logo
logo
zdjęcie

o. dr Piotr Andrukiewicz CSsR

Wiarygodność IPSOS

Środa, 26 listopada 2014 (17:53)

W poszukiwaniach przyczyn rozbieżności wyników wyborów i wyników badań IPSOS exit poll ciągle brakuje mi wyraźnej deklaracji ze strony IPSOS: tak, pomyliliśmy się o 7 procent. Jesteśmy niewiarygodni. Na przyszłość nie traktujcie poważnie naszych przewidywań, bo są one wysoce nieprawdopodobne.

Dotąd uważano, że badanie exit poll cieszy się bardzo wysokim stopniem prawdopodobieństwa, a jego wyniki niewiele odbiegały od rzeczywistych, osiągając margines 2 proc. Wszystkie wieczory wyborcze opierały się na wynikach sondażu tego samego typu, przeprowadzanego na niezwykle pokaźnej grupie badawczej (czasem rzędu kilkudziesięciu tysięcy respondentów). Przypomnijmy, że tym razem IPSOS przeprowadził badanie przed 845 losowo wybranymi lokalami wyborczymi z udziałem ok. 85 tys. respondentów.

Instytucje sondażowe stale udoskonalają swoje metody, chcąc osiągnąć jak najwyższą zgodność ich przewidywań z rzeczywistymi wynikami. Firma badawcza IPSOS – zgodnie z informacją zamieszczoną na stronach internetowych – jest trzecią co do wielkości firmą badawczą na świecie, obecną w 84 krajach. Zatrudnia ponad 16 tys. pracowników i pracuje dla 5 tys. klientów na całym świecie. W 2013 roku przeprowadziła ponad 70 mln wywiadów. IPSOS posiada wieloletnie międzynarodowe doświadczenie w realizacji badań społeczno-politycznych (sektor Public Affairs) oraz badań exit poll. W tym roku w Polsce IPSOS perfekcyjnie przewidział wyniki głosowania do Parlamentu Europejskiego, które odbyło się 25 maja br.

Po podaniu oficjalnych wyników przez Państwową Komisję Wyborczą okazało się, iż IPSOS idealnie przewidział wynik wyborów, przeprowadzając tym samym jedno z najlepszych pod tym względem badanie w całej historii badań exit poll w Polsce.

Co się nagle wydarzyło, że ta wyjątkowo precyzyjna instytucja badawcza popełniła tak poważne błędy, które podważają sens jej istnienia i wiarygodność na przyszłość? Nie słyszę wyjaśnień i ukorzenia się z powodu pomyłki, które ogłaszałaby ta szacowna instytucja. Próbuje się wyjaśniać rozbieżność liczbą głosów nieważnych. Takiego jednak wytłumaczenia nikt myślący nie będzie traktował poważnie. Głosy nieważne oddawali przecież wyborcy różnych ugrupowań. Oskarżanie wyborców PiS, że nie wiedzą, gdzie postawić krzyżyk, bo to są przeważnie starsze i niewykształcone osoby, jest jednym z najbardziej podłych i obraźliwych wyjaśnień, zwłaszcza w świetle informacji, że na PiS głosowali w dużym stopniu ludzie młodzi. Śmieszy mnie tłumaczenie wysokiego zwycięstwa PSL w Gdyni (wzrost poparcia o 1100 proc.) umieszczeniem na liście pana Kupcewicza. Ilu sportowców i celebrytów startowało w dotychczasowych wyborach? Wielu z nich nie uzyskało mandatu, nawet startując z listy partii rządzącej, choćby – bardziej od Kupcewicza znana w Polsce i świecie – Otylia Jędrzejczak. Nagle wyborcy w Gdyni uznali, że emerytowany piłkarz będzie najlepszym samorządowcem, zwłaszcza reprezentując PSL? W to nie uwierzą nawet dzieci, a próbują nam to sprzedać „poważni” politycy i publicyści. Niektórzy komentatorzy twierdzą, że to książeczka wpłynęła na wyniki wyborów, gdyż niektórzy wyborcy byli zdezorientowani i przez pomyłkę zaznaczali kandydata na pierwszej stronie. A przecież książeczki stosowano już w innych wyborach, na przykład w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego, i nie wygląda na to, by Solidarna Polska skorzystała z pierwszej strony. Nie osiągnęła nadzwyczajnego sukcesu.

Nigdy dotąd nie było podstaw kwestionowania wyników wyborów i w całej historii III RP żadna z partii w oficjalnych stanowiskach (choć bywały niekiedy wątpliwości co do uczciwości przeprowadzanych wyborów) nie podważała ogłoszonych wyników. Zgłaszano błędy i naruszenia, ale wyniki przyjmowano jako obowiązujące, nawet w wypadku porażek niektórych ugrupowań. Nieprawdziwa jest informacja, że PiS zawsze tak postępowało. Nigdy nie kwestionowało ważności wyborów, nawet przegrywając. Rodzące się obecnie wątpliwości nie wynikają ze strategii niezadowolonych z wyników, sfrustrowanych polityków, jak chcieliby prominenci z PO i PSL i wtórujący im dziennikarze zaprzyjaźnionych mediów, tylko z zastrzeżeń mających realne podstawy.

Obrońcy prawdziwości wyniku wyborów przyjęli sprytną strategię: jak wam się nie podoba, jak wiecie o nadużyciach i błędach, to idźcie do sądu. Sąd jednak nie będzie wyjaśniał, dlaczego zaistniała różnica pomiędzy prawie pewnymi wynikami ogłoszonymi w wieczór wyborczy, a ostatecznie zliczonymi. Tym się sąd nie zajmuje. A gołym okiem widać, że różnica jest, i to zwłaszcza na niekorzyść tylko jednej partii.

Chciałbym zobaczyć przyszły wieczór wyborczy, np. po wyborach parlamentarnych, podczas którego prowadzący ogłoszą: „Prosimy nie traktować podanych wyników poważnie, bo one mogą być zupełnie niewiarygodne, bo obarczone są marginesem błędu rzędu 7 procent, co może całkowicie zmienić rezultat wyborów”.

o. dr Piotr Andrukiewicz CSsR

Aktualizacja: Środa, 26 listopada 2014 (20:13)

NaszDziennik.pl