logo
logo

Zdjęcie: A. Kołakowska/ Nasz Dziennik

Ostatnia szansa dla Stoczni Gdańsk

Czwartek, 23 stycznia 2014 (02:14)

Przed laty funkcjonowało powiedzenie, że morze jest oknem na świat. Uczyliśmy się o tym w szkole, a takie miasta jak Gdańsk, Gdynia czy Szczecin potwierdzały prawdziwość tego stwierdzenia. Dziś już tak nie mówimy, a nauczycielom trudno byłoby podać odpowiednie przykłady odnoszące się do Polski.

Na redzie w Porcie Północnym czy w Porcie Gdynia stoją zaledwie dwa, czasem trzy statki. Tak samo mało jednostek stoi przy pirsach. Polska przestała być państwem morskim, choć posiada do tego odpowiednie zaplecze.

Na przestrzeni wieków Polacy, a szczególnie ci, którzy dzierżyli w naszym kraju ster władzy, doskonale zdawali sobie sprawę ze znaczenia gospodarki morskiej, stąd też wykazywali wielką troskę nie tylko o dostęp do morza, ale też o budowę portów i rozwój floty. Powody tej troski najlepiej ilustrują słowa biskupa Jana Dymitra Solikowskiego wypowiedziane na Sejmie w 1573 r.: „Każdemu Panu i Narodowi więcej na morskim państwie zależy niźli na ziemskim. Kto ma państwo morskie, a nie używa go, albo da sobie wydrzeć – wszystkie pożytki od siebie oddala, wszystkie szkody na siebie przywodzi, z wolnego niewolnikiem się staje, z bogatego ubogim”.

Zdanie to nie straciło chyba nic na aktualności, skoro jak podają roczniki statystyczne – rokrocznie wzrasta liczba statków handlowych i coraz więcej towarów jest przesyłanych drogą morską. (Co ciekawe, mała w stosunku do Polski Łotwa, z krótszą linią brzegową, ma większą liczbę przeładunków od naszego kraju, a licząca zaledwie 4 mln mieszkańców Litwa niewiele mniejszą). W portach całego świata wzrasta wielkość przeładunków, wzrasta też liczba statków produkowanych w stoczniach o około 10 tys. rocznie.

W czasach prosperity

Kiedyś przyjeżdżających do Gdańska turystów witał las dźwigów stoczniowych, które pracowały przez całą dobę, a stocznie Trójmiasta zatrudniały kilkadziesiąt tysięcy pracowników. Tylko Stocznia Gdańsk dawała pracę 16 tysiącom osób. Przy czym kooperowało z nią wiele innych zakładów, jak choćby huty.

Wystarczy powiedzieć, że dla jednego statku potrzeba było 300 ton kabli, które były produkowane w polskich fabrykach, i od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy ton stali z polskich hut. Kooperantów było wielu, bo statek składa się z kilku milionów części i ogromnej liczby zróżnicowanych urządzeń, nie mówiąc już o wykończeniu i wyposażeniu jego wnętrz.

Nie próbuję przez to powiedzieć, że w PRL żyło się dobrze i że był to okres prosperity, ale chcę zwrócić uwagę na fakt, że przed laty produkcja statków i przemysł morski były bardzo opłacalne – nawet w warunkach rabunkowej gospodarki socjalistycznej.

Polska produkowała statki dla ponad trzydziestu krajów świata, w tym dla USA, Brazylii, Danii, Finlandii, Francji, Niemiec, Grecji, Holandii, Norwegii, Południowej Afryki, Szwecji czy Wielkiej Brytanii. Pod względem produkcji zajmowała piąte miejsce na świecie, a z jej pochylni w okresie powojennym zostało zwodowanych blisko 1000 statków.

Produkowano najróżniejsze jednostki, nierzadko potężne masowce, drobnicowce, zbiornikowce czy np. skomplikowane, doskonale wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt okręty badawcze. Powstawały tu prototypowe urządzenia jak suwnice bramowe, które potem stosowane były na całym świecie. Statki budowane w Stoczni Gdańsk miały doskonałą markę i nie zdarzyło się nigdy, żeby wyprodukowany w niej okręt zatonął z powodów technicznych.

W biurze projektowym pracowało blisko osiemset osób i poszczycić się ono mogło wieloma nowatorskimi wynalazkami technicznymi, poprawiającymi jakość oraz bezpieczeństwo żeglugi czy też skonstruowaniem zupełnie nowych typów statków, jak np. statki przetwórnie do dalekomorskich połowów ryb. Biuro projektowe współpracowało z licznymi instytucjami naukowymi i naukowo-technicznymi na świecie, a jej kadrowym zapleczem był z pewnością Wydział Budowy Okrętów Politechniki Gdańskiej. Stocznia wykonywała statki od projektu do ich całkowitego wykończenia.

Bardzo istotne dla gospodarki było i mogłoby być do dzisiaj także to, że Stocznia Gdańsk kooperowała z 1000 podmiotów krajowych i 200 zagranicznymi, dawała więc – będąc zakładem montażowym – zatrudnienie zakładom produkcyjnym z terenu całej Polski. Szacuje się, że na potrzeby Stoczni Gdańsk pracowało około miliona osób. Jej likwidacja musiała więc pociągnąć za sobą, jak w klockach domino, upadek nie tylko wielu zakładów, ale też gałęzi przemysłu. Choć część statków robiono dla ZSRS i RWPG, gdzie walutę rozliczeniową stanowił rubel transferowy, stocznia była w stanie realizować kolejne zamówienia i wykazywała zyski.

Ofiara układu

W październiku 1988 r. pomimo dobrych wyników ekonomicznych i kilkudziesięciu kontraktów ówczesny premier Mieczysław Rakowski ogłosił decyzję o likwidacji Stoczni Gdańsk. Została ona podjęta w maju 1988 r., czyli w trakcie trwania tzw. strajków majowych.

Stocznia była sercem oporu przeciwko władzy komunistycznej. Pierwszy strajk wybuchł tu w 1958 roku. Wkład stoczniowców w walkę z komunistyczną dyktaturą był zdecydowanie większy, a ich głos nieporównywalnie bardziej słyszalny niż działania tzw. opozycyjnych intelektualistów. Minister Jerzy Bilip, uzasadniając zamiar likwidacji Stoczni Gdańsk, powiedział na posiedzeniu rządu: „W stoczni wystąpiły zakłócenia, które mają charakter historyczny i do których rząd podchodził wielokrotnie, (…) ponownie stocznia nie pracuje i powoduje dalsze straty”.

Tym sposobem niewygodny ze względów politycznych zakład został przeznaczony do unicestwienia. Decyzja ta została podjęta w sytuacji, gdy komuniści sposobili się już do zmian ustrojowych, a chcąc stać się kapitalistami i głównymi uczestnikami gry rynkowej, musieli usunąć wszystkie realne zagrożenia.

Na zlecenie rządu profesor Jerzy Doerffer sporządził wówczas analizę sytuacji ekonomicznej stoczni i opracował program naprawczy dla zakładu, który przecież przynosił zyski, a sam rok 1988 miał zakończyć się dodatnią akumulacją. W oparciu o jego analizy i wskazania stocznia mogła z powodzeniem przestawić się na produkcję w warunkach gospodarki wolnorynkowej. Zostało to całkowicie zignorowane, a decyzja o likwidacji przyklepana.

W 1990 r. sejmowa Komisja Nadzwyczajna ds. Przeanalizowania i Oceny Działalności Ustępującego Rządu, która pracowała pod przewodnictwem posła Ryszarda Bugaja, złożyła wniosek o pociągnięcie do odpowiedzialności konstytucyjnej Mieczysława Rakowskiego. Posłowie przyjęli także projekt uchwały, w którym czytamy: „Wymierne i wielkie szkody materialne oraz ogromne szkody moralne wynikły z decyzji Rządu o rozpoczęciu likwidacji Stoczni Gdańskiej. Decyzja ta została podjęta mimo następującej w tym zakładzie poprawy, mimo poprawiającej się szybko koniunktury na rynku statków, natomiast decyzja ta nie została poprzedzona niezbędnymi analizami i rachunkiem ekonomicznym. Są uzasadnione powody, by przyjąć, że decyzja ta podjęta została z motywów politycznych i miała na celu ukaranie załogi, która kilkakrotnie podniosła bunt przeciw obowiązującemu w Polsce autorytarnemu systemowi i pauperyzacji pracowników”.

Kilka lat później o likwidacji stoczni podobną opinię sporządziła NIK: „Podjęcie decyzji o likwidacji Stoczni Gdańskiej było przede wszystkim działaniem nierzetelnym i nie posiadającym uzasadnienia ekonomicznego” (raport NIK z 1997 r.).

Należałoby się spodziewać odpowiednich działań na rzecz ratowania stoczni od kolejnych rządów, niestety z wyjątkiem gabinetu Jana Olszewskiego nie podjęto żadnych decyzji, które w okresie transformacji i ogromnej inflacji mogłyby zagwarantować stoczni stabilną sytuację. Był to czas, w którym głównie uwłaszczała się komunistyczna nomenklatura, bogacąc się na wyprzedaży majątku narodowego.

Być może światło na sytuację przyzwolenia na ten rabunek rzuca deklaracja złożona przez Adama Michnika Jerzemu Urbanowi w marcu 1989 r., w której mówił, że „atak na nomenklaturę jest atakiem na organizatorów środków produkcji”, i dodawał: „Przekażę ze swoim poparciem szefom opozycji sugestię, żeby sprawy gospodarcze były do pewnego stopnia strefą wspólnie chronioną”. Kilka miesięcy później na łamach „Gazety Wyborczej” ukazał się tekst Jerzego Szperkowicza pt. „Uwłaszczać i nie żałować”, w którym czytamy: „Chcąc uczynić reformy gospodarcze głębokimi i nieodwracalnymi, warto uwikłać ludzi nomenklatury w działalność gospodarczą tak, by osobiście byli zainteresowani w powodzeniu i trwałości reform (…). Nie rozpaczam z powodu zaniżonych wycen majątku przechodzącego w ręce spółek nomenklaturowych. Że będzie to forma kredytowania? Będzie. Potraktujmy to jako odprawę nomenklatury, która społeczeństwu służyła, nie zasłużyła się, ale tracąc przywileje, zaszczyty, czuje się wywłaszczona z dorobku dwóch pokoleń. Opowiadam się za odczepnym” („Gazeta Wyborcza” z 25 września 1989 r.).

Można by oczywiście stworzyć bardzo długą listę przyczyn rujnowania stoczni przez kolejne ekipy rządzące, począwszy od opłacalności handlu złomem, który przejęli głównie byli funkcjonariusze tajnych służb PRL poprzez wyprzedaż połowy terenu stoczni, położonego w bardzo atrakcyjnym miejscu Gdańska, czy wyprzedaż innych składników jej majątku, a skończywszy na umizgach wobec UE, a w szczególności Niemiec, które wręcz rozwijają swój przemysł stoczniowy.

W gąszczu „dziwnych” decyzji

Cytowany już raport NIK z 1997 r. nie pozostawia suchej nitki na wszystkich rządach, które sprawowały władzę od 1988 do 1997 r. (nie ma tam tylko rządu Jana Olszewskiego):

„W świetle wyników kontroli, odpowiedzialność za dopuszczenie do upadłości Stoczni Gdańskiej można przypisać(w różnym stopniu) wszystkim, którzy mieli wpływ na jej losy i funkcjonowanie, a więc zarówno członkom rządów, którzy uczestniczyli w podjęciu decyzji o likwidacji Stoczni bądź byli wobec niej bierni oraz przedstawicielom administracji państwowej sprawującym nadzór właścicielski nad Spółką, jak również kolejnym organom statutowym przedsiębiorstwa, a następnie Spółki…”.

Dalej pośród winnych doprowadzenia stoczni do stanu upadku raport wymienia z konkretnymi zarzutami m.in. Janusza Lewandowskiego, Macieja Płażyńskiego, Wiesława Kaczmarka, prezesów zarządów, jak Golucha, Szyca i itd. (całą nomenklaturę związaną z UW, PSL, KL, SLD). Nikt, czyli kolejne rządy, ani wówczas, ani dzisiaj nie wyciągnął właściwych wniosków, bo nie miał takiej woli.

Pracownicy nie otrzymali też obiecanych im akcji – jedynie zaświadczenie depozytowe, które zresztą w związku z poważnymi zaniedbaniami ze strony Skarbu Państwa w 2004 r. utraciły swoją ważność, a stoczniowcy zostali oszukani. W 1990 r. Stocznia Gdańsk stała się spółką akcyjną z 60-procentowym udziałem Skarbu Państwa, rząd więc był decydentem w jej sprawach.

W 1996 r. odbyło się walne zgromadzenie akcjonariuszy, na którym przedstawiciel rządu postawił wniosek o ogłoszenie upadłości. Wniosek ten został przyjęty, ale pozostali akcjonariusze skierowali sprawę do Sądu Wojewódzkiego w Gdańsku, a ten stwierdził, że nie było podstaw do ogłoszenia upadłości. Decyzja o upadłości była więc nieważna, ale takie dziwne wyroki zapadały w III RP, że nie zmienił on sytuacji zakładu. Od tej pory stocznia była spółką akcyjną w upadłości i kropka.

W okresie, gdy NIK sporządziła cytowany już raport, władzę w Polsce przejęła AWS i jak na ironię wbiła kolejne gwoździe do trumny. Niedługo potem stocznia została sprzedana za 115 mln zł Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej, której właścicielami były Stocznia Gdynia SA i firma deweloperska EVIP Progress (w efekcie powstała Grupa Stoczni Gdynia SA, której prezesem był Janusz Szlanta, a Skarb Państwa głównym udziałowcem).

Korporacja jednak nie musiała za nią płacić, bo pod zastaw zaciągniętego przez nią kredytu na zakup zakładu poszła część gruntów stoczniowych. Były to grunty bardzo atrakcyjne, położone w centrum Gdańska, które stanowiły około połowy całej powierzchni stoczni, czyli ponad 60 ha. Przy tym w kasie sprzedanej stoczni było 43 mln, czyli faktycznie Korporacja nabyła Stocznię Gdańsk za 72 mln, a raczej za taką też cenę przejęte zostały postoczniowe tereny w centrum Gdańska. Tu kilka wilków było sytych.

Jak mówi przewodniczący stoczniowej „Solidarności” Roman Gałęzewski: „Stocznia musiała upaść, żeby można było za bezcen sprzedać jej majątek. Ten majątek, który miał największą wartość. Pieniądze za sprzedaż tego majątku nie trafiły nigdy do stoczni. Przy tym nowy właściciel nie dość, że wyzbył się za bezcen części majątku stoczni, to jeszcze ją zadłużył na 100 mln”.

W tym czasie następowała wyprzedaż majątku stoczni przy całkowitym zaniechaniu inwestycji. Lista różnego rodzaju machinacji i operacji, które z roku na rok pogarszały sytuację Stoczni Gdańsk, jest tak duża, że nie sposób o tym wszystkim napisać w jednym artykule.

W 2006 r. Stocznia Gdynia SA sprzedała akcje Stoczni Gdańsk Agencji Rozwoju Przemysłu, a kilka miesięcy później rząd PiS, który przejął władzę w państwie, sprzedał ją inwestorowi ukraińskiemu (spółce IDS) za… 400 mln razem z zadłużeniem wynoszącym około 100 milionów! Liczby te mówią o tym, jak ogromne straty poniósł Skarb Państwa na poprzednich transakcjach.

Poseł Andrzej Jaworski przypomina, że w 2005 r. Unia Europejska postawiła warunek, że albo stocznia zostanie sprywatyzowana, albo ma być zamknięta. – Ten warunek nie został spełniony w przypadku stoczni gdyńskiej oraz szczecińskiej i dlatego zostały one zlikwidowane. Stocznię gdańską udało się uratować. Zagwarantowaliśmy wówczas skarbowi państwa posiadanie 25 procent udziałów, żeby państwo miało wpływ na rozwój stoczni. Gdy w 2007 r. zmienił się rząd, nowa władza nie była zainteresowana rozwojem stoczni – mówi poseł.

W uścisku Platformy

Traktat Wspólnoty Europejskiej w sekcji pt. „Pomoc przyznawana przez państwa” mówi, że państwo członkowskie nie ma prawa udzielać pomocy przedsiębiorstwom w jakiejkolwiek formie. Ale np. Niem- cy zagwarantowały sobie prawo do takiej pomocy, dzięki temu na terenach byłej NRD nie doszło do upadku stoczni i mają się one bardzo dobrze. Podobnie przemysł stoczniowy jest wspierany przez rządy Holandii, Francji czy Włoch.

– Musimy też pamiętać, że Unia Europejska narzuciła Polsce limit produkcji statków wynoszący cztery jednostki rocznie – mówi Roman Gałęzewski.

Jeszcze dalej w demontażu przemysłu stoczniowego poszedł rząd Donalda Tuska.

– Informowałem ministra Grada, że dane o pomocy publicznej dla Stoczni Gdańskiej są nieprawdziwe – wskazuje poseł Andrzej Jaworski. Niestety, na podstawie dokumentów, które zawierały te nieprawdziwe dane, KE nakazała stoczni ograniczenie produkcji. Wiadomo, że jeśli jest ograniczona produkcja, firma przestaje zarabiać i popada w coraz większe problemy. W ten sposób w ubiegłym roku znacznie pogorszyła się sytuacja tego zakładu.

Z tego powodu w ubiegłym roku kilka spółek należących do stoczni, w których zatrudnionych było kilkaset osób, ogłosiło bankructwo.

Roman Gałęzewski twierdzi, że do Stoczni Gdańsk żadna pomoc nie dotarła: „Przed sprzedażą stoczni IDS Skarb Państwa pożyczył pieniądze Grupie Stoczni Gdynia, czyli sobie samemu, na zapłacenie zaległych opłat do ZUS za pracowników Stoczni Gdańsk. Faktycznie pieniądze te do Stoczni Gdańsk nigdy nie trafiły”.

Karol Guzikiewicz, wiceprzewodniczący „Solidarności” w stoczni, dodaje, że nie były to długi obecnego właściciela, ale Janusza Szlanty, czyli Grupy Stoczni Gdynia.

Trudno nie odnieść wrażenia, że rząd Donalda Tuska nie był zainteresowany wyjaśnieniem tego problemu i powstrzymaniem redukcji mocy przerobowych zakładu, a tym samym przybliżył go do upadku. Podobne wrażenie można odnieść, jeżeli chodzi o zainteresowanie ekipy Tuska produkcją statków w gdańskiej stoczni – choć Skarb Państwa ma w niej 25 udziałów – bo w styczniu 2013 r. zlecił budowę 4 jednostek Japończykom, a PŻM, czyli spółka Skarbu Państwa, zaciągnęła na ten cel w PKO BP kredyt w wysokości 120 mld USD…

Jeszcze wcześniej, za rządów SLD, zostało zamówionych kilkanaście statków w Chinach, które jak mówi Roman Gałęzewski, po siedmiu latach nadają się na złom, podczas gdy statki wyprodukowane w Polsce po siedmiu latach użytkowania zwiększają swoją wartość.

Zamówienie statków w Chinach można od biedy uzasadnić ich niską ceną, ale Japończycy produkują statki bardzo drogie. I znowu poruszamy temat, o którym można by napisać nie jeden, ale kilka artykułów – choćby o tym, że dla polskiej gospodarki byłoby bardzo korzystnie, gdyby stal i inne elementy statku produkowały polskie firmy.

Od roku prasa donosi o widmie ostatecznego upadku Stoczni Gdańsk. O tym, że rząd Tuska nie ma zamiaru w żaden sposób ratować stoczni, a wręcz przeciwnie – chce w końcu zrealizować pomysł Rakowskiego, świadczy blokowanie możliwości przeprowadzenia nakazanej przez KE restrukturyzacji, o co zabiega IDS.

Po wielu zmianach przeprowadzonych w ostatnich miesiącach przez właściciela stocznia ma możliwość uzyskiwania dochodów na produkcji statków. Pojawił się także potencjalny inwestor z Norwegii. – Czekamy na decyzję rządu, który choć jest udziałowcem mniejszościowym, ma ze względu na różne okoliczności decydujący głos w tej sprawie – wyjaśnia Karol Guzikiewicz. Teraz stocznia stoi, czeka na akceptację biznesplanu przez ministerstwo. Niestety, rząd tej decyzji nie może podjąć od roku, co blokuje restrukturyzację. Restrukturyzacja jest wymogiem Unii Europejskiej i jeśli nie nastąpi, to stocznia zgodnie z decyzją KE będzie musiała być zamknięta.

Co najważniejsze, żeby uratować stocznię, nie potrzeba pieniędzy z budżetu państwa i o takie właściciel nie zwracał się do rządu, bo mają one pochodzić z majątku stoczni. I tak w ostatnim roku pracę w stoczni straciło kilkaset osób, z których większość jest obecnie na bezrobociu. Jeśli upadnie stocznia, pracę straci nie tylko około tysiąca osób w niej zatrudnionych, ale także pracownicy spółek działających na jej terenie, czyli ponad półtora tysiąca osób.

Na podjęcie decyzji rząd ma czas do końca stycznia, ale rodzi się pytanie, czy ma taką wolę, żeby zakład, o którym Donald Tusk powiedział: „niech szlag trafi te stocznie”, uratować. Uratować stocznię, a tym samym wykazać troskę o ludzi tam zatrudnionych.

Anna Kołakowska

Nasz Dziennik