logo
logo

Zdjęcie: Graf. A.Witkowska/ Nasz Dziennik

Zdradzeni o świcie

Sobota, 12 kwietnia 2014 (02:16)

Aktualizacja: 12 kwietnia 2014 (09:57)

Słyszymy dziś często, że jeśli tragedia z 10 kwietnia 2010 r. nie zostanie wyjaśniona już teraz, to będziemy czekali na prawdę o Smoleńsku przez 70 lat – tak jak na prawdę o zbrodni katyńskiej.

Rzeczywiście, czekaliśmy wiele lat, by wysoki przedstawiciel Rosji – prawnej następczyni Związku Sowieckiego – powiedział w końcu, że Las Katyński, Smoleńsk, Charków, Twer i więzienia na Kresach to była zbrodnia sowiecka – dokonana na rozkaz Stalina i kilku innych wysokich funkcjonariuszy państwa sowieckiego, wydany 5 marca 1940 roku. Nie znaczy to jednak, że po tych prawie 70 latach doczekaliśmy się prawdy!

O tym, że naszych jeńców wojennych i więźniów z kresowych więzień na „zachodniej Białorusi” i „zachodniej Ukrainie” zamordowało NKWD, wiedzieliśmy przecież już od kwietnia 1943 roku. O tym, że nie mogłoby tego zrobić bez zgody Stalina i jego kamratów z Politbiura KPZS, też wiedział każdy, kto miał jakiekolwiek pojęcie o podstawowych mechanizmach władzy w Sowietach. Prezydent Borys Jelcyn nie wyjawił nam więc żadnej nowej prawdy, to był tylko gest. Potrzebny, obiecujący, ale tylko gest. Za gestem nie poszły czyny, bo przecież nie mamy do dziś pełnego dostępu do akt rosyjskiego śledztwa.

Nie znamy pełnej listy zamordowanych w ramach tej nieludzkiej operacji. Przyjmujemy, że było ich 21 857 – co wynika z notatki szefa KGB Andrieja Szelepina z roku 1959. Ale w katyńskim sanktuarium – katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie na Długiej – nie ma nawet 18 tysięcy tabliczek, mimo wprowadzenia danych z tzw. Ukraińskiej Listy Katyńskiej. Jeszcze kilka tysięcy czeka, by ich „zawołać po imieniu”.

Nie wiemy, gdzie są akta osobiste zamordowanych. Trudno uwierzyć, że je zniszczono, gdy się zna sowiecką dokładność i zapobiegliwość w dokumentowaniu wszystkiego, co wkrótce może się przydać policji politycznej.

Nie wiemy, jaki jest związek między zbrodnią katyńską a niemiecką operacją AB na terenie tzw. Generalnego Gubernatorstwa. A chyba jest, skoro jedni i drudzy mordowali polską inteligencję w tym samym czasie i niemal dokładnie tak samo. Czy Katyń nie wynika z zapisu w tajnym protokole niemiecko-sowieckim z 28 września 1939 r., coraz częściej nazywanym „drugim paktem Ribbentrop-Mołotow”, gdzie jest mowa o „zapobieganiu polskiej propagandzie”?

Nie wiemy, jakie były mechanizmy zmowy pojałtańskiej w sprawie Katynia. Niewątpliwie taka zmowa była, skoro „wolny świat” wspierał Sowiety w kłamstwie. Nie zdefiniowaliśmy do dziś pojęcia kłamstwa katyńskiego, choć jest ono jawnym wystąpieniem przeciwko Polsce!

Nie mówimy o zbrodni katyńskiej jednym polskim głosem. To jest ze wszystkiego najsmutniejsze. Są tacy – nawet w Federacji Rodzin Katyńskich! – którzy upominanie się o uznanie tej zbrodni za akt ludobójstwa uważają za „niepotrzebne”, a nawet „szkodliwe”. W roku 2014!

W sprawie zbrodni katyńskiej obowiązuje nas testament charyzmatycznego prezesa IPN Janusza Kurtyki – którego śmierć w Smoleńsku łączy tragedię sprzed 74 lat z tragedią sprzed 4 lat. We wprowadzeniu do ostatniej za jego życia publikacji katyńskiej IPN („Zbrodnia Katyńska. W kręgu prawdy i kłamstwa”, red. S. Kalbarczyk, Warszawa 2010) napisał:

„Nie ma wątpliwości, że Zbrodnia Katyńska stanowi zbrodnię ludobójstwa, której istota polega na podejmowaniu działań, zmierzających do wyniszczenia grup ludności z powodu odrębności narodowej, etnicznej, politycznej, wyznaniowej lub światopoglądowej (…).

Z punktu widzenia interesów Państwa Polskiego, jego obywateli – będących sukcesorami ofiar Zbrodni – oraz z uwagi na obowiązki ustawowe prokuratorów IPN, wreszcie na potrzeby zachowania dobra wymiaru sprawiedliwości – kontynuowanie śledztwa katyńskiego w warunkach dotychczas przyjętych jest ze wszech miar uzasadnione.

Hipotetyczna rezygnacja przez stronę polską z klasyfikacji tej zbrodni jako ludobójstwa (pomijając nawet już zaistniałe uwarunkowania prawne polskiego śledztwa) oznaczałaby przyjęcie rosyjskiego punktu widzenia w niezwykle ważnym dla świadomości społecznej polsko-rosyjskim sporze o ocenę historii i miałaby niezwykły rezonans społeczny”.

„Zbrodnia Katyńska jest nadal jednym z kluczowych punktów współczesnej polskiej tożsamości historycznej” – pisał dalej prezes Kurtyka. „Pamięć o niej w czasach dyktatury komunistycznej pomagała tę tożsamość podtrzymywać przeciwko wszechobecnemu kłamstwu. Pamięć o niej obecnie służy budowaniu społecznego przekonania, iż służba Ojczyźnie ma niekiedy swoją wielką cenę, zaś obowiązkiem państwa jest pamiętać o tych, którzy w imię tej służby oddali życie”.

Niech zamilkną ci wszyscy, którym się wydaje, że mają moc bezwarunkowego przebaczania „w imieniu tych, których zdradzono o świcie”. Nie mają takiej mocy. Nie ma też mocy demiurga historii pan Dmitrij Miedwiediew, który w maju 2010 r. powiedział ówczesnemu marszałkowi Sejmu RP Bronisławowi Komorowskiemu, że „ubolewa” nad Katyniem i „innymi wydarzeniami, poprzedzającymi wybuch wojny światowej”! Nie, proszę pana. Ta wojna nie zaczęła się w czerwcu 1941 roku! Tę wojnę zapoczątkował tajny pakt sowiecko-niemiecki z 23 sierpnia 1939 roku. Zbrodnia katyńska jest więc aktem ludobójstwa i zbrodnią wojenną. Odrzucenie tej podstawowej prawdy jest szczególnie zuchwałą formą kłamstwa katyńskiego.

Piotr Szubarczyk

Nasz Dziennik