logo
logo

Zdjęcie: Ewa Sądej/ Nasz Dziennik

Dokąd zmierza polska wieś

Sobota, 6 września 2014 (02:11)

Polska wieś i rolnictwo przeszły od 1989 roku gruntowne zmiany, które na pewno przyspieszyło wejście do Unii Europejskiej. Wzrósł znacznie przez te ostatnie dziesięć lat także eksport polskiej żywności, który długo był blokowany przez wysokie zaporowe cła nakładane przez UE, choć akurat w tym samym czasie unijne produkty zdobywały sobie łatwo znaczącą część polskiego rynku.

Niewątpliwie nasi rolnicy i sektor rolno-spożywczy znakomicie wykorzystali koniunkturę, jaka się wytworzyła na wspólnym europejskim rynku. Na wsi udało się nie tylko zwiększyć produkcję wielu towarów, ale także unowocześnić znaczną część gospodarstw. I to nie tylko dzięki funduszom unijnym, bo przecież zakup maszyn, urządzeń, budowa nowych obór, magazynów, musiała być w dużym stopniu sfinansowana z ich własnych funduszy. Albo kredytów bankowych, które przecież trzeba spłacić.

Niestety, patrząc na politykę rolną polskiego państwa, odnosi się często wrażenie, że sukcesy naszego rolnictwa następują niejako na przekór poczynaniom władz. Ministrowie, premierzy lubią chwalić się coraz lepszymi wynikami ekonomicznymi rolnictwa, ale często zdarza się, że gdy na właścicieli gospodarstw spadają jakieś problemy, pozostają oni z nimi sami. I żeby władze państwowe zaczęły reagować, przeciwdziałać kryzysowi, nie wystarczy wysyłanie listów, apeli do rządu, umawianie się na spotkania z tym czy innym urzędnikiem. Potrzebne są masowe, a przynajmniej bardzo głośne protesty rolników, które zwracają uwagę mediów, a co za tym idzie – zmuszają rządzących do podjęcia jakichś działań.

Z ostatniego tylko okresu wystarczy przypomnieć sprawę afrykańskiego pomoru świń, gdy przez wiele tygodni rząd nie był w stanie podjąć decyzji o wykupie tuczników ze strefy buforowej. I dopiero blokady dróg prowadzone przez rolników zmusiły rząd do działania, do uruchomienia skupu trzody.

Władze państwa były też bezradne, gdy pojawiły się problemy producentów owoców miękkich, dotkniętych katastrofalnie niskimi cenami skupu. Choć gołym okiem widać, że prawdopodobna jest tu zmowa cenowa, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie widzi powodów do interwencji. Tak samo zresztą było rok temu, gdy z kolei producenci zbóż i rzepaku skarżyli się na zmowę cenową przedsiębiorstw skupowych. UOKiK też nie dopatrzył się niedozwolonych praktyk.

Czy wszystko da się rzeczywiście wytłumaczyć prawami wolnego rynku? To dziwne, bo ceny płodów rolnych spadały w momencie, gdy nie było klęski urodzaju, więc nie można było mówić o nadmiernej podaży. Rolnicy w takich sytuacjach czują się pokrzywdzeni, mają poczucie, że państwo nie broni ich interesów, że ważniejsze są interesy firm przetwórczych, które często znajdują się w rękach zachodniego kapitału. Jak tu więc rozwijać gospodarstwa, jeśli po roku sytuacja ekonomiczna może się diametralnie odwrócić nie z winy rolnika, ale on będzie ponosił tego koszty.

Co więcej, nasi gospodarze wciąż są w gorszej pozycji niż zachodni farmerzy, którzy przez dziesiątki lat mogli w komfortowych warunkach ekonomicznych rozwijać swoje przedsiębiorstwa rolne, korzystając obficie z unijnych dotacji. My dostajemy już nieduży procent tej pomocy, którą oni otrzymywali.

Rolnictwo to specyficzny sektor gospodarki, bardzo podatny na wahania koniunktury, gdzie bardzo trudno jest osiągnąć stabilizację cenową w dłuższej perspektywie czasu. Ale jeśli Europa, Polska chcą zachować żywnościowe bezpieczeństwo i samowystarczalność, muszą niestety dotować produkcję rolną. I starać się stwarzać rolnictwu jak najlepsze warunki rozwoju. Chodzi przede wszystkim o to, aby w kraju rosła liczba gospodarstw towarowych, które zapewniają rodzinom rolniczym godziwe dochody.

Tak jak w całej gospodarce, podstawą zdrowego rolnictwa muszą być średnie gospodarstwa rodzinne, mające – wedle definicji – powierzchnię nieprzekraczającą 300 ha, choć w naszych warunkach za duże uznaje się te gospodarstwa, które mają już około 30-50 ha, bo średnie gospodarstwo to nieco ponad 10 hektarów.

Oczywiście, większość działań państwa w sferze rolnictwa jest ograniczanych przez unijne regulacje, rząd nie może np. samodzielnie uruchomić skupu interwencyjnego, nie może wypłacać rolnikom rekompensat za straty spowodowane rosyjskim embargiem. To są sprawy leżące w kompetencjach UE. Tylko że Unia nie za bardzo rozumie, czy raczej uznaje polskie interesy, kwota 125 mln euro na odszkodowania za embargo jest śmiesznie mała.

To pokazuje, jak wiele jeszcze musi zrobić ten i kolejne rządy, aby wzmocnić pozycję Polski w Unii Europejskiej. Żeby skorzystało na tym także rolnictwo.

Mamy w Polsce ogromny potencjał, wynikający nie tylko z dużych rezerw produkcyjnych w gospodarstwach rolnych, ale i z tego, że mamy w UE najwyższy odsetek młodych rolników, liczących mniej niż 40 lat, najlepiej wykształconych, myślących nowocześnie, rynkowo. Jeśli jednak nie dostaną odpowiedniego wsparcia od państwa – dotacje nie są tu najistotniejsze, ważniejsze jest otoczenie prawne, instytucjonalne – to ich entuzjazm szybko zgaśnie i przestaną rozwijać swoje gospodarstwa. A część może nawet porzuci uprawę ziemi albo zrobią to ich dzieci, które poszukają szczęścia gdzie indziej, tylko nie na roli.

Krzysztof Losz

Aktualizacja 6 września 2014 (08:57)

Nasz Dziennik