logo
logo

Zdjęcie: arch/ -

Zaszczyt dla mnie ginąć razem z Trauguttem

Wtorek, 5 sierpnia 2014 (02:03)

Na fotografiach ogromna stutysięczna rzesza warszawiaków wypełniająca plac przed Cytadelą i okoliczne ulice po horyzont. Nad przybyłymi wielki 6-metrowy dębowy krzyż z Chrystusem w cierniowej koronie udekorowany girlandami z zieleni. Był 5 sierpnia 1916 roku. Pięćdziesiąt dwa lata czekał Romuald Traugutt, który „wziąwszy na ramiona krzyż narodu swego, poszedł za idącym ziemią tą słupem ognistym i w nim zgorzał”, aby Warszawa mogła oddać mu hołd, stawiając i poświęcając krzyż w miejscu jego śmierci. Dzisiaj, mimo iż tyle razy podnoszono na niego rękę, stoi nadal przy ul. Zakroczymskiej.

Już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości rozpoczęto starania, aby otworzyć proces beatyfikacyjny Traugutta, czego orędownikiem był również Prymas Tysiąclecia ks. kard. Stefan Wyszyński.
Po stuletniej obecności w 1915 roku Rosjanie opuścili Warszawę, cofając się przed wojskami niemieckimi. Zmiana okupacji spowodowała, iż Polacy zyskali większą swobodę. Wyrazem tego była chociażby imponująca manifestacja narodowa 3 maja 1916 roku i wkrótce obchody 52. rocznicy stracenia dyktatora Romualda Traugutta i czterech członków Rządu Narodowego z okresu Powstania Styczniowego. „Warszawa umie i chce czcić pamięć tych, których dotychczas czciła tylko wspomnieniem.

W ostatnich miesiącach przybyło stolicy kilka takich pamiątek: krzyż na Woli, gdzie zginął rycerską śmiercią generał Sowiński, krzyż na Grochowie, kędy tysiące młodych istnień kładło się pokotem pod nutę »Jeszcze nie zginęła!«, a szykuje się wielki pomnik zbiorowy: kopiec poległych, co jak mogiła Kościuszki nad Krakowem, wzniesie się ponad Warszawą, świadcząc o nierozerwalnym związku dni dzisiejszych z krwawą wspaniałą przeszłością” – oddawała nastrój ówczesnego czasu prasa.

W miejscu szubienicy stanął krzyż

Nasi przodkowie nie odwracali się od przeszłości, jedynie tym, którzy walczyli o niepodległą Ojczyznę, gdy tylko pojawiała się taka możliwość, oddawali hołd. Tak też było 5 sierpnia 1916 roku, kiedy uderzono w dzwony w całej Warszawie, a główne uroczystości odbyły się w kościele św. Franciszka z udziałem rodzin, dzieci i wnuków poległych i straconych, wraz z córką Traugutta – Anną Korwin Juszkiewiczową.

Poniżej poświęconego krzyża umieszczono granitowy głaz z wyrytym napisem: „Członkom Rządu Narodowego: Romualdowi Trauguttowi, Rafałowi Krajewskiemu, Józefowi Toczyskiemu, Romanowi Żulińskiemu i Janowi Jeziorańskiemu. Tu straconym przez Moskali dnia 5 sierpnia 1864 roku. Lud Warszawski 5 sierpnia 1916 roku. Boże zbaw Polskę!”.

Podczas uroczystości ks. Gąsiorowski wspomniał „okrutne praktyki ciemięzcy rosyjskiego, który z zaciekłością schizmatyka dławił porywy ducha narodowego”, a przewodniczący rady miejskiej, rektor dr Józef Brudziński podkreślił, iż „czcimy miejsce, na którym przed laty ciemięzca i barbarzyńca popełnił zbrodnię – zamordował zwyciężonego przeciwnika w sposób okrutny, żałując dlań »garstki prochu«, aby tym haniebniejszą śmierć bohaterów uczynić, ale dziś oto po tylu latach przemówiła Nemezys dziejowa”. Swoje przemówienie zakończył okrzykiem: „Jeszcze Polska nie zginęła”, co podchwyciły rzesze zgromadzonych, a na końcu orkiestra odegrała „Z dymem pożarów”.

I gdy „nieprzejrzany tłum zaległ w skupieniu” i „zwrócił się sercem lud Warszawy ku pamięci tych męczenników idei narodowej i wszystkich, którzy jak oni zawiśli na słupach szubienic lub polegli na polach bitew, w szeregu deputacji pierwsi szli uczestnicy powstania roku 1863. Z głębokim wzruszeniem spoglądała publiczność na te czcigodne postaci. Powiało od nich bujnym tchem niezapomnianej przeszłości. I zdawało się chwilami, że ciągnie oto pochód bolesny. Pięć wózków z pięcioma skazańcami, kat na przedzie, łoskot bębnów, chrapliwe głosy komendy. A tam, na stokach Cytadeli, szubienica, symbol przemocy, grozy panującej nad stolicą i nad ziemią polską. Ale to już minęło na szczęście. I dziś na tym samym miejscu wyrósł z użyźnionej krwią świętą ziemi potężny krzyż, godło zmartwychwstania” – opisywali świadkowie uroczystości 1916 roku, przypominając obrazy 5 sierpnia 1864 roku, kiedy miejsce to również zapełniło się warszawiakami, chociaż nikt nie powiadomił ich o dacie i godzinie stracenia członków Rządu Narodowego. Też grała orkiestra, ale rosyjska, aby zagłuszyć modlitwy i śpiew suplikacji, a gdy to nie pomogło, kozacy chwycili za nahaje.

Troską jedyną przyszłość pokolenia niewoli

„Jeżeli sędziowie rosyjscy mniemali, że szubienica przeznaczona dla tych, którzy byli bojownikami za niepodległość Polski, obniży w oczach tłumów ich dostojeństwo, to takie rachuby najzupełniej zawiodły… Wrażenie, jakie tego rodzaju morderstwo wywołało w kraju, było wstrząsające. Skazanie członków ostatniego Rządu Narodowego na karę, w pojęciu katów hańbiącą, zrozumiał ogół jako wyrafinowaną jedynie zemstę, wywartą nad bojownikami ruchu wyzwoleńczego, którzy nie dla ambicji i rozgłosu, nie dla uroku piastowania władzy najwyższej w narodzie, w ciszy i odosobnieniu, nieznani najbliższym nawet z charakteru pełnionej przez nich majestatycznej misji, szli z przekonania i dla idei na spotkanie śmierci, która im nieustannie groziła. Według świadectwa towarzyszów ich więziennej w przedzgonnych chwilach doli – troską jedyną skazańców była myśl o przyszłości pokolenia, które miało jeszcze przed sobą długie męki niewoli” – pisał Aleksander Kraushar, adwokat, historyk, publicysta, redaktor powstańczej prasy.

Traugutt, który trwał nieugięcie do końca na swym stanowisku dyktatora, był człowiekiem żarliwej wiary. Przed kwietniowym aresztowaniem w 1864 roku ukrywał się w mieszkaniu nieistniejącego już domu przy ul. Smolnej w Warszawie.
„Modlitwa dłuższa lub krótsza, a zawsze korna, odbywana klęcząc, dzień zaczynała. Leżąca przy łóżku książka do nabożeństwa widocznie w częstym bywała użyciu, gdyż stopniowo kartki jej wyszarzaną przybierały postać” – notował sekretarz Traugutta Marian Dubiecki. Potem zaczynał się konspiracyjny dzień, spotkania, pisanie korespondencji. Do domu wracał około godz. 7.00-8.00 wieczorem. Po krótkim wytchnieniu spotykał się ze swym sekretarzem. Dubiecki zdawał sprawy, otrzymywał nowe polecenia. Około dziesiątej się rozstawali. „Lampa, postawiona wówczas na biurku dyktatora, przyświecała jego robocie z piórem w dłoni jeszcze trzy, cztery godziny.

W owych to nocnych godzinach powstawały te liczne depesze, odezwy, listy, instrukcje, które tak obficie za dni dyktatury wychodziły spod pióra Traugutta. O godzinach popółnocnych głuchej nocy zimowej gasła wreszcie lampa samotnika, który w modlitwie szukał ukojenia po znoju pracowitego czuwania, i myśl zwrócona ku przedwiecznej sprawiedliwości zamykała dobę trudu…”.
W wieczór poprzedzający wykonanie wyroku śmierci na członkach Rządu Narodowego Dubiecki, któremu niespełna tydzień wcześniej zmieniono karę śmierci na katorgę (po kolejnych amnestiach do Warszawy wrócił dopiero po 20 latach), „zastukał” do sąsiedniej celi, w której więziono dyktatora, i usłyszał: „Mam księdza”. Po paru godzinach, niedawny sekretarz znów zakołatał. „Odpowiedź po dłuższej chwili nadeszła: »Modlę się«”. Dubiecki cały dzień i noc czekał na jakikolwiek sygnał. „Ciszy nic nie przerywało… Straż tylko, żandarmi, odemknąwszy zupełnie okienko, znajdujące się we drzwiach celi, wciąż się wpatrywali w więźnia, jak gdyby chcieli zbadać, co się dzieje w jego zbolałej duszy… Powoli upływały godziny dnia, a jeszcze wolniej biegły godziny nocy; jutrzenka, zwiastun dnia strasznego, owego 5 sierpnia, weszła do celi więźnia i zastała go w tej pozycji, w jakiej zostawiło zachodzące słońce.

Ciszy spoza muru nic nie przerywało… Aż wreszcie około godziny ósmej z rana szybko wydzwoniło pukanie jeden wyraz… wyraz ostatni: ”Do widzenia…„. Po chwili rozległ się szczęk broni i przyspieszone ciężkie kroki wielu dały się słyszeć u drzwi celki oznaczonej nr 19. Tłum zbrojny szybko przeszedł, a echo przejścia wprędce umilkło w głębi budynku… Traugutt to szedł na śmierć”.

„W Bogu tylko cała nadzieja”

W ostatnim liście do żony Antoniny: „do Ciebie, mój Aniołku”, pocieszał: „W Bogu tylko cała nadzieja moja, że Ci raczył dać siłę i da wytrwanie do zniesienia wszystkiego, żeś przy tym pamiętała i nigdy, mój Skarbie najdroższy, nie zapominała, że cokolwiek Ojciec nasz Niebieski zsyła na nas, z zupełnym poddaniem się i z synowską wdzięcznością przyjąć winniśmy, i że to wszystko nie jest skutkiem ślepego przypadku, ale, wolą Bożą zrządzone, jest karą Jego za grzechy nasze, a zarazem i prawdziwym dobrodziejstwem, gdyż wszystko, co Stwórca czyni z nami, dla dobra naszego prawdziwego czyni. Poddanie się wszakże zupełne i ochocze Jego woli świętej jest koniecznym warunkiem, aby nam wszystko na prawdziwy pożytek się obracało. Nie zapominajmy, moje Dziecię, że Bóg, chociaż o szczęściu naszym doczesnym pamięta, przede wszystkim jednakże ma na celu szczęście nasze wieczne, do którego nas stworzył i przeznaczył… Taką to jedynie pociechę przesyłam Ci, Najdroższa moja, gdyż ta tylko człowiekowi w największym nieszczęściu i strapieniu prawdziwą być może. Z tego samego źródła i ja czerpię moc i ochotę”.

W celi chciał wyrzeźbić w chlebie głowę żony. „Napotykam tu mnóstwo trudności: najprzód sam materiał wysychając, pęka, potem brak jakichkolwiek pomocniczych narzędzi, a w końcu i co najważniejsze brak zupełny wszelkiego żywego, a chociażby i gipsowego modelu dla zauważenia ogólnych kształtów ludzkich twarzy. Służba więzienna, gdy się ukazuje, to tak przelotnie, że nie podobna przyjrzeć się choć trochę, przy tym są to twarze męskie. Tak więc psuję, poprawiam i znów psuję, ale wciąż robię i tak mnie to zajmuje, że czasem godziny niepostrzeżenie upływają… w ten sposób Ciebie, mój Aniele, mam ciągle obecną w mej wyobraźni, a z Tobą to jakoś koniecznie i Dziatki i cała Twoja i moja Rodziny się łączą… Trzynastego czerwca obchodziłem dzień ślubu naszego, a zarazem dzień Twoich imienin. Pomodliłem się więcej jak zwykle, poleciłem Was Bogu i Matce Najświętszej, prosząc, aby Wam byli pociechą, nadzieją i pokrzepieniem…”.

Pisząc o konieczności wykształcenia dzieci, wskazał: „Cokolwiek bądź ze mną się stanie, nieskończone dzięki składam codziennie Bogu, że Dziatki, pod bacznym okiem i czułą opieką takiej Matki jak Ty, będą wzrastać w łasce u Boga i u ludzi, tylko ich spod swego oka nie usuwaj dla jakich próżnych widoków świetnego wychowania. Pragnąłbym z duszy, aby one jak najlepsze wychowanie naukowe odebrały, ale przede wszystkim chodzi mi o to, żeby ich dusze i serca podobne twemu sercu i twej duszy były. Dobra jest i pożyteczna uczoność, naturalnie prawdziwa uczoność i gruntowna, a nie powierzchowna, ale ważniejsza nad to wszystko uczciwość. Prawdziwa poczciwość musi zawsze iść w parze ze zdrowym rozsądkiem i to jest dla człowieka bardzo wystarczającym i koniecznie potrzebnym. Tak więc bądźcie zawsze razem, gdzie Ty, tam i one, gdzie one, tam i Ty. Zamiłowanie porządku i czystości wpajaj najmocniej w Dziatki, mój Aniołku, niech się stanie ich nałogiem; powinno to być zewnętrznym odbiciem porządku moralnego i czystości duszy”.

Cześć męczennikom

Podobne świadectwa, niezwykłej Bożej ufności, próśb o modlitwę, troski o swych bliskich i przekonania, iż spotkają się po śmierci w życiu wiecznym, pozostawili pozostali członkowie Rządu Narodowego: Józef Toczyski, Roman Żuliński, Jan Jeziorański, Rafał Krajewski. Ten ostatni niemający jeszcze trzydziestu lat, gdy odwiedziły go po raz ostatni cztery ukochane siostry, powitał je słowami: „Żałujecie mnie, a ja szczęśliwy mam zgon. Wszakże prędzej czy później umrzeć muszę, a zatem czyż lepiej umrzeć z choroby?… Nie płaczcie po mnie…”.

Odpowiedziały, że nie będą płakać „jako Polki”, wtedy odrzekł: „To za mało, jako chrześcijanki. Wiem, gdzie i za co idę: nie żałuję tego, com zrobił i nie mam niechęci do nikogo, ani do Polaków, ani do Rosjan; mówię to szczerze, bo wszakże nie mam już nic do stracenia, gotów jestem wyciągnąć ręce do wszystkich Rosjan… Mój los też wcale nie jest nieszczęśliwy; dziękuję za niego Bogu, bo jakiż to zaszczyt dla mnie ginąć razem z Trauguttem: to święty człowiek”. Na koniec powiedział: „Nie sądźcie, moi drodzy, że mnie trwoży cierpienie; wierzcie, że wszystko, co się tyczy ciała, to marność, głupstwo wszystko, co cierpi ciało. Wierzcie mi, że każdy ból ciała, że każde uderzenie, to krzepi i dodaje mocy, doświadczyłem tego; ale co innego, jeśli zadadzą ból moralny – o, to boli”.

Nazajutrz w Warszawie ukazała się odezwa powstańczego naczelnika miasta Aleksandra Waszkowskiego. „Oddajmy cześć męczennikom i uświęćmy ich pamięć, nie łzą rozpaczy, lecz męskim postanowieniem wstępowania w ich ślady…”. 52 lata później przybyło ten hołd oddać im sto tysięcy warszawiaków. Ciał zamordowanych członków Rządu Narodowego na czele z Trauguttem nie udało się znaleźć do dzisiaj.

Dr Jarosław Szarek

Nasz Dziennik