logo
logo

Zdjęcie: M.Marek/ Nasz Dziennik

Co wzrusza twardego mężczyznę

Wtorek, 24 grudnia 2013 (02:00)

Z Wiktorem Węgrzynem, inicjatorem Międzynarodowego Motocyklowego Rajdu Katyńskiego, rozmawia Beata Falkowska

Czas Bożego Narodzenia przynagla nas do wiary w to, co po ludzku niemożliwe. Cieszę się, że rozmawiam w tym świątecznym okresie z Panem, bo uchodzi Pan za speca od rzeczy niemożliwych.

– (śmiech) Robię po prostu to, co się da zrobić. Muszę powiedzieć, że mam bardzo wielu sojuszników. I odnoszę wrażenie, że po jednej i po drugiej stronie życia. Są takie momenty, gdy naprawdę czuję pomoc nie z tej ziemi, gdy wydaje mi się, że jestem do czegoś niezbyt przygotowany, a udaje się i wychodzimy zawsze obronną ręką. Jak dotychczas przynajmniej.

Jak Pana chowano, że jest Pan taki, jaki jest?

– Właśnie nieraz się nad tym zastanawiam. Bo że wyniosłem z domu głęboki patriotyzm, to jedno. Ojciec był żołnierzem 1939 roku w armii gen. Kleeberga, potem był w podziemiu, w Narodowych Siłach Zbrojnych. Z Katyniem zetknąłem się w 1943 lub 1944 roku, gdy tata przyniósł naramienniki oficerów z Katynia przywiezione przez PCK. Trafiły one do podziemia, krążyły po mieszkaniach. Jako 12-latek w 1952 roku z przyjacielem Zbyszkiem Tekielem na warszawskim Targówku rozwieszaliśmy wiersze o Katyniu. Tego wiersza nauczyłem się na pamięć, bo ciężko było wtedy dokumenty trzymać w domu. Do dziś go pamiętam. Tak jakoś od dziecka to życie związane jest z Katyniem.

Potem przyszła emigracja.

– Od 1973 roku mieszkałem w Chicago, tu poznałem żołnierzy II Korpusu gen. Władysława Andersa, ludzi zupełnie niezwykłych. Zaprzyjaźniłem się z Feliksem Konarskim „Ref-Renem”. Poznałem Władysława Kołacińskiego „Żbika”, jednego z dowódców Narodowych Sił Zbrojnych, płk. Mieczysława Niedzielskiego „Żywiciela”, płk. Kazimierza Szternala, cichociemnego, ostatniego dowódcę Powstania Warszawskiego na Mokotowie. W tym środowisku żyłem od 1973 roku. Te sprawy były dla mnie codziennością. I tak się zastanawiałem, co by było, gdybym żył przez te lata w Polsce i zjadał tę porcję codziennego komunistycznego kłamstwa, jakbym reagował na to wszystko.

Może tak samo?

– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Przecież to już 70 lat totalnego kłamstwa. Żyjemy w kłamstwie. Wszystko, co piękne, polskie, jest zakazane. Jeżeli pan prezydent mówi, że patriotyzmem jest płacić podatki, to jest to zupełne nieporozumienie i fałsz. On nie rozumie, co to jest patriotyzm. Patrzę na to, co dzieje się w Polsce, z perspektywy amerykańskiej: kowboje opanowali miasteczko i robią, co chcą – rabują, kradną, kłamią. Wszystko im wolno. Tylko że kowboje na ogół potem uciekali, a oni zostają. Kiedyś wywozili Polaków na Syberię, potem strzelali w tył głowy, potem wysyłali z paszportem w jedną stronę, a teraz doprowadzili do takiej sytuacji, że ludzie sami wyjeżdżają. Emigrują najbardziej przedsiębiorczy młodzi ludzie, za granicą zakładają rodziny, nie zdają sobie sprawy, że to oznacza likwidację Polski.

Rozklejał Pan wiersze o Katyniu, gdy można było za to dostać kulkę w głowę. Nie dziwi Pana, że dziś wielu nie robi nic?

– Jesteśmy w komfortowej sytuacji, wtedy zabijali. Zresztą i dziś zabijają, mam na myśli słynnego „seryjnego samobójcę”. Ale dziś jest bezpieczniej, tyle że jak rządzi się telewizją przez 70 lat, można udowodnić, że w nocy jest jasno, a w dzień jest ciemno. Wszystko jest możliwe. Polacy są straszliwie okłamywani. Stąd taki strach tych kowbojów przed naszymi mediami, szczególnie przed Telewizją Trwam, która, miejmy nadzieję, wejdzie na multipleks. Chociaż jak się rozmawia z komunistami, trzeba pamiętać o trzech rzeczach: nie wierzyć, nie wierzyć i po trzecie nie wierzyć. Oni są oszustami, słowo „honor” dla nich nic nie znaczy. Kiedyś było trudno, ale i dziś nie jest łatwo. Podziały przebiegają często w poprzek rodzin. Syn drwi z ojca. Znam takie przypadki. Cudownie się stało, że kilka milionów ludzi broniło Telewizji Trwam, policzyliśmy się.

Motor kojarzy się z wolnością, nieskrępowaniem. Wolność ducha to według Pana…

– Robić to, co uważa się za właściwe, i nie zwracać uwagi na to, czy nam pozwalają, czy nie. Nie możemy iść na żaden kompromis. W naszej sytuacji kompromis to odejście od prawdy na rzecz kłamstwa. Czytałem przed chwilą tekst uczestnika rajdu katyńskiego, genetyka, pracownika naukowego. Ma on żal do tych kowbojów, którzy nas oszukują, ale kończy pytaniem: co ja, doktor habilitowany, zrobiłem, by nie pozwolić na to? Jesteśmy oszukiwani, ale pozwalamy się oszukiwać. Beznadzieja wokół powinna nas mobilizować do oporu, działania.

Motocykl jest rodzajem klucza do umysłów i serc Polaków, także młodych? Udało się ich trochę pootwierać przez te 13 lat rajdów?

– Motocykl na pewno przyciąga. Obserwuję na rajdzie wiele takich pozytywnych sytuacji. Kilka lat temu przyszedł do mnie młody człowiek i mówi: Dziękuję ci, ja wróciłem z tego rajdu całkowicie odmieniony, lepszy. W tym roku chcę pojechać z moją narzeczoną, niech ona też to zobaczy. Dotknięcie prawdy, spotkanie tam, na Wschodzie, Polaków robi ogromne wrażenie. Nie znam nikogo, kto by potraktował to obojętnie. Kolejna historia. Jechał z nami młody chłopiec, wytatuowany, po parę kolczyków w uchu, muzyk rapowy. Deklarował się jako ateista. Stwierdził, że on do kościoła chodził nie będzie, a w tym czasie zajmie się pilnowaniem motocykli. Powiedziałem mu: „Nie ma problemu, wiara jest łaską, może jeszcze jej dostąpisz, ale musisz wiedzieć jedną rzecz: nie ma Polski, polskiej historii, bez Kościoła katolickiego”. Po rajdzie ten chłopak ochrzcił swojego synka, napisał bardzo ładną relację. Bardzo miłym wątkiem jest także nasza przyjaźń z Wołominem.

Z całym Wołominem?

– Prawie. Cudowny człowiek, były radny z Wołomina, pojechał z nami na rajd, był tak zachwycony, że potrafił zarazić swym entuzjazmem mnóstwo ludzi z Wołomina, biznesmenów. Otrzymujemy od nich ogromną ilość darów. Dużo jest takich wyjątkowych chwil. W tym roku jechali z nami młodzież i nauczyciele, którzy wygrali konkurs o Katyniu. Bardzo mocno to przeżyli. Harcerze wileńscy także z nami jeżdżą. Zachęcam wszystkich młodych, którzy czytają ten wywiad. Organizujmy autobusy, furgony. Niech młodzi jadą z nami do Katynia.

Trudności Pana mobilizują? Jest Pan typem człowieka, który na pustyni zaczyna od razu kopać i szukać wody?

– W każdych warunkach trzeba się odnaleźć. Rajd przeszedł moje oczekiwania. Przecież zaczynaliśmy od kilkunastu osób. Te nasze przeżycia, tak trafiające do serc młodzieży, chciałbym jeszcze bardziej upowszechnić. Spodziewałem się, że rajdem katyńskim przełamiemy zmowę milczenia wokół pewnych tematów. Że nie da się nie dostrzec grupy stu motocyklistów jadących z prędkością 120 km na godzinę. To jest 5 km dudniącej drogi. Takich kolumn w Europie nie ma. To przyciąga uwagę. Media na wschodniej Ukrainie bardzo dużo o nas informują, nawet na Białorusi był bardzo pozytywny reportaż, największa cenzura jest w Polsce.

Jeżdżą z nami wszyscy: górnicy, marynarze, naukowcy, księża. Jeden zawód jest słabo reprezentowany – dziennikarze. Pojechał z nami kiedyś dziennikarz gazety motoryzacyjnej z koncernu Agory. Okroili mu ten tekst doszczętnie i zrobili z tego mało atrakcyjną pielgrzymkę, która jeździ po cmentarzach i płacze. To jest kłamstwo. Przepraszał mnie potem. Ale kto ma o tym informować? Dzieci władców PRL, które dziś opanowały media? Tylko Radio Maryja, Telewizja Trwam, „Nasz Dziennik” interesują się nami i informują o rajdzie.

Ten mój zamysł, by dotrzeć poprzez rajd do Polaków, przybliżyć im wielką, piękną historię, nadal nie jest zrealizowany. A to wspaniała historia. Kresy to niezwykła ziemia. Wszystko, co wielkie w naszej poezji, literaturze, muzyce, pochodzi z Kresów. Wielcy wodzowie: Żółkiewski, Sobieski, Piłsudski, to wszystko są Kresy.

Motocykl zwraca uwagę, to jest droga do serc ludzkich, gdyby jeszcze bardziej to nagłośnić.

Co wzrusza takiego twardego mężczyznę?

– Na rajdach jest dużo takich rzeczy. Po 13 rajdach oskorupiałem trochę, ale ciągle wielkie wrażenie robi na mnie wieś Bogdanowo i sierociniec prowadzony tam przez Polkę, Helenę Dworecką, niezwykłą osobę, córkę polskiego żołnierza, patrioty. Pierwsze dziecko, którym zajęła się pani Helena, zwróciło jej uwagę, gdy wypędzono je ze sklepu, bo śmierdziało. Było bardzo brudne i chciało chleba. Wyszła za tą dziewczynką, zapraszała na posiłek do domu, ale ona uciekała, w końcu poszła za nią, ale w dużej odległości. Weszła do mieszkania, złapała chleb i zjadła go pod stołem. Potem uciekła, ale powróciła. Ta dziewczynka mieszkała w lesie. Potem były kolejne dzieci. Dziś jest ich 11.

To taka „spontaniczna” pomoc czy sformalizowana?

– Po wielu problemach władze uznały działalność pani Heleny za rodzaj sierocińca. Ta najstarsza dziewczynka ma już 20 lat, chodziła do szkoły krawieckiej, pracowała w Grodnie, ale w każdy weekend przyjeżdżała do pani Heleny do Bogdanowa. Dwa lata temu wyszła za mąż za Polaka z Grodna, piękna dziewczyna. Każde dziecko w tym domu to historia, w którą trudno uwierzyć. Jeden chłopiec, wyrzucony z domu, mieszkał w psiej budzie. Miał niewładną jedną nogę i rękę, na których najczęściej spał. Trzyletnią dziewczynkę znaleziono na 25-stopniowym mrozie z zamarzniętymi na twarzy sopelkami łez. Mieszka teraz w tym domu. To jest dom niezwykły, tam mieszkają miłość i dobro. Od pięciu lat każdego roku zatrzymujemy się u pani Heleny, wozimy dzieci na motocyklach. A one dumne opowiadają o nas w szkole.

Zawsze spotykaliśmy się także z polskimi dziećmi w Smoleńsku. Kilka lat temu małe dzieci, które jeszcze nie chodzą do szkoły, śpiewały dla nas „Polskie kwiaty”, „Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina”. Stoimy, dzieci śpiewają. Nagle patrzę, że jestem sam, chłopaki się porozchodzili, wołam: „Wracać, przecież te dzieci dla nas śpiewają”, patrzę, a oni wszyscy płaczą. Ten język kresowy, gdzieś tam daleko, i te dzieci, to robi wrażenie. Ciężko oddać w słowach ten moment, gdy zagląda się tym ludziom w oczy. Wilno, Lwów, tam Polacy przyjeżdżają, a my odwiedzamy czasem wioski, w których nikt nie pamięta wizyty Polaków. To są wzruszenia zupełnie niezwykłe. Polacy na Syberii, w Kazachstanie to tragiczny temat. Ci ludzie od trzech, czterech pokoleń czekają na powrót do Polski. A rocznie powraca do Ojczyzny kilka rodzin.

 

Jak przeżywa Pan Boże Narodzenie?

– Rodzinnie. Przyjechała wnuczka. Jak zawsze będziemy na Pasterce na Jackowie, tam jest polski kościół. Przyjeżdża bardzo wielu Polaków z całego Chicago i z okolic, tam się wszyscy spotykamy.

Czego życzy Pan sobie i Polakom na święta i nowy rok?

– Byśmy w nowym roku przepędzili tę bandę, która nami rządzi. Dla naszego wspólnego dobra.

Dziękuję za rozmowę.

Beata Falkowska

Nasz Dziennik