreowaniu peanów na cześć kontrowersyjnego prezydenta.

Czy śmierć rzeczywiście jest warunkiem, aby mówić tylko o dobrych cechach, a jeśli ich nie ma, to należy zamilknąć? Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, na pewno jeśli chodzi o osoby publiczne.

Masakra w Sharpeville

W wyniku dyskryminującego prawa tzw. Pass Laws w mieście Sharpeville Murzyni zaprotestowali. 21marca 1960 roku co najmniej 180 czarnych Afrykanów zostało rannych, a 69zabitych, kiedy południowoafrykańska policja otworzyła ogień do 300 demonstrantów, którzy sprzeciwili się ustanowieniu prawnej przemocy. To wtedy Nelson Mandela uznał, że tylko walka zbrojna z apartheidem jest szansą na wprowadzenie wolności dla czarnoskórej ludności kraju. I prawdopodobnie wtedy też został agentem reżimu sowieckiego, tajnym współpracownikiem partii komunistycznej, wspieranej finansowo w latach 60. Mandela nigdy się do tego nie przyznał, uznając, że jest to zagranie taktyczne rasistów z apartheidem, aby zdyskredytować jego osobę w oczach sympatyków.

Mandela został wówczas aktywnym członkiem ANC, centrolewicowej (czytaj: komunistycznej) partii założonej w 1912 r., czyli Afrykańskiego Kongresu Narodowego, który był zrzeszony w socjalistycznej międzynarodówce. Zdelegalizowana na początku lat 60. ANC przeszła do podziemia, podejmując akcję zbrojną przeciw rządom białych.

W swojej autobiografii „Długa droga ku wolności” Mandela napisał, że „zawsze znajdą się ludzie, którzy będą mówić, że komuniści nas wykorzystali. A czemu nikt nie wpadł na to, że to my wykorzystaliśmy komunistów?”. Czyż nie przypomina to argumentu koronnego pewnego przywódcy, który został prezydentem w kraju gdzieś nad Wisłą?

Dr Tomasz M. Korczyński

Nasz Dziennik