logo
logo

Zdjęcie: arch./ -

Na moskiewskim żołdzie

Wtorek, 18 marca 2014 (02:04)

Szerszeń i Niedzielin, funkcjonariusze Informacji Wojskowej, nazywanej we wspomnieniach więźniów „UB do kwadratu”, uczestniczyli w tzw. sprawie komandorów, czyli śledztwie i oskarżeniu trzech wybitnych oficerów Marynarki Wojennej, bohaterów obrony Wybrzeża w roku 1939, zamordowanych w grudniu 1952 r. w piwnicy więzienia mokotowskiego. Przeżyli wojnę w niemieckim oflagu. Nie przeżyli Polski sowieckiej w jej najgorszym, stalinowskim wydaniu: kmdr Stanisław Mieszkowski (zm. 16 XII 1952), kmdr Jerzy Staniewicz (zm. 12 XII 1952), kmdr Zbigniew Przybyszewski (zm. 16 XII 1952).

Jerzy (Jurij) Szerszeń, urodzony w roku 1919, pochodził z miasta Brody w województwie lwowskim. Jego ojciec był maszynistą kolejowym, pracował w PKP, matka była bez zawodu.

Pod sowiecką okupacją pracował jako operator dźwigu na stacji kolejowej w Złoczowie. 15 marca 1941 r. został wcielony do Armii Czerwonej, gdzie służył do 3 czerwca 1943 roku. Musiał wykazywać znaczną gorliwość w tej służbie, ukończył bowiem Szkołę Młodszych Lejtnantów Inżynieryjno-Saperskich w Moskwie. Pasjonował się najwidoczniej nie tylko robotami saperskimi, skoro zainteresowało się nim NKWD.

Sowieci szukali ludzi sobie oddanych, którzy mieli polskie korzenie. Chodziło o to, by podczas nowej okupacji Polski mieć do dyspozycji sowieciarzy mówiących po polsku i stwarzających wrażenie, że to, co robią, jest w interesie Polski. Wywiad AK nazwał dosadnie takich ludzi POP-ami, to znaczy pełniącymi obowiązki Polaków.

Ubowiec „do kwadratu”

Szerszeń został skierowany do wojska „ludowego”. Był dowódcą plutonu w 1. Samodzielnym Batalionie Saperów – w 1. Warszawskiej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Koś- ciuszki. Prawdopodobnie saper Szerszeń od początku sposobił się do robót zgoła niesaperskich, za to wymagających pełnej lojalności wobec Związku Sowieckiego, przygotowującego się do okupacji całej Polski. Już w momencie powstawania 1. Dywizji Piechoty wojska „ludowego” tworzono w niej organa złowieszczej Informacji Wojskowej, kontrolowane i kierowane przez sowiecki kontrwywiad wojskowy Smiersz (rosyjski skrótowiec od wyrażenia „śmierć szpionom”).

Formalnie pracę w Głównym Zarządzie Informacji wojska „ludowego” rozpoczął Szerszeń w sierpniu 1947 r., pozostając tam aż do 6 września 1956 roku. Był zastępcą szefa Zarządu Informacji Okręgu Pomorskiego (listopad 1947 – czerwiec 1949), szefem Zarządu Informacji Okręgu Pomorskiego (maj 1948 – maj 1949), szefem Zarządu Informacji Lotnictwa (maj 1949 – lipiec 1949), szefem Zarządu Informacji Warszawskiego Okręgu Wojskowego (lipiec 1949 – sierpień 1951), szefem Zarządu Marynarki Wojennej (Okręgowy Zarząd Informacji Nr 8 w Gdyni, lipiec 1951 – maj 1954), szefem Oddziału I Głównego Zarządu Informacji (od maja 1954 r. do zniesienia GZI). 2 sierpnia 1967 r. został przeniesiony do rezerwy.

Komandor Edward Obertyński tak opisywał po latach Szerszenia: „Kierownikiem Wydziału Informacji Okręgowej był płk Jerzy Szerszeń, z pochodzenia Żyd. Będąc człowiekiem porywczym i ’pasjonatem’, lubił popisywać się przed oskarżonymi Jerzy (Jurij) Szerszeń jako ’pałkownik’ wojska ’ludowego’ swoją władzą. Podejrzliwy i nieufny, umiał podejść przesłuchiwanego zaskakującymi pytaniami, choć rzadko włączał się osobiście do przesłuchań. Nadzorował je jednak i wydawał ’wskazówki’, ukierunkowujące odpowiednie ’metody śledcze’. Po zwolnieniu z Marynarki pracował przez krótki czas w Krakowie, gdzie poza pracą zawodową był szefem organizacji syjonistycznej”.

Jako szef gdyńskiego OZI Nr 8 Szerszeń nadzorował wszystkie okrutne śledztwa, które prowadziła ta jednostka. Jego ofiarami – poza wymienionymi trzema komandorami, byli także m.in. kmdr Marian Wojcieszek, kmdr ppor. Zbigniew Węglarz, kmdr por. Wacław Krzywiec, kmdr Grzegorz Jung, kpt. mar. Henryk Siedlecki, st. bosman Józef Pawlik, st. bosman Bernard Palacz, bosman Edmund Sterna (prawdopodobnie podczas egzekucji 21 listopada 1952 r. Szerszeń osobiście go zabił), bosmanmat Stefan Półrul (skazany na śmierć i stracony), Henryk Haponiuk, Bolesław Tarnowski, Jan Chołuj, Tadeusz Rakowski, por. Arkadiusz Ignatowicz i marynarze ORP „Żuraw”. Ze względu na „metody śledcze” gdyńskiej Informacji Wojskowej, nazwiska Szerszenia, Niedzielina i innych funkcjonariuszy tej jednostki stały się na Wybrzeżu symbolami sowieckiego okrucieństwa w powojennej Polsce.

Wojsko „polskie” dbało zawsze o zasłużonych towarzyszy – oprawców polskich patriotów. W roku 1963 Szerszeń został skierowany na Wyższy Kurs Akademicki Wojskowej Akademii Logistyki i Transportu w Leningradzie. Jak wynika z dokumentów, zakończył go z wynikiem celującym. Dyplom podpisał gienierał pałkownik Milovskij.

 

Towarzysz Niedzielin

W świetle wspomnień więźniów politycznych, przesłuchiwanych przez gdyński OZI Nr 8, był to jeden z najokrutniejszych „śledczych”. Osobiście uczestniczył w „śledztwach” przeciwko trzem straconym w więzieniu mokotowskim komandorom oraz innym oficerom i marynarzom.

Eugeniusz Niedzielin urodził się 21 sierpnia 1916 r. w Kolonii Izaaka, w gminie Odelsk, w powiecie Sokółka (Białostockie). Fatalny wpływ na syna miał jego ojciec Włodzimierz czy raczej Władymir, który był w latach 1929-1938 członkiem nielegalnej, agenturalnej KPP. Od roku 1945 członek Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików)! Niedaleko padło jabłko od jabłoni.

Niedzielin służył w 2. armii wojska „ludowego”, w artylerii. W październiku 1944 r. został skierowany do Wyższej Szkoły Artylerii w Leningradzie. To „skierowanie” miało zapewne związek z „tradycjami” rodzinnymi, uznano go za człowieka godnego zaufania władzy sowieckiej.

Po powrocie do Polski pełnił obowiązki dowódcy II Dywizjonu 35. Pułku Artylerii Lekkiej 13. Dywizji Piechoty w 2. armii wojska „ludowego”. Po rozwiązaniu pułku w styczniu 1946 r. został przeniesiony do służby w Głównym Zarządzie Informacji wojska „ludowego”. Tam „pracował” aż do lutego 1954 roku.

Henryk Haponiuk, marynarz, bliski przyjaciel skazanego na śmierć i zamordowanego marynarza Stefana Półrula, członka Polskiej Organizacji Podziemnej „Wolność”, tak wspominał „śledztwo” kierowane przez Niedzielina: „W dzień w celi nie dali spać, musiałem stać. Jak omdlałem i przewróciłem się, to mnie wodą polewali i ciągali za nogi do piwnicy (…). Odmawiałem podpisu i nie przyznawałem się do zarzutów. Każda odmowa to było bicie, kopanie, wyzywanie całej mojej rodziny od najgorszych bandytów. Byłem u kresu sił. Przyszedł na śledztwo Niedzielin, z gotowym protokołem do podpisu. Byłem tak wymęczony, że w celi brudy na ścianach i na suficie wydawały mi się malowidłami wybitnych malarzy… Prosiłem Pana Boga, żeby dał mi siłę wytrzymać tortury i zmęczenie. Niedzielin polecił zabrać mnie do ’nagrzewania’. Na korytarzu była kabina. Na ścianie, w jednym rzędzie poziomo, wmontowane były trzy lampy 500 W. Wprowadzono mnie i zapalono żarówki koloru czerwonego, zielonego i białego. Dostałem tak silnego bólu głowy, jakby wbijano mi szpilki w oczy i twarz. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieję. Oprzytomniałem w celi, po jakimś czasie. Od tej pory nie wiedziałem, czy to dzień, czy noc”.

Krzysztof Dziadziuszko, historyk

Aktualizacja 18 marca 2014 (09:18)

Nasz Dziennik