logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski / Nasz Dziennik

Cały czas byłem przy Siostrze

Piątek, 28 września 2012 (06:20)

Z płk. w st. spocz. dr. inż. Konradem Mackiewiczem, bratem Pierwszej Damy Marii Kaczyńskiej, pracownikiem Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych, rozmawia Marta Ziarnik

Bardzo rzadko wypowiada się Pan w mediach, ale po ostatnich występach Pawła Deresza zdecydował się Pan na reakcję. Dlaczego?

- Pani redaktor, po pierwsze nie zamieszczałem żadnego oświadczenia na Facebooku - bo nie mam na nim konta. I naprawdę nie rozumiem, jak niektóre media mogły podać, że zamieściłem je na założonej przez rodzinę stronie internetowej poświęconej Marii Kaczyńskiej. Chciałbym w tym miejscu jasno zaznaczyć, że nie wiemy, kto założył i kto prowadzi ten portal. Jedno jest pewne, my z nim nie mamy nic wspólnego i nie rozumiem, dlaczego zamieszczając na nim moje oświadczenie, nie podano jego źródła. W ten właśnie sposób tworzą się później różnego rodzaju nieścisłości i nieporozumienia.

Wracając jednak do pani pytania, to rzeczywiście nie mogłem milczeć, kiedy Paweł Deresz wypowiadał publicznie tak absurdalne i skandaliczne informacje na temat mojej śp. Siostry. Nie wiem, kto dał mu do tego prawo! Każdy może się wypowiadać jedynie o swojej bliskiej osobie. Dlatego też wypowiedź tego pana - który, na marginesie, nie ma i nie może mieć żadnych szczegółowych informacji na temat mojej śp. Siostry - jest czymś karygodnym. Zwłaszcza że informacje te są absolutnie nieprawdziwe i całkowicie przeczą mojemu świadectwu, które złożyłem na łamach "Naszego Dziennika" podczas rozmowy z panią w rok po katastrofie. I dlatego informacje podawane przez pana Deresza tak mnie zbulwersowały, że musiałem od razu i zdecydowanie im zaprzeczyć. Stąd moje oświadczenie. Nie chcę, by i tym razem kłamstwo zaczęło żyć swoim życiem, jak to miało miejsce chociażby w kwestii mojej rzekomej przyjaźni z polskim akredytowanym przy MAK Edmundem Klichem, która to "przyjaźń" - jak napisała wówczas "Polityka", a na którą powoływała się następnie "Gazeta Wyborcza" - miała się przełożyć na "gwarancję determinacji i uporu w wyjaśnianiu okoliczności smoleńskiego dramatu". Na łamach "Naszego Dziennika" wyjaśniłem, że jest to nieprawda, ponieważ ja z panem Klichem nigdy nawet nie rozmawiałem, a już tym bardziej nie załatwiałem jemu, ani nikomu innemu żadnego stanowiska.

Pan Deresz opowiada teraz inne niestworzone historie, w tym m.in. jakoby "długo poszukiwano głowy pani prezydentowej".

- To jest kłamstwo! Nie wiem, jakim prawem media dają posłuch podobnym kłamstwom osoby kompletnie niezorientowanej w sprawie, która dodatkowo powołuje się na inną, bliżej niezidentyfikowaną osobę - w tym przypadku bezimiennego pielęgniarza rosyjskiego. Podczas naszej kwietniowej rozmowy powiedziałem już, że nie miałem problemu z identyfikacją mojej Siostry. Mało tego, przede mną wstępnie zidentyfikowała Marylkę także Ewa Kopacz. Jednak to do mnie - jako najbliższej rodziny - należało ostatnie słowo. I zapewniam panią, że nieprawdą jest, jakoby moja śp. Siostra była bez głowy czy bez jakiejkolwiek innej części ciała. Poza pewnymi uszkodzeniami twarzy, niewielkiej deformacji prawej strony, ciało Marii było w dobrym stanie.

Ale pani Kopacz twierdziła w mediach, że identyfikacja Pani Prezydentowej odbyła się dzięki wiedzy na temat używanego przez nią lakieru do paznokci i obrączki z grawerem.

- Pani Kopacz mówiła wiele rzeczy, które - jak się dziś okazuje - niewiele miały wspólnego z prawdą. Naprawdę nie miałem żadnych trudności z rozpoznaniem Marylki. Dodatkowo jako dowód na tożsamość mojej śp. Siostry pokazałem pani minister bliznę po operacji serca, o której wiedziałem tylko ja. Po tej operacji została Siostrze blizna po cięciu, jakiego dokonano, by usunąć jej trzy żebra, aby dostać się do serca. I nikt inny, żadna inna ofiara nie miała podobnej blizny i braku trzech żeber. Blizna była specyficzna, gdyż wtedy były takie metody, że cięcia wykonywano od mostka do kręgosłupa. Była to jedna z pierwszych operacji tego typu w Polsce. Wykonywał ją w 1955 roku znany kardiolog prof. Leon Manteuffel, który usunął Siostrze dwie wady wrodzone serca.

Czyli jest Pan pewien, że pochował Siostrę?

- Tego jestem całkowicie pewien.

Do momentu otrzymania dokumentacji z Rosji pewność taką miała też rodzina śp. Anny Walentynowicz. A jednak doszło w Rosji do zamiany ciał, w związku z czym panią Annę pochowano w Warszawie, w grobie innej osoby.

- To jest naprawdę niewyobrażalne i bardzo współczuję obu rodzinom. Jednak w przypadku mojej Siostry do takiej pomyłki dojść nie mogło, gdyż osobiście wszystkiego dopilnowałem i nie odstępowałem Siostry nawet na krok, aż do momentu złożenia trumny na Wawelu. Nie mam więc podstaw do ekshumacji Marii Kaczyńskiej celem jej ponownej identyfikacji. Powtórzę raz jeszcze to, o czym mówiłem w kwietniu. Po zakończeniu wszystkich czynności w prosektorium w Moskwie, od chwili zidentyfikowania Marylki do złożenia w trumnie i jej zalutowania, stale czuwałem przy Siostrze, modląc się. Na marginesie dodam, że wcześniej pracownicy ambasady uprzedzili mnie, żebym pilnował zwłok Siostry, "żeby nie było chichotu historii" [nawiązanie do historii Stanisława Witkacego, którego szczątki sprowadzono do Polski w roku 1988. Po sześciu latach zrobiono ekshumację, okazało się jednak, że do jego trumny Rosjanie włożyli szkielet kobiety - przyp. red.]. Dlatego nawet na chwilę nie chciałem stracić Siostry z oczu. I po uroczystościach pożegnalnych, które odbywały się w moskiewskim prosektorium, od razu po zalutowaniu trumny, w mojej obecności ruszył kondukt pogrzebowy z honorami wojskowymi do samochodu, którym pojechaliśmy na lotnisko. Byłem przy wkładaniu trumny do samolotu i siedziałem przy niej przez cały lot. Także po dotarciu do Warszawy nie odstępowałem Siostry aż do przyjazdu do Pałacu Prezydenckiego. Później też osobiście towarzyszyłem Parze Prezydenckiej w ostatnim locie do Krakowa, aż do złożenia w sarkofagu na Wawelu. Także nie ma mowy o jakiejkolwiek zamianie w przypadku Marii Kaczyńskiej.

Prokuratura zarządza jednak ekshumacje nie na podstawie wątpliwości rodzin, tylko w przypadku, gdy istnieją poważne nieścisłości i braki w dokumentacji ofiary.

- W wydanym do mediów oświadczeniu wyraziłem się może mało precyzyjnie. Otóż miałem na myśli to, że osobiście nie mam podstaw do ekshumacji Marii Kaczyńskiej celem jej ponownej, podkreślam raz jeszcze - ponownej identyfikacji. Bo nie mam wątpliwości, że moja śp. Siostra spoczywa na Wawelu.

Nie dopatrzył się Pan błędów w dokumentacji dotyczącej śp. Siostry?

- Mówiąc szczerze, to nie zapoznawałem się z nią jeszcze, więc nie mogę nic więcej powiedzieć w tej kwestii. I na zakończenie, w świetle tych faktów, o których mowa, zamiast komentarza mam dwa zasadnicze pytania. Po pierwsze, kto żeruje na tragedii smoleńskiej - ci, którzy dążą do poznania prawdy, czy ci, którzy rozsiewają plotki, kłamstwa, pomówienia i prowokacje? Po drugie, jak można w przyszłości zapobiec podobnej tragedii, nie znając prawdy, bez której nie sposób wyciągnąć odpowiednich wniosków?

Dziękuję za rozmowę.

Marta Ziarnik

Aktualizacja 28 września 2012 (06:20)

Nasz Dziennik