logo
logo

Zdjęcie: arch/ Nasz Dziennik

Zagłada polskiej wsi Białystok

Sobota, 11 sierpnia 2012 (07:05)

W latach 1937-1938 NKWD zamordowało niemal wszystkich mężczyzn w polskiej wsi Białystok na Syberii. Uznano ich za "wrogów ludu" i "polskich powstańców" lub "szpiegów".


Narazili się już w okresie przymusowej kolektywizacji, broniąc się przez długie pięć lat przed projektem zamiany ich wsi w kołchoz. Sowiecka włast´ im to zapamiętała. Kiedy przyszedł Wielki Terror i rozglądano się na wszystkie strony za "wrogami", miejscowe NKWD uznało Białystok za miejsce, gdzie można w części zrealizować plan zbrodni przygotowany dla obwodu Tomska.

Wieś była biedna, liczyła około 500 mieszkańców i nie miała żadnych kontaktów z odległą Polską, bo to przecież daleka Syberia, ale to nie miało żadnego znaczenia. Liczył się plan i liczba trupów.


"Dobrowolcy"

Wieś Białystok (tak nazywana od roku 1914) w obwodzie tobolskim była nietypowa, jeśli chodzi o polskie wyobrażenia o Sybirze. Na ogół uważamy, że wszyscy Polacy, którzy się tam znaleźli, to ofiary represji rosyjskich, potem sowieckich.

Tymczasem wielu Polaków osiadło na Syberii dobrowolnie. Kiedy nasi ubodzy rodacy z Galicji i z zaboru pruskiego wyjeżdżali pod koniec XIX wieku za chlebem do Ameryki, Kanady czy Nowej Zelandii, na obszarze imperiów carów podobną rolę "ziemi obiecanej" pełniła Syberia.

Rządowi rosyjskiemu Piotra Stołypina zależało na reformie rolnej i zagospodarowaniu olbrzymich obszarów Syberii. Namawiano ubogich mieszkańców zachodnich guberni Rosji do kolonizowania Syberii przez system ulg i zachęt - począwszy od przewozu dobytku i zwolnień z podatków państwowych, skończywszy na przydziale sybirskiej ziemi pod osiedlenie. W taki sposób powstała w roku 1898 sybirska osada nazwana później Białymstokiem na pamiątkę miasta stron rodzinnych większości osiedleńców.

Osada się rozrastała i krzepła z roku na rok. Osiedleńcy od początku myśleli o kościele. Mimo wielkiej biedy w pierwszych latach ogromnym wysiłkiem wznieśli świątynię. To z kolei przyspieszyło rozbudowę wsi, bo Polacy z dala od stron rodzinnych zawsze szukali kościoła, możliwości wspólnej modlitwy, nade wszystko ochrzczenia dzieci i wychowania ich po katolicku. To pragnienie było tak silne, że jeden z pierwszych osadników Aleksander Jocz, gdy urodziła mu się Maria Magdalena, sprzedał krowę i rzeką Ob popłynął do Tomska, żeby ochrzcić córeczkę. Od roku 1908 Białystok miał swój kościółek.


Diabeł machnął ogonem

Nieszczęścia nadeszły wraz z rewoltą bolszewicką w Rosji. Bolszewizm zainstalował się na dobre na Syberii w roku 1920. W roku 1923 bolszewicy wygnali z Białegostoku proboszcza ks. Mikołaja Michasionka i zaczęli agitację antykatolicką. Wkrótce zamknęli też kościół, co było dla ludzi prawdziwym nieszczęściem i zapowiedzią jeszcze większych dramatów w kolejnych latach.

Do ściągnięcia dzwonu na ziemię za pomocą sznura bolszewicy użyli dzieci ze szkoły. To miała być "lekcja wychowawcza". Dzwon upadł na ziemię z głuchym jękiem, jakby sam Pan Bóg zapłakał, i rozbił się. To był zły znak. Potem łotry sprofanowały krzyż. Ostateczne rozgrabienie kościoła, zamienienie go na spichlerz na zboże, następnie na wiejski klub, nastąpiło później.

Potem przyszła przymusowa kolektywizacja. Dla ludzi wyrosłych z wielkiej biedy, spragnionych własnej ziemi i chudoby, kołchozy były przekleństwem. Białostocczanie opierali się kolektywizacji aż do roku 1935. Ponieważ agitacja i straszenie nie pomagały, do wsi przyjechało NKWD. Aresztowali 17 chłopów, oskarżyli o agitację antysowiecką i plany zabicia aktywistów partyjnych. Ośmiu postawiono przed sowieckim "sądem" i skazano na łagry. Tylko trzech wróciło do swoich, pozostali przepadli. Wkrótce w Białymstoku powstał kołchoz Czerwony Sztandar... Najgorsze jednak dopiero miało przyjść.


Wielki Terror

Zaledwie dwa dni po złowieszczym rozkazie Nikołaja Jeżowa, szefa NKWD, rozpoczynającego Operację Polską w całych Sowietach, 13 sierpnia 1937 roku do Białegostoku przybyło NKWD i aresztowało kilkunastu mężczyzn, wśród nich kierownika szkoły Piotra Czerwonego i weterynarza Feliksa Michnię. Enkawudziści powiedzieli, że to polscy kontrrewolucjoniści, członkowie POW, przygotowujący się do powstania przeciwko sowieckiej własti...

Zarzuty wobec weterynarza znane są Polakom nie tylko z Syberii i nie tylko ze Związku Sowieckiego. Miał to być, według NKWD, groźny sabotażysta, który świadomie rozprzestrzeniał chorobę kołchozowych koni i zarazę u świń...

Pod koniec lat 40. w Polsce UB oskarżył inżyniera Zielke, zarządcę majątku rolnego na Powiślu, o sabotaż. Podobno specjalnie źle zakopcował kartofle, żeby gniły, i osłabiał w ten sposób "nową rzeczywistość". Dostał za to karę śmierci! Podobnych przypadków było wtedy więcej. Nie do końca zdajemy sobie sprawę, że "polski" UB był delegaturą NKWD i przejął diabelskie metody wprost z Sowietów. Inżynier Zielke zginął oczywiście nie za kopce ziemniaczane, tylko za współpracę ze szwadronem mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki".

Metody "śledztwa" NKWD w sprawie aresztowanych białostocczan musiały być bardzo przekonujące, skoro niewinny weterynarz podpisał się pod napisanym mu zeznaniem, że właśnie szykował otrucie wszystkich koni kołchozowych, a kierownik szkoły przyznał się, że należał do POW i że wciągnął go do tej organizacji ks. Żukowski.

Mechanizm zawsze ten sam: jeśli jest ksiądz w pobliżu, trzeba go wciągnąć do sprawy jako "prowodyra". Takie i podobne szablony sowieckie obowiązywały w Polsce "ludowej" przez całe lata. W przypadku propagandy (np. antykościelnej) obowiązują w niektórych "mediach", zwłaszcza elektronicznych, do dziś...

Oskarżony Feliks Jocz miał rzekomo podpalić chlew kołchozowy. Tak napisano i on się pod tym musiał podpisać, mimo że w białostockim kołchozie chlewa nie było...

18 października 1937 roku dziewięciu aresztowanych białostocczan zostało skazanych na karę śmierci i wkrótce zamordowano ich w nieznanym miejscu. Włast´ sowiecka "rehabilitowała" ich w 1958 roku...

Trudno powstrzymać się przed refleksją, że sowieckie "rehabilitacje" wiele lat po dokonanych zbrodniach noszą znamiona zwykłej manipulacji ludźmi, a nie aktu sprawiedliwości. Dzieci białostocczan czekały na "rehabilitację" ojców przez 20 lat i więcej od dokonanych zbrodni, przez 7-10 lat od śmierci Stalina, przez kilka lat od referatu Chruszczowa potępiającego "kult jednostki".

A sam Chruszczow "odnowiciel" był w czasach Wielkiego Terroru członkiem Komitetu Centralnego WKP(b), w roku 1939 organizatorem represji na kresowych Polakach i ich sowietyzacji. Systemowi sowieckiemu potrzebne były "odwilże" i "rehabilitacje", by skuteczniej mamić ludzi.

Kolejne tygodnie i miesiące przynosiły ludziom z Białegostoku nowe tragedie rodzinne. Zbrodniarze z NKWD przyjeżdżali tu jeszcze wielokrotnie i scenariusz zawsze był ten sam: aresztowanie, zmyślanie zeznań o POW, całkowite nieliczenie się z jakimikolwiek realiami w tych "zeznaniach", bo bici okrutnie ludzie i tak musieli się pod wszystkim podpisać.


Requiescant in pace

Na początku lat 90. Wasyl Haniewicz - urodzony w syberyjskim Białymstoku w roku 1956, przewodniczący stowarzyszenia "Orzeł Biały" w Tomsku i członek stowarzyszenia Memoriał, wydał książkę "Białostocka tragedia". W roku 2008 - po przetłumaczeniu na język polski przez Adama Hlebowicza - wydało ją Bernardinum - wydawnictwo diecezji pelplińskiej.

Wasyl Haniewicz napisał, że ta książka jest "wyznaniem miłości do Polski i opowieścią o licznych prześladowaniach właśnie za tę miłość do Ojczyzny. To opisanie Polaków, którzy zrządzeniem losu znaleźli się daleko od swojego kraju, jednak nigdy o nim nie zapomnieli".

Haniewicz zamieszcza w swojej książce listę Polaków z Białegostoku - osób z jego rodziny, sąsiadów, bliskich, osób znanych we wsi i szanowanych przez współmieszkańców - "osądzonych" przez zbrodnicze "trojki", głównie za rzekomą przynależność do POW, i zamordowanych wkrótce po tych "wyrokach". Oto niektóre nazwiska z tej listy.

Antoni Artisz, lat 22, "osądzony" i zamordowany w nieznanym miejscu w 1937; Bolesław Artisz, lat 31, zamordowany w maju 1938; Jan Artisz, lat 33, i Józef Artisz, lat 35, zamordowani w maju 1938; Adam Arytmowicz, lat 26, zamordowany w maju 1938; Paweł Bach, lat 34, zamordowany w czerwcu 1938; Stanisław Bach, lat 38, zamordowany w maju 1938; Aleksy Bek, lat 54, nauczyciel rodem z Warszawy, zamordowany w styczniu 1938; Antoni Bielawski, lat 26, zamordowany w maju 1938; Wasyl Bielawski, lat 30, zamordowany w lutym 1938; Paweł Borysowiec, lat 26, zamordowany jako jeden z pierwszych w sierpniu 1938; Wincenty Bujewicz, lat 36, zamordowany w maju 1938; Włodzimierz Burzemowski, lat 32, zamordowany w sierpniu 1938; ks. Hieronim Cerpento, lat 60, zamordowany w styczniu 1938; Konstanty Chwalko, nauczyciel, lat 39, zamordowany w listopadzie 1937; Piotr Czerwony, lat 32, kierownik białostockiej szkoły, zamordowany w październiku 1937; Hipolit Haniewicz, lat 52, Kosma Haniewicz, lat 46, Wasyl Haniewicz, lat 31, zamordowani w maju 1938. I wielu, wielu innych - tylko z jednej, niedużej wsi.

"Na zawsze zapamiętałem - pisze Wasyl Haniewicz - słowa wydrapane na ścianie celi więziennej przez jednego z Polaków, tuż przed rozstrzelaniem: "Łatwo jest mówić o Polsce, trudniej dla niej pracować, ale najtrudniej - cierpieć i za nią umierać""...

Piotr Szubarczyk, Oddział IPN Gdańsk

Nasz Dziennik