„Bóg się rodzi, moc truchleje” – to pierwsze słowa jednej z najbardziej popularnych kolęd, powstałej pod koniec XVIII w., w bardzo trudnym okresie dla Polski podzielonej już wtedy przez sąsiadów na trzy zabory.
Autorem tej pięknej, podniosłej, uroczystej kolędy był znany poeta Franciszek Karpiński, który na miejsce dotychczas sztucznej i oderwanej od życia retoryczności wprowadził do literatury polskiej formę bezpośredniego, szczerego wyznania. Takim wyznaniem jest treść całej jego kolędy, chętnie śpiewanej już przez kilkanaście pokoleń, i to nie tylko Polaków. Kolęda ta prawie zawsze jest w programie naszych spotkań opłatkowych.
Ten niezwykły utwór bożonarodzeniowy opiewa Dzieciątko Jezus „w nędznej szopie urodzone”. Bóg nie chciał, by Jego Syn był dla kogokolwiek zagrożeniem. Przeciwnie, jest On Zbawicielem człowieka. To małe arcydzieło kończy się błagalną strofą: „Podnieś rękę, Boże Dziecię,/ Błogosław Ojczyznę miłą,/ W dobrych radach, w dobrym bycie/ Wspieraj jej siłę swą siłą,/ Dom nasz i majętność całą,/ I wszystkie wioski z miastami”.
Znakiem Boga jest prostota. Znakiem Boga Jego dziecko. Wymownym znakiem Boga jest fakt, że On, Stwórca i Pan całego świata, dla nas stał się niemowlęciem. Taki jest Jego sposób panowania. Nie przychodzi do nas, na ziemię, na nasz ludzki świat, z zewnętrzną mocą, przepychem, ale jako bezbronne i potrzebujące pomocy dziecko. Nie chce przytłoczyć nas swym majestatem i siłą. Nie boimy się Jego wielkości. Możemy podejść do Niego blisko. Pośpiewać Mu cichutko do snu, a gdy się przebudzi – głośniej, wesoło, z przytupem. Przez chwilę wszyscy czujemy się przy Nim jak dzieci.
Ciągle nas bardzo dziwi, dlaczego państwa, które dobrze znamy, i czasem może nawet je podziwialiśmy, czuły się zagrożone ze strony Bożego Dziecięcia. Potężne mocarstwa, dobrze uzbrojone, wyposażone w cały aparat wpływu po prostu bały się małego Chrystusa. Wysadzały w powietrze świątynie chrześcijańskie, torturowały w niczym im niezagrażających świątobliwych wierzących chrześcijan, a zwłaszcza kapłanów. Zsyłano ich do ciężkich robót w kopalniach syberyjskich, nierzadko na wiele lat. Jedynym przewinieniem tych skromnych i niewinnych ludzi było to, że przepowiadali naukę płynącą z faktu Bożego Narodzenia. Nikomu nie wadzili, tym bardziej państwu. Przeciwnie, pracowali dla jego dobra. Byli lojalnymi obywatelami. Uczyli, że Dziecię Jezus nie pragnie od nas niczego innego, jak tylko naszej miłości, dzięki której spontanicznie uczymy się zgłębiać Jego pragnienia, Jego myśli i wolę. Ci ludzie wiary chcieli żyć z Nim i wraz z Nim doznawać także pokory wyrzeczenia, która należy do istoty miłości.
Dziecię Jezus, którego przyjście na świat przed ponad dwoma tysiącami lat dziś wspominamy, musi więc bardzo wiele znaczyć, musi mieć w sobie wielką moc i potęgę, skoro bały się Go mocarstwa. Tak niegodnie zachowywały się wobec Niego i Jego nauki. Z tego wszystkiego wynika, że Boże Narodzenie to coś niezwykłego, nadzwyczajnego, niepowtarzalnego, a Bóg to po prostu wielka sprawa. Od Narodzenia Chrystusa liczy się czas. Obecnie mamy rok 2013, liczony od Jego przyjścia na świat. Dlatego z okazji Bożego Narodzenia chętnie przebywamy razem i dzielimy się białym opłatkiem, symbolem czystości i miłości.
Trudno nie mówić dziś o tym, że tak często poniewierany i prześladowany Jezus, który zawisnął na krzyżu, zginął okrutną hańbiącą śmiercią, ostatecznie zwyciężył. Pokonał na zawsze śmierć – zmartwychwstał. Wykupił nas od śmierci wiecznej, otworzył nam bramy Nieba, gdzie czeka nas życie wieczne w Bożym królestwie. Do Jezusa zawsze należy ostatnie słowo.
Kapłani wrócili do ocalałych świątyń. Odrestaurowali zniszczone. Budują też nowe. Wierni chrześcijanie mogą w nich śpiewać kolędę Bóg się rodzi. Można mówić o Bogu, który nikomu nie zagraża; przeciwnie: wszystkich wspiera, broni, ocala.
Cieszy nas, Polaków, że mamy swoją bardzo bogatą tradycję i kulturę świętowania Bożego Narodzenia. Dzięki niemu gromadzimy się w jedno. Wszędzie, gdzie dzielimy się opłatkiem, tam łączymy się duchowo z Bogiem i wzajemnie ze sobą. W atmosferze tego wielkiego i radosnego święta stajemy się jedną rodziną.
Chrystus i Jego Kościół nie dzielą, ale wzmacniają każdego człowieka. Mały Jezus ze żłóbka błogosławi swoją rodzinę, do której wszyscy należymy. Jego miłość wyzwala wzajemną życzliwość i oddanie. Sprawia, że potrafimy stawiać sobie wymagania, nawet wtedy, gdy inni od nas nie wymagają. Tak jak nauczał nas Papież Jan Paweł II. Gdy się Go słuchamy, wzrastamy w miłości i dobru. A tego bali się zawsze ciemiężcy. Oni chcieli panować nad ludzkimi sercami i deprawować sumienia. Także teraz lansuje się na pozór piękne hasła, takie jak „rób, co chcesz”. W istocie sprowadzają się one do tego, by nie wymagać nic od siebie, myśleć przede wszystkim o sobie, a nie o bliźnich.
Tymczasem Chrystus nie przymusza ludzi do nawrócenia, ale przekonuje ich, że jedyną miarą prawdy jest miłość. Nigdy nie chodzi Mu o ilość, lecz zawsze tylko o jakość. Nigdy nie chodzi o to, jak wielka jest liczba Jego zwolenników. To zdaje Go wcale nie interesować. Najważniejsza jest jednostka w swoim poznaniu i nawróceniu.
Może ta krótka refleksja pozwoli nam lepiej zrozumieć przesłanie tej wyjątkowej polskiej kolędy, wymownie zatytułowanej Bóg się rodzi. Życzymy sobie, by rodził się On ciągle na nowo w naszych sercach. Pragniemy gorąco i o to prosimy, by Bóg nigdy nie opuszczał naszej „Ojczyzny miłej”, a zwłaszcza teraz, gdy tyle w niej zagrożeń i niepewności, ale jej stale błogosławił. Śpiewamy, usilnie prosząc Boże Dziecię: „Wspieraj jej siłę swą siłą!”.

