logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Komorowski wstydzi się embraerów

Piątek, 28 września 2012 (06:09)

Drzwi od stodoły to już za mało. Bronisław Komorowski ma dość niewygód związanych z lataniem samolotami rejsowymi. Marzy mu się samolot rządowy.

Na 67. sesję Zgromadzenia Ogólnego ONZ głowy państw przyleciały do Stanów Zjednoczonych własnymi samolotami. Wyróżniał się w tym gronie prezydent Polski, który wybrał się do USA lotem rejsowym.

Mimo że po rozwiązaniu 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego władza zapewniała, iż brak rządowej floty nie stanowi żadnego problemu dla prezydenta RP, problem raz po raz daje o sobie znać. Choćby w postaci coraz głośniejszych utyskiwań głowy państwa.

- Gdybym miał forsę w kieszeni, to bym kupił od razu, ale nie mam, więc mogę powiedzieć tyle, że jest to źródło doświadczeń bardzo przedziwnych. No bo ja chodzę po tych kabinach, przesiadając się od jednego do drugiego ministra, widzę zdziwione, zdumione oczy pasażerów, którzy też z tego nic nie rozumieją. Im się wydaje, że jakieś ważne sprawy dzieją się w sposób mało poważny - żalił się dziennikarzom Bronisław Komorowski.

Prezydent oczekuje, aż naszym siłom politycznym uda się porozumieć w kwestii kupna maszyny rządowej jeszcze przed następnymi wyborami. Bo jak dowodził - im bliżej elekcji, tym są one mniej skłonne do rozwiązywania problemów.

Grzegorz Schetyna (PO), przewodniczący sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, nie podziela jednak optymizmu Komorowskiego. W jego ocenie, nie dysponujemy samolotami dla VIP-ów, bo... nie ma w tej sprawie zgody między koalicją a opozycją.

- Decyzja o zakupie samolotów dla rządu oznacza wydanie pieniędzy budżetowych. Przy trudnym budżecie to kłopot. Jednocześnie to nie jest sprawa, którą można załatwić od ręki. To by trwało kilka lat i musiałaby być na to zgoda całego Sejmu. Nie ma zgody, więc nie ma decyzji - stwierdził wczoraj Schetyna. Ta wypowiedź ma sugerować, że PiS mogłoby odegrać jakąkolwiek rolę w zablokowaniu zakupu floty rządowej.

To sprawa rządu

W rzeczywistości do podjęcia takiej decyzji wystarczy zgoda większości sejmowej, którą koalicja dysponuje. A przede wszystkim trzeba chcieć.

- To, co powiedział pan Schetyna, nie jest prawdą, nie ma tu żadnej winy opozycji. Po pierwsze, nie było w ogóle w tej sprawie sondujących rozmów czy dyskusji. Po drugie, tutaj opozycja naprawdę nie jest do niczego potrzebna. To jest decyzja rządu, premiera i ministra finansów o zakupie samolotów dla VIP-ów - zaznacza w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" poseł Dariusz Seliga (PiS) z sejmowej Komisji Obrony Narodowej.

Problem sfinansowania takiego zakupu też jest do rozwiązania.

- Są różne formy płatności, np. zakup z opóźnioną płatnością - wskazuje parlamentarzysta.

Słowami Komorowskiego i Schetyny zniesmaczony jest również Jacek Kotas, wiceminister obrony narodowej w rządzie Prawa i Sprawiedliwości. Według niego, bezzasadne zrzucanie odpowiedzialności za brak samolotów dla VIP-ów na przeciwników politycznych weszło już w krew Platformie Obywatelskiej.

- Takie tłumaczenie sytuacji jest co najmniej czymś pokrętnym, jeśli nie bzdurnym. Decyzje w tej sprawie podejmuje rząd. Taka decyzja była już przygotowana w 2007 r., zaś w 2008 r. była nawet gotowa do wykonania. Koalicja PO - PSL mogła kupić wtedy te samoloty, ale tego nie zrobiła. Zrzucanie teraz winy na kogo innego jest niepoważne - oburza się Jacek Kotas.

Dokumentacja na przetarg dotycząca zakupu samolotów dla VIP-ów była przygotowana jeszcze przed kryzysem gospodarczym.

- W takim razie pretensje pan prezydent Komorowski powinien kierować do ówczesnego ministra obrony narodowej Bogdana Klicha, kierownictwa MON i premiera Donalda Tuska. A także do samego siebie jako zwierzchnika Sił Zbrojnych, gdyż w ciągu dwóch lat swojej prezydentury nic w tym kierunku nie zrobił. Ten rząd zapowiadał oszczędności. Rozumiem, że w taki sposób dotrzymuje słowa - dodaje były wiceminister obrony.

Podobnie uważa gen. rez. Roman Polko, były dowódca jednostki specjalnej GROM i wiceszef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Przypomina, że Komorowski jest zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, a to minister obrony narodowej rozwiązał 36. SPLT.

- Słyszeliśmy, również ze strony Pałacu Prezydenckiego, że pan Siemoniak to świetny minister, świetne decyzje podejmuje i że jest z nim bardzo dobry kontakt. Gołym okiem widać jednak, że coś jest nie tak. To tak, jakbym ja narzekał, że nie ma czegoś, co sam wcześniej zgodziłem się zlikwidować - komentuje Polko.

Generał przypomina wypowiedzi polityków Platformy - wygłaszane zwłaszcza przed wyborami - że kończą się "czasy rozpasania", gdyż VIP-y będą teraz z powodzeniem latać samolotami rejsowymi i nie ma potrzeby zakupu nowych maszyn.

Wstyd na cały świat

- "Nasz Dziennik" wiele razy pisał o tym, że bardzo trudno jest funkcjonować i dobrze spełniać obowiązki zwierzchnika Sił Zbrojnych i prezydenta Rzeczypospolitej, kiedy nie ma na to warunków technicznych. A te w XXI wieku są nieodzowne, żeby ten urząd z właściwą godnością sprawować. Oczywiście zawsze była odpowiedź taka, że redakcja przesadza, że wcale tak nie jest, że sobie doskonale dajemy radę, a rzeczywistość - jak teraz widać - zgrzyta - stwierdza gen. Polko.

Żale Komorowskiego nasz rozmówca odbiera jako "płacz, który nie przystoi". W jego ocenie, rząd powinien jak najszybciej zmienić tę sytuację, gdyż w innych państwach świata głowę państwa przewozi transport wojskowy, w samolocie, który ma środki utajnionej łączności, w którym można spokojnie pracować i konferować - bez obaw, że osoby niepowołane to usłyszą.

- Przez to jest oszczędność czasu i zachowana godność urzędu, w konsekwencji też godność Rzeczypospolitej. Słowa pana Schetyny trudno nawet komentować. Trzeba uderzyć się czasem w piersi i podjąć działania. Jak można mieć pretensje do kogoś, kto kompletnie na daną decyzję nie miał wpływu. Przecież to nie opozycja rozwiązała 36. specpułk - kwituje gen. Roman Polko.

Z kolei mjr rez. pil. Mieczysław Widyński zaznacza, że głównym powodem jego odejścia z wojska było to, iż nie mógł już dłużej patrzeć na szereg negatywnych zjawisk. Ponieważ jako pilot nie miał na to żadnego wpływu, wolał opuścić szeregi Sił Powietrznych.

- Nie jestem już w wojsku, bo nie miałem tyle zdrowia, by to wszystko wytrzymać. Jesteśmy chyba jedynym krajem, który nie wozi swoich VIP-ów samolotami specjalnymi. Taki duży kraj, a nas nie stać na utrzymanie jednostki, która zapewni bezpieczeństwo najwyższym osobom w państwie? - pyta Widyński.

Do skarg prezydenta Komorowskiego na uciążliwości latania samolotami rejsowymi ustosunkowuje się krótko.

- Tu nawet nie ma co komentować, ale trzeba rozkładać ręce i wstydzić się na cały świat. Sytuacja z brakiem samolotów dla VIP-ów była znana od wielu lat. Gdy Komorowski został zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, nic z tym nie zrobił - mówi major.

Według Widyńskiego, w Polsce powinno się pomyśleć o utworzeniu nowej jednostki wojskowej, która wykonywałaby podobne zadania do rozwiązanego specpułku, gdyż takie funkcjonują na całym świecie.

- Bo to nie chodzi o to, by polecieć do Stanów Zjednoczonych, Belgii czy gdziekolwiek indziej na lotnisko cywilne, gdyż takie loty są stosunkowo proste. Główne zadanie takich jednostek to latanie do takiego Smoleńska, gdzie wyposażenie jest takie, jakie było, czy do Afganistanu - a tego dziś zapewnić VIP-om nie możemy - kwituje mjr pil. Mieczysław Widyński.

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik