Ufał gwarancjom Zachodu i miał nadzieję, że alianckie obietnice wskrzeszenia Polski zostaną wypełnione. Trzeba było dopiero brytyjskich nacisków, by nie wyprowadzał polskich tułaczy-łagierników z Sowietów, decyzji jałtańskich i podłych słów Churchilla, rzuconych mu w twarz w 1945 roku: „Waszej pomocy nie potrzebujemy!”, by generał Władysław Anders pojął to, co i dziś ma dla nas wagę pierwszorzędną: Europa nigdy nie stanie w obronie polskiej suwerenności, jeżeli napastnikiem będzie Rosja.
Władysław Anders, potomek niemieckiej rodziny osiadłej w Polsce w czasach saskich, walczył podczas I wojny światowej jako oficer w armii carskiej, a po powrocie do odrodzonej Rzeczypospolitej wstąpił do Wojska Polskiego. Wspomnienia jego córki, Anny Anders-Nowakowskiej, dają obraz życia typowy dla rodzin oficerskich: dbał o tężyznę fizyczną dzieci („Między dwoma pokojami w naszych domach były zawsze wmontowane różne przyrządy gimnastyczne i gimnastykowaliśmy się solidnie”) i uczył je prawości. Tam, gdzie wysłano go na służbę, w Równem na Wołyniu, Białokrynicy koło Krzemieńca, Brodach pod Lwowem, w końcu w Baranowiczach, Andersowie prowadzili dom otwarty dla rodzin innych oficerów oraz ziemiaństwa. Anna, nazywana w rodzinie Haniś, pamięta sielankową atmosferę: „Nadchodziło Boże Narodzenie, na które zjeżdżali się zwykle moi stryjowie. Każdego roku w przyległym do jadalni pokoju stała sięgająca sufitu choinka, którą w tajemnicy przed nami rodzice dekorowali sami”. Którejś Wigilii czekała ją niespodzianka: „Pod choinką stał żywy koń – kucyk bułanej maści, udekorowany różnymi świecidełkami”. Zaczęły się wspólne jazdy z ojcem, skoki przez niewielkie przeszkody. „Konie rosły wraz ze mną, a spacery z Ojcem, które uwielbiałam, stawały się coraz częstsze” – wspominała.
Anders, urodzony kawalerzysta, przewodził w 1925 roku polskiej ekipie, która zdobyła na zawodach w Nicei zespołowy Puchar Narodów. Jego żona, Irena z Jordan-Krąkowskich, skupiła swoje życie na Władysławie. „To był nie tylko jej mężczyzna, dużo więcej, to był jej człowiek […], kochała go i, co chyba jeszcze ważniejsze, wierzyła w niego bez reszty” – pisała córka. Irenie Andersowej starczało czasu również na pracę społeczną.
Zdeptany medalik na Łubiance
Spokojne życie przerwał rozkaz mobilizacyjny w marcu 1939 roku. W powietrzu pachniało wojną. Dzieci Andersów były już dorosłe, córka wyszła za mąż. Epopeja wrześniowa zawiodła Hanisię w przebraniu ułańskim u boku męża na wschód, ojciec, przedzierając się ku granicy węgierskiej, został ciężko ranny w okolicach Sambora. Swoich żołnierzy wysłał w dalszą drogę. Nie chciał opóźniać marszu. Zostało z nim dwóch ludzi, wokół roiło się od sowieckich oddziałów i band ukraińskich. Nie zdołał ujść – pojmany 29 września, przewożony ze szpitala do szpitala, nie zgodził się na współpracę z okupantem.
Rodzina Andersów odnalazła się dopiero we Lwowie, przy strzeżonym przez NKWD łóżku szpitalnym generała. Wtedy namówił dzieci oraz zięcia, by uciekali pod okupację niemiecką, ale żona zdecydowała, że zostaje.
We dwójkę przeszli drogę nadziei na wydostanie się z sowieckiego piekła, gdy pojawiła się szansa na przekazanie rannych Niemcom. Załadowani do przemyskiego pociągu, gdzie mieli przejść granicę pod niemiecką okupację, zostali zawróceni do Lwowa. W siedzibie NKWD Irenie powiedziano, że „mąż musi na razie pozostać”. „Wpuszczono mnie do dużego gabinetu, w którym za biurkiem siedział oficer NKWD, a na wprost niego blady, wyczerpany, z podkrążonymi oczyma i ruszającymi się szczękami z hamowanej pasji Władek. Zobaczyłam go dopiero jesienią 1945 roku, kiedy przyjechałam do Ankony we Włoszech” – zapisała w notatkach opublikowanych przez córkę.
Rozpoczęła wędrówki po więzieniach. „Kiedy podawałam moją paczkę i słyszałam twardo wypowiedziane słowa ’Takowo niet’, robiło mi się słabo, z trudem wracałam do domu”. Tymczasem więziony w Brygidkach Anders przeżywał gehennę. „Kiedy szedłem z trudem po schodach, zostałem umyślnie potrącony. Nie mogąc się utrzymać na kulach, spadłem w dół – pisał we wspomnieniach ”Bez ostatniego rozdziału„. – Powtarzało się to na każdym piętrze. Cudem nie połamałem rąk i nóg. Wreszcie wepchnięto mnie do małego pokoiku z zakratowanym oknem, bez szyb. Miałem na sobie tylko cienki drelich. Mróz przekraczał 30 st. C. Wstawiono mi jeden kubeł z wodą, która natychmiast zamarzła. Po sześciu tygodniach zjawił się oficer śledczy. Pokazałem odmrożone, zaropiałe policzki, ręce, nogi”. Znów chcieli, by wstąpił do Armii Czerwonej, i znów odmówił.
Gdy wywieziono go na Łubiankę w lutym 1940 roku, żonie nie pozwolono jechać za nim – przeszła więc linię graniczną z Generalnym Gubernatorstwem.
Pobyt generała na Łubiance zaczął się od rewizji. „W pewnej chwili znajdują medalik z Matką Boską – wspominał. – Zbierają się w kilkunastu nad medalikiem. Śmiech grubiański i ’no, zobaczymy, czy ci ta k… pomoże w sowieckim więzieniu’. Medalik rzucony na ziemię zdeptany nogą. Później w więzieniu często śnił mi się ten medalik. Im więcej słyszałem wokół siebie śmiechu bezbożników, tym głębiej utrwalała się wiara w Boga. (…) Z więźniami nie można się było w ogóle porozumieć. Niektórzy z młodego pokolenia nigdy w życiu nie słyszeli słowa Jezus Chrystus”.
Defilada łagierników
Uwolniony w sierpniu 1941 roku po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej i po podpisaniu układu Sikorski-Majski przewidującego „amnestię” dla więzionych Polaków oraz utworzenie z nich wojska w ZSRS, został 4 sierpnia 1941 roku zwierzchnikiem tych sił. „Na razie byłem sam jeden, dowódca bez armii, stopniowo jednak zaczęli wychodzić z więzień koledzy – wspominał. – Chodziło mi przede wszystkim o to, by jak najszybciej rozpocząć tworzenie wojska i wydostać jak najwięcej ludzi z więzień i obozów”. Otrzymał wówczas od brata Tadeusza z Anglii pierwszą wiadomość o żonie. „(…) moja sercem i duszą najbliższa mi istota Rena, moja Rena, jest z dziećmi – odpisał we wrześniu. – Rena jest dla mnie kimś niezmiernie drogim, jak nie może być nawet żona i najlepszy przyjaciel”.
Stał się wodzem tysięcy wygłodzonych i wynędzniałych ludzi, którzy z całych Sowietów ciągnęli do formowanego przezeń wojska, do Buzułuku w rejonie oranienburskim na południu Rosji.
W Tockoje, gdzie powstawała 6. Dywizja Piechoty, spotkał swoich przyszłych żołnierzy: „Ogromna część bez butów i bez koszul. Wszyscy w łachmanach, częściowo w strzępach starych mundurów polskich, wychudli jak szkielety – wspominał. – Większość pokryta wrzodami wskutek awitaminozy. Ale, ku zdumieniu towarzyszących mi bolszewików wszyscy byli ogoleni. I cóż za wspaniała żołnierska postawa. Serce mi się ścisnęło, gdy patrzyłem na tych nędzarzy, i zapytywałem się w duchu, czy uda się z nich jeszcze zrobić wojsko (…). Odpowiedź zjawiła się natychmiast; dość było popatrzeć w te błyszczące oczy, z których wyzierała wola i wiara. (…) Pierwszy i daj Boże ostatni raz w życiu przyjąłem defiladę żołnierzy bez butów. Uparli się, że chcą maszerować. Chcą pokazać bolszewikom, że bosymi, poranionymi nogami potrafią na piasku wybić takt wojskowy, jako początek swego marszu do Polski”.
Załatwiał setki spraw. Wciąż brakowało oficerów, przedstawiał więc sowieckim oficjelom listy zaginionych z Ostaszkowa, Kozielska i Starobielska – na darmo. W punktach zbiorczych panowały ciężkie warunki: „Ludzie nieraz zamarzali w namiotach, brakowało najbardziej prymitywnych urządzeń” – wspominał. Starał się o przeniesienie armii w cieplejsze strony, na południe. Ponieważ wciąż napływali ludzie, skąpe żołnierskie racje żywnościowe trzeba było dzielić między wszystkich. Sowieci nie chcieli ich zwiększyć, a przecież pochodziły z zachodnich dostaw.
Kiedy w lutym 1942 roku Stalin zażądał od Andersa, by skierował na front niegotową jeszcze do walki dywizję piechoty, spotkał się ze stanowczą odmową. Generał przekonywał zarówno polski Londyn, jak i Stalina, że wojsko w takiej kondycji nie nadaje się do wysłania na front. Nie godził się na użycie pojedynczych jednostek przeciw Niemcom – chciał, by do boju poszli wszyscy razem, pod polskim sztandarem, a nie rozpłynęli się w sowieckiej masie.
Otrzymawszy po wielu zabiegach zgodę Stalina na ewakuację części ludzi przez Morze Kaspijskie do Iranu, okupowanego przez Brytyjczyków i Sowietów, rozpoczął ją w marcu 1942 roku. Wtedy odezwali się Brytyjczycy, żądając „bezwzględnego wstrzymania” wysyłania rodzin wojskowych. A przecież Andersowi z trudem udało się przekonać władze sowieckie, by do transportów dołączać cywilów, w tym kobiety i dzieci. „Było to jakieś potworne nieporozumienie, wynikłe z zupełnego niezrozumienia rzeczywistości sowieckiej – wspominał. – Transporty odchodzą z regularnością co do minuty. Ewakuacja ma być dokonana w ciągu tygodnia. Kto nie wyjedzie w tym czasie, traci bezpowrotnie nadzieję na wydostanie się z Rosji sowieckiej. Mam czekać na ewentualne uzyskanie zgody władz brytyjskich! Albo ratuję ludność cywilną, albo pozostawiam ją swojemu losowi. Biorę całkowitą odpowiedzialność. Nie cofam wydanych rozkazów”. Uszło około 40 tys. ludzi.
Latem 1942 roku, kiedy uwagę Sowietów zaprzątała dramatyczna sytuacja pod Stalingradem, Anders dostał wreszcie zgodę generalissimusa na wyprowadzenie pozostałej części armii. Nie zważając na uchwałę rządu RP w Londynie mówiącą, że „Wojsko Polskie w Rosji winno tam zostać i bić się razem z Armią Sowiecką”, dał rozkaz ewakuacji. Uważał, że z Moskwą można rozmawiać tylko siłą i tworzyć fakty dokonane „Nieludzką ziemię” opuściło w marcu i sierpniu 1942 roku ponad 116 tys. Polaków, w tym ponad 78 tys. żołnierzy.
Do Polski coraz dalej
Potem była ciężka praca nad sformowaniem w 1943 roku 2. Korpusu Polskiego w północnym Iraku; przegrupowanie do Palestyny; wymarsz do Egiptu, gdzie żołnierze zostali należycie uzbrojeni. Tam usłyszeli o odkryciu grobów w Katyniu. Aż wreszcie nadszedł grudzień 1943 roku i transport wojska przez Morze Śródziemne na południe Włoch, do Tarentu.
Zaczęła się kampania włoska. W lutym 1944 roku spadł nowy cios. Churchill w parlamencie podkreślił, że alianci nigdy nie gwarantowali wschodniej granicy Polski. A tymczasem żołnierze polscy krwawili u boku aliantów… Anders miał nadzieję, że polityka Wielkiej Brytanii z czasem ulegnie zmianie. Nie znał ustaleń z Teheranu z grudnia 1943 roku, podczas których Roosevelt i Churchill dali Stalinowi zgodę na zagarnięcie połowy kraju.
W maju 1944 roku, przed bitwą o Monte Cassino, generał rozważał sens wysłania do tego piekła swoich żołnierzy. Zdecydował się, bo wierzył, że otwierając drogę na Rzym, zdobędzie kolejny atut w nadciągającej rozgrywce o podział powojennej Europy. Potem poprowadził żołnierzy na Ankonę i dalej na północ, w Apeniny.
Kiedy w lutym 1945 roku do Polaków dotarła wieść o zdradzie jałtańskiej, wielu żołnierzy chciało rzucić broń. Anders poprosił wtedy brytyjskich przełożonych o wycofanie Korpusu z walk. „Nie mam sumienia żądać w obecnej chwili od żołnierza ofiary krwi” – napisał. Pamiętał, jak pół roku wcześniej Churchill zapewniał go: „Musicie mieć do nas zaufanie, nie opuścimy was i Polska będzie szczęśliwa”. Pojechał więc do niego 21 lutego 1945 roku i powiedział: „Na takie załatwienie sprawy naród polski nie zasłużył”. I wtedy usłyszał: „Sami jesteście sobie winni. Od dawna namawiałem was do załatwienia sprawy granic z Rosją sowiecką i oddania jej ziem na wschód od linii Curzona. Mamy dzisiaj dosyć wojska i waszej pomocy nie potrzebujemy! Może pan swoje dywizje zabrać! Obejdziemy się bez nich!”. Brytyjskie dowództwo potrzebowało jednak 2. Korpusu w ciężkich walkach na froncie włoskim.
Ciosy spadały jeden po drugim. Już po kapitulacji Niemiec, 5 lipca 1945 roku, Brytyjczycy i Amerykanie wycofali poparcie dla Rządu RP na Uchodźstwie, uznając komunistyczny Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej.
Jesienią 1945 roku dotarła przez zieloną granicę do Włoch rodzina generała Andersa z Polski. „Wielokrotnie zastanawiałam się, jak odbędzie się spotkanie rodziców po tak długiej przerwie – wspominała córka Anna. – Czy będzie tak, jak dawniej, blisko, ciepło i serdecznie? Niestety, wkrótce przekonaliśmy się, że nie jest tak dobrze, bo w życiu Ojca zjawiła się inna młodsza kobieta”. Z niezwykłym taktem potraktowała w swoich zapiskach drugi związek ojca.
2. Korpus we Włoszech roztoczył opiekę nad całym wychodźstwem. Armia powoli przekształcała się w polskie państwo na wygnaniu, które trwało jeszcze przez pół wieku w Londynie. Generał odszedł w rocznicę bitwy o Monte Cassino, w 1970 roku, i został pochowany na tamtejszym cmentarzu.
Anders oburzał się na Jałtę; jak policzek odebrał pominięcie jego żołnierzy w paradzie zwycięstwa w Londynie. Jakkolwiek źle to zabrzmi, napisać jednak trzeba: tamten Zachód popełniał grzechy wielkie, ale nie nowe. Zdradzano wszak sprzymierzeńców i wcześniej, łamano przymierza, mordowano bezbronnych. Przyzwoici ludzie wiedzieli jednak, że dzieje się zło. Od śmierci Andersa minęły dopiero 44 lata – niewiele, ale w historii współczesnej to cała epoka, czas obalania podstawowych wartości. Dziś miarą „europejskości” nie jest ani honor, ani prawość, ani odwaga. A nad Polską znów zbierają się chmury. Czy będzie komu dopisać „ostatni rozdział”, którego Anders nie doczekał?

