logo
logo

Zdjęcie: arch./ -

Zwycięstwo pancernej husarii

Poniedziałek, 25 sierpnia 2014 (02:00)

„Dziękuję Wam, bracia Polacy, za wyzwolenie mojej ojczyzny” – to zdanie wpisał przed rokiem do pamiątkowej księgi na Polskim Cmentarzu Wojennym w Grainville-Langannerie młody człowiek samotnie odwiedzający groby żołnierzy 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Cmentarz znajduje się przy szosie Caen – Falaise, w Normandii. Na każdym z 696 grobów z białym krzyżem ze znakiem dywizji rośnie krzew czerwonej róży. Panuje tu niezwykła cisza i spokój.

Zupełnie inaczej wyglądało to miejsce 70 lat temu, kiedy właśnie stąd rankiem 15 sierpnia polska dywizja ruszyła do rzeki Dives. Ten dzień, „dzień święta żołnierza polskiego, stał się jednym z najjaśniejszych dni działań polskiej dywizji pancernej. Wszystko najtrudniejsze zdawałoby się – wychodziło łatwo i bez zahamowań” – wspominał gen. Stanisław Maczek.

Kocioł Falaise

Tydzień wcześniej, w nocy z 7 na 8 sierpnia 1944 roku, rozpoczęła się bitwa pod Falaise, w której polscy pancerniacy razem z jednostkami kanadyjskimi, zamykając w kotle osiem niemieckich dywizji, odnieśli świetne zwycięstwo na szlaku bojowym we Francji.

Zaczęło się jednak pechowo, od zbombardowania przez lotnictwo alianckie wychodzących do natarcia własnych oddziałów. Sytuacja na nieszczęście powtórzyła się przed kolejnym natarciem Sprzymierzonych na Falaise, 14 sierpnia. Na miejsce koncentracji przyjechał nawet najwyższy dowódca lotnictwa sił ekspedycyjnych, marsz. Arthur Tedder. Gdy samoloty zrzuciły bomby na oddziały polskie i kanadyjskie, marszałek „szybkim kłusem dał nura pod polski czołg w poszukiwaniu ochrony przed własnymi bombami. Pod czołgi oraz do wszelkich dziur w terenie umykał zresztą wtedy kto żyw, z wyjątkiem oficera sztabu brygady, kapitana Popiela i wachmistrza łączności, którego nazwiska nie pamiętam. Obydwaj oni siedzieli z zimną krwią przy nadajniku aż do końca bombardowania, usiłując ustalić częstotliwość lotnictwa i nadać radiogram: Wy, przeklęci głupcy, znowu bombardujecie własne wojska!” – wspominał płk Franciszek Skibiński, który przyznawał, że nigdy w życiu nie był pod takim bombardowaniem, jak 14 sierpnia. Nie pomogły żółte rakiety sygnałowe ani żółte dymy, ani bohaterska załoga samolotu łącznikowego artylerii, który wystartował wśród wybuchów i kręcił się między bombowcami, sygnalizując rozpaczliwie skrzydłami. Spośród 800 samolotów 77 zbombardowało własne oddziały, zadając im poważne straty. W całym Korpusie zginęło stu żołnierzy, stracono prawie 300 pojazdów i dział. Rozpoczęta w ten sposób druga faza bitwy miała doprowadzić do zamknięcia okrążenia wokół dwóch niemieckich armii w tzw. kotle Falaise.

W krwawych walkach nad rzeką Dives Polacy odrzucili Niemców, po czym zdobyli miasteczko Jort, gdzie na przyczółku mostowym stanął swoim czołgiem gen. Maczek i ku czemu nieczęsto miał okazję, ustnym rozkazem skierował swoich żołnierzy na południe. Do wieczora 17 sierpnia zostały zdobyte kolejne miejscowości.

Polsko-amerykańskie zwycięstwo

Generał Maczek, studiując sytuację, „z właściwą sobie bystrością i umiejętnością taktycznej oceny terenu dojrzał na mapie najbardziej istotny punkt topograficzny, którego opanowanie decydowało o przecięciu Niemcom drogi odwrotu, na wschód i na północny wschód. Punktem tym był – obok Chambois – kompleks wzgórz Mont-Ormel leżący bezpośrednio na północny wschód od Chambois. Ten kompleks wzgórz, ze względu na swój charakterystyczny kształt, nazwał Maczek tego dnia »Maczugą« i odtąd tak się on nazywał w rozkazach, meldunkach, rozmowach, artykułach i w historiach pułkowych. Mont-Ormel łącznie z miasteczkiem Chambois stały się kluczowym rejonem operacji całej 21. Grupy Armii i od tego dnia obydwie te nazwy wymieniane były nieustannie w rozkazach polskich, brytyjskich, amerykańskich, francuskich i… niemieckich. Powtarzają się one wielokrotnie w opisach operacji Falaise dokonywanych przez autorów wojskowych, poczynając od Eisenhowera i Montgomery’ego” – wspominał płk Franciszek Skibiński.

Opanowywanie wyznaczonych punktów zaczęło się 19 sierpnia. Krótko po południu polscy pancerniacy osiągnęli północną część Maczugi, dochodząc do szosy Chambois – Vimoutiers, którą „maszerowała trzema rzędami kolumna Niemców, i którzy byli przekonani, iż szczęśliwie wydobyli się już z okrążenia. Były w tej kolumnie przemieszane bez ładu i składu: czołgi, działa pancerne i polowe, transportery opancerzone, samochody ciężarowe i osobowe, a pomiędzy tymi wszystkimi warczącymi i dymiącymi silnikami mnóstwo pojazdów o trakcji konnej i tłumy pieszych. Dowódca »pełnym gazem« rozwinął cały pułk równolegle do szosy i otworzył ogień ze swoich pięćdziesięciu dział i stu karabinów maszynowych, dokonując straszliwej masakry. Po upływie kilkunastu minut cała droga – na przestrzeni dwóch kilometrów – była dosłownie zawalona wrakami czołgów, dział, samochodów i wozów, trupami ludzi i koni. Pożary i eksplozje trwały do nocy, przeszkadzając nawet w dalszym działaniu. Z klęski ocalało tylko kilkudziesięciu Niemców (a między nimi podpułkownik i paru młodszych oficerów), którzy zdołali, rzucając broń, z podniesionymi rękoma dobiec do czołgów i poddać się Polakom” – zapamiętał płk Skibiński.

Drugi wyznaczony cel – Chambois, miało opanować zgrupowanie dowodzone przez mjr. Władysława Zgorzelskiego, znanego jeźdźca, uczestnika licznych zawodów hipicznych. Gdy Polacy atakowali miasto od północy, Amerykanie robili to z południa, co całkowicie zaskoczyło Niemców. Do spotkania Sprzymierzonych doszło w kilku miejscach jednocześnie, około godziny 19.00. Dragoni wzięli 360 jeńców, a na rynku zdobyli flagę hitlerowską, która służyła im jako dywan. Po wojnie na słynnym skrzyżowaniu dróg w Chambois postawiono tablicę upamiętniającą wyzwolenie tego miasta 19 sierpnia 1944 roku przez Polaków i Amerykanów. Widnieje na niej nazwisko majora Władysława Zgorzelskiego.

Walka na Maczudze

Tymczasem trwała jeszcze walka na Maczudze. Wieczorem, 19 sierpnia dotarł na wzgórze ppłk Koszutski. „W ciągu całego dnia (20 sierpnia) Niemcy podejmowali rozpaczliwe i jednocześnie bardzo silnie zmontowane natarcia, by wydostać się z zamkniętego kotła Falaise. Zacięte walki piechoty wsparte grupami czołgów, ogniem artylerii i moździerzy wielolufowych prowadzone były z zachodu, od wewnątrz kotła, celem wydostania się na wschód, oraz ze wschodu celem otwarcia drogi otoczonym oddziałom. Własna artyleria wraz z kanadyjskim pułkiem artylerii ciężkiej ogniem o niespotykanym dotąd zużyciu amunicji (200-300 pocisków na działo w tym dniu) wstrzymywała i niszczyła przeciw uderzającego nieprzyjaciela”.

Walka na Maczudze dla jednostek pancernych, jak wspominał ppłk Koszutski, była „dość niezwykła”. W falistym, zadrzewionym (sady) i zalesionym terenie, z ograniczoną widocznością, przez co Niemcy mogli podchodzić prawie pod polskie czołgi, dochodziło do walki wręcz. Piechota walczyła na bagnety, załogi czołgów strzelały z pistoletów, karabinów maszynowych i dział. Walczyć musieli wszyscy – kierowcy i sanitariusze, kapelan z kierowcą wzięli do niewoli 72 jeńców. Czołgi stały cały czas na miejscu, skupione i zwrócone na wszystkie strony jak w średniowiecznym taborze. Nie można było ewakuować ani rannych, ani jeńców, ich położenie było straszne – leżeli na przedpolu między walczącymi oddziałami. Zaopatrzenie nie dochodziło. Ogień artylerii o niebywałym natężeniu nie ustawał. Na przedpolu leżała masa rozkładających się w upale trupów.

Polskie pole bitwy

Przed południem, następnego dnia, na Maczugę wjechał pierwszy czołg kanadyjski. 4. Kanadyjska Dywizja Pancerna nadeszła nareszcie z pomocą. Niemieckie czołgi i grenadierzy zaczęli wycofywać się na Vimoutiers. Z tego pierwszego czołgu wyszedł kpt. Pierre Sevigny i jak wspomina ppłk Koszutski, ze łzami w oczach podszedł do polskich brudnych, oberwanych i wyczerpanych zwycięzców – stanął na baczność i zasalutował: &rbdquo;What a bloody spectacle! This is a real Polish Battlefield. My God! (Co za krwawe przedstawienie! To jest prawdziwe polskie pole bitwy. Mój Boże!).

O godzinie 14.00, 21 sierpnia, bój o Maczugę był skończony. W dzienniku bojowym jednego z kanadyjskich pułków zapisano: „Obraz wzgórza 262 był najdzikszy ze wszystkich napotkanych dotychczas przez pułk. Polacy nie dostawali zaopatrzenia od trzech dni. Mieli wiele setek rannych, którzy nie mogli być ewakuowani. Droga była zatłoczona spalonymi pojazdami zarówno naszymi, jak i nieprzyjacielskimi. Wszędzie trupy jeszcze nie pochowane, kawałki trupów…”. Generał Simonds, oglądając pole bitwy na północny wschód od Chambois, stwierdził, że nigdy w swoim życiu nie widział takiego całkowitego spustoszenia.

Do niewoli dostało się 60 tys. żołnierzy niemieckich. Polska dywizja wzięła przeszło 5,5 tys. jeńców, w tym jednego generała i stu kilkudziesięciu oficerów. Ponadto zniszczyła 70 czołgów, 100 dział i 500 samochodów. W bitwie zginęło 446 polskich żołnierzy, a 1500 zostało rannych. Naczelny Wódz gen. Kazimierz Sosnkowski napisał w rozkazie po bitwie pod Falaise, 22 sierpnia 1944 roku: „1. Dywizja Pancerna pod wypróbowanym dowództwem gen. Maczka okryła się sławą na polach Normandii i odegrała wybitną rolę w wielkiej bitwie, która pozostanie w pamięci ludzkiej jako jedna z najświetniejszych operacji wojennych uwieńczona zniszczeniem 7 armii niemieckiej”.

Marszałek Bernard Montgomery powiedział po bitwie, że z chwilą opanowania Chambois i Maczugi „nieprzyjaciel był zamknięty jak w butelce, a wy, Polacy, byliście korkiem tej butelki”.

Dr Joanna Wieliczka-Szarkowa, historyk

Nasz Dziennik