logo
logo

Zdjęcie: M. Marek/ Nasz Dziennik

Agresja jak bolszewicka

Czwartek, 3 lipca 2014 (02:03)

W tej sprawie nie można stać z boku

 

Piknik to „popularna głównie w Stanach Zjednoczonych forma wypoczynku w postaci posiłku spożywanego na świeżym powietrzu na wcześniej rozłożonym kocu” – tyle Wikipedia, najpopularniejsza i najprostsza encyklopedia internetowa. Golgota (Miejsce Czaszki) – wzgórze w okolicy Jerozolimy, na którym po męce Drogi Krzyżowej został ukrzyżowany Chrystus. Również politycy z rządzącej partii powinni kiedyś o tym słyszeć – niejeden z nich uczestniczył w lekcjach religii w szkole podstawowej. Pełny szyderstwa tytuł „Golgota Picnic” niczym jednak nie zaniepokoił nowej minister kultury, tym bardziej że treść pornosatanistycznych, homoseksualnych scen kryjących się pod dwuznacznym tytułem była ogólnie znana. Obsceniczne zdjęcia ze „sztuki” krążyły w internecie. Wystarczyło sprawdzić; internet to niedrogie obecnie medium.

Nie trzeba tarzać się w łajnie, by stwierdzić, że cuchnie

Choć wokół prowokacji wciąż przewijają się nowe bulwersujące fakty, zwróćmy szczególnie uwagę na wypowiedź zdradzającą znamienny tok myślenia, obecny w podobnych sytuacjach. Pani minister Małgorzata Omilanowska stwierdziła, że „ministerstwo kultury na etapie finansowania nie wnika w szczegóły założonych projektów, a ocena, czy dzieło Rodrigo Garcia będzie obrażało uczucia katolików, jest możliwa tylko po obejrzeniu tego spektaklu”. Wypowiedź oryginalna czy bezmyślnie powtarzany slogan? Wytarty chwyt manipulatorski „najpierw muszę obejrzeć, aby ocenić” od wielu lat pojawia się przy okazji emisji bluźnierczych filmów czy pseudospektakli. Frazes wypowiadany przed kamerami swoją „przemyślną logiką” ma podważać zasadność protestów podjętych na czas. Odkrywa bezrefleksyjność osób, które go powtarzają, oraz cynizm jego autorów. Głupiec musi się najpierw sparzyć, aby sprawdzić, że ogień jest gorący.

A jednak „nie trzeba tarzać się w łajnie, aby stwierdzić, że cuchnie”, jak powiedziała jedna z protestujących. Sugerowanie przez ateistyczną gazetę, która kiedyś podszywała się pod środowisko „Solidarności”, że w „sztuce” tej można dopatrzyć się „głębi” (sic!) lub że spektakl niesie „głębokie przesłanie etyczne” (jak powiedziała jedna z organizatorek) (!), obnaża fałsz i obłudę w kontekście innych wypowiedzi środowisk ateistycznych broniących tej prowokacji. Udający Greka ateistyczni prowokatorzy doskonale wiedzą, o co im naprawdę chodzi.

Wulgaryzmy pod ochroną policji

Trudno wymagać wrażliwości moralnej od polityków komunikujących się rynsztokowym językiem, jak utrwaliły to szokujące „taśmy”. Niewiele spodziewać się można po biznesmenach dekonstruujących polskie państwo niczym hieny podczas spotkań w cmentarnych zakamarkach. Najwyraźniej mentalność urzędników ministerstwa kultury, formalnie odpowiedzialnego za jej promocję, nie odbiega od średniej zaprezentowanej przez kolegów. Żenujące „przedstawienia” pod auspicjami ministra kultury, ordynarne wybryki w ramach „instalacji” profanującej krzyż w Centrum Sztuki Współczesnej nie są lepsze od zachowań i słownictwa polityków, nawet jeśli w odróżnieniu od tych ostatnich określone zostały „sztuką”. Promowanie zła, pornografii, bluźnierstw w ramach „kultury” stanowi jeszcze większą deprawację.

Szkoda, że policja w odpowiedni sposób nie zareagowała, gdy z głośników podczas „odczytu” na placu Defilad padły najgorsze wulgaryzmy (ch…, kut…). Na prośbę ochroniarza próbowała interweniować jedynie przeciwko osobie, która w tej chwili odłączyła głośnik. W obstawie służb porządkowych w miejscu publicznym bezkarnie epatowano językiem kryminalistów i nikt już nie może twierdzić, że sam odczyt scenariusza, nawet bez ekspozycji pornograficznych scen „sztuki”, nie zawierał treści gorszących. To kolejny dowód kompromitujący ministerstwo kultury wspierające ordynarną prowokację centrów antyewangelizacji (por. określenie św. Jana Pawła II).

Zasłona dymna dla afer rządu

Bluźniercze ekscesy są bardzo na rękę środowiskom Platformy, gdyż odwracają uwagę od kompromitujących afer z udziałem sfer rządzących. Czego nie wykorzystają one dla pijaru? Opłaceni mierni „pseudoaktorzy” odstawiają bluźniercze „odczyty” przy zachętach wiadomej gazety. Klasyka, nic nowego – metody bolszewików i masonerii aranżującej „kawiarniane” dyskusje i przemowy przeciwko wierze, nieco później przymusowe pogadanki ideologiczne, a potem od idei przechodząc do czynów… Sowiecki „Związek Wojujących Bezbożników” ma swoich następców. Trzyma się mocno w redakcji gazety z czerwoną szturmówką. Kolejne pokolenia stalinowców, drugie i trzecie, myślą podobnie.

To wprawdzie pytanie retoryczne, ale czy ktokolwiek z PO przy umywaniu rąk przez PSL odważyłby się wspierać podobne obraźliwe przedstawienia, tyle że oprócz katolików dotykające innych wyznań lub narodowości? Nie bójmy się, „Piknik pod Ścianą Płaczu”, „Majdan Picnic” czy „Mosul Picnic” nie dojdą do skutku. Polityczna poprawność, strach przed konsekwencjami i międzynarodowym skandalem są tego gwarantem. Lżyć można bezkarnie katolików i wiarę katolicką. Te same prokuratury, które sprawy rażących przypadków dyskryminacji katolików, szydzenia i bluźnierstw, penalizowanych w art. 196 kodeksu karnego, umarzają, wykazałyby tu pełną gotowość procesową, nie zważając na zapewnienia o „głębokim przesłaniu artystycznym”, zwłaszcza wobec sztuk z motywem „pikniku w komorach gazowych”. Makabryczne? Ale przecież to do ich powstania doprowadziło właśnie zanegowanie Boga, wyszydzanego z podobną nienawiścią przez niemieckich hitlerowców!

Jeśli dla osób publicznych, zaangażowanych we wspieranie zła, fakt, że ów „spektakl” to odrażające szyderstwo z Boga umierającego na krzyżu na Golgocie, jest nadal abstrakcją, niech chociaż wiedzą czysto po ludzku, że z pamiątki czyjejś śmierci się nie szydzi. Nie chcieliby, aby urządzano kpiny ze śmierci ich bliskich i ukochanych. Wara więc od krzyża i Chrystusa. W tej sprawie nie można stać z boku. Każdy opowiada się po którejś stronie. Także milcząc.

Andrzej Lewandowicz

Nasz Dziennik