logo
logo

Zdjęcie: R.Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Operacja ze zdjęciami

Czwartek, 18 października 2012 (06:06)

Opublikowane przez rosyjskiego blogera drastyczne zdjęcia ofiar katastrofy zrobiono "prawdopodobnie w tym momencie, kiedy na miejscu nie było Polaków" - stwierdził wczoraj szef MSW Jacek Cichocki. Tymczasem dwie z fotografii wykonano 11 kwietnia 2010 r., a więc w czasie, gdy w Smoleńsku przebywało pięciu prokuratorów wojskowych, z gen. Krzysztofem Parulskim na czele.

Były szef Naczelnej Prokuratury Wojskowej z dwoma innymi śledczymi przyleciał na miejsce katastrofy dzień wcześniej, czyli 10 kwietnia. Parulski uczestniczył w nocnej sekcji zwłok prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jedno z opublikowanych zdjęć dotyczy właśnie tej czynności. W Smoleńsku razem z nim byli 10 kwietnia płk Zbigniew Rzepa i płk Ireneusz Szeląg, którzy - jak wynika z odpowiedzi MON na interpelację poselską - brali "udział w czynnościach śledczych". Z informacji przekazanych "Naszemu Dziennikowi" przez prokuratora Rzepę wynika, że wylecieli do Smoleńska o godz. 15.30.

Szczególnie bulwersującym wątkiem w całej sprawie jest zachowanie prokuratora generalnego. Bo choć ABW dysponowała informacją o zdjęciach 28 września, to Andrzej Seremet uznał za stosowne wysłać zapytanie do Komitetu Śledczego Federacji Rosyjskiej dopiero, kiedy publikacją zajęli się dziennikarze, czyli wczoraj (17 października).

Komitet Śledczy FR zaprzeczył wczoraj, jakoby zdjęcia pochodziły z akt rosyjskiego śledztwa. Moskwa zapewnia, że podjęła kroki zmierzające do usunięcia tych materiałów ze środków masowego przekazu, ustalenia osoby, która wykonała i upubliczniła zdjęcia, a także wyjaśnienia motywów danych działań.

Błędy przeszłości

Wyciek zdjęć sekcyjnych ofiar katastrofy smoleńskiej to pokłosie braku ustaleń pomiędzy stroną polską i rosyjską w zakresie ochrony wrażliwej dokumentacji i opieszałości w pozyskiwaniu materiałów dowodowych.

W ocenie mec. Piotra Pszczółkowskiego, szokująca i naganna moralnie publikacja zdjęć ofiar katastrofy smoleńskiej w internecie na rosyjskich serwerach jest m.in. konsekwencją tego, że śledztwo nie było prowadzone z właściwym udziałem polskich prokuratorów.

- Gdyby śledztwo było jedno, byłyby też jasne reguły obchodzenia się z materiałem dowodowym i być może nie dochodziłoby do tego rodzaju wycieków - ocenił pełnomocnik. Jak zauważył, jeśli nawet - jak tłumaczono - nie dało się poczynić szczegółowych ustaleń "ad hoc", to formułę współpracy można było wypracować w kolejnych miesiącach i korzystać z niej obecnie. Nie zrobiono tego. Ne ustalono też, w jaki sposób należy obchodzić się z wrażliwymi materiałami.

- Ta kwestia powinna być przedmiotem ustaleń strony polskiej i rosyjskiej. To, że nie zapytano o to, jak traktowane są tego rodzaju wrażliwe materiały, czy są one odpowiednio strzeżone, jest zaniedbaniem ze strony polskiej administracji i prokuratury - twierdzi pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego.

W ocenie mec. Pszczółkowskiego, pojawianie się materiałów w internecie to także skutek braku osiągnięć w pozyskiwaniu materiału dowodowego z Rosji. Gdyby spływał we właściwym tempie, nie stałby się przedmiotem wtórnego obiegu.

Wszystko na pokaz

Rosjanie nie przykładali większej wagi do ochrony wrażliwych zdjęć. Dokumentacja sekcyjna ciała prezydenta została bez większych przeszkód okazana dziennikarzom "Naszego Dziennika" przez lekarza Michaiła Maksymienkowa już w sierpniu 2010 r., choć nie powinien tego uczynić bez zgody prokuratury.

- Obecna sytuacja pozwala sądzić, że w niedługim czasie będzie można kupić taśmy lub całe rejestratory albo wrak samolotu lub jego fragmenty. Skoro były przypadki niesubordynacji osób wykształconych, to przecież może być tak, że podobne podejście do sprawy będzie miał strażnik czarnych skrzynek. A może i żołnierze, którzy strzegą wraku, dojdą do wniosku, że skoro waży kilka ton, to jak się sprzeda kilka kilogramów, nikt tego nie zauważy? To przerażające, ale to wynika właśnie z tej opieszałości - wskazuje mecenas.

Jakie zdjęcia oferowano?

Pszczółkowski skierował do Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie wniosek o przesłuchanie dziennikarza "Super Expressu". Chodzi o ustalenie, czy zdjęcia, które mu oferowano, są zbieżne z materiałem dowodowym zgromadzonym przez polskich śledczych.

- Ja tych zdjęć nie znam, bo zgodnie z decyzją prok. Ireneusza Szeląga, szefa warszawskiej WPO, takie materiały posiadają klauzulę "zastrzeżone" i nie są mimo moich wniosków przedmiotem możliwym do analizy przez pełnomocników - zaznacza. Zdjęcia są posegregowane w teczkach, dotyczą konkretnych ofiar i w takim zakresie są udostępniane.

Zdaniem mecenasa, dziennikarz powinien skonfrontować swoją wiedzę z materiałem dowodowym i zweryfikować, czy oferowane mu fotografie to na pewno te, które zostały opublikowane w internecie, czy też inne, i czy na pewno nie pochodzą one z akt WPO.

Sprawa jest o tyle istotna, że dziennikarz twierdził, iż nie kupił zdjęć z materiałów sekcyjnych z Moskwy, a publikowane fotografie prawdopodobnie pochodzą ze Smoleńska. A to wskazywałoby na inne źródło ich pochodzenia.

- Dziennikarz powinien opisać, jakie zdjęcia mu oferowano. Szczególnie że nie mamy pewności, iż były to dokładnie te opublikowane w internecie. Przypomnę, że wspominał on m.in. o dokumentacji fotograficznej ze stołów sekcyjnych w Moskwie, a wiemy, że w internecie pokazano zdjęcie - wydaje się - z sekcji śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. A ta była przeprowadzona w Smoleńsku - dodaje Pszczółkowski. Jeśli zatem dziennikarzowi oferowano inne materiały niż już opublikowane, to zapewne są to fotografie robione przez osoby bezpośrednio związane ze śledztwem.

(Nie)świadoma wrzutka

Jarosław Gowin ocenił, że nie ma podstaw, by publikację zdjęć uznać za "świadomą wrzutkę Rosji wobec Polski". Sprawa ma być tematem rozmowy z ministrem sprawiedliwości Rosji. Minister dodał, że trzeba wyjaśnić, jak zdjęcia trafiły na rosyjski portal, i zapewnił, że "wszystkie odpowiednie organy państwa działają w tej sprawie". W ocenie ministra, zdjęcia mogą pochodzić z akt rosyjskiego śledztwa. Ale pewności nie ma. Polska prokuratura zapewnia, że zdjęcia nie pochodzą z akt polskiego śledztwa w sprawie katastrofy.

Formy represji

Z oceną Gowina nie zgadza się mec. Bartosz Kownacki. Według niego, nie ma przypadkowości. Wskazuje, że są to materiały m.in. z prosektorium, do którego osoby postronne nie miały dostępu.

- Wygląda na to, że zdjęcia wykonał któryś z rosyjskich funkcjonariuszy, a kiedy pojawiły się wątpliwości co do identyfikacji ciał, to w drodze pewnej represji, a być może i innych ukrytych celów, Rosjanie zdecydowali się upublicznić te zdjęcia. W mojej ocenie, istnieje tu wysokie prawdopodobieństwo, że mamy do czynienia z celowym działaniem rosyjskich służb specjalnych - zaznacza.

Zdaniem Kownackiego, po publikacji fotografii na blogu nietrudno ustalić źródło ich pochodzenia, a idące za tym ryzyko wskazuje, że tego rodzaju publikacja nie ukazałaby się bez zgody służb. Według pełnomocnika, jeśli publikowany materiał jest w aktach polskiego śledztwa, to w Polsce z urzędu powinno zostać wszczęte postępowanie karne w tej sprawie. Podobne kroki powinni wszcząć rosyjscy śledczy.

- Jako pełnomocnik nie jestem w stanie ocenić, czy zdjęcia wyciekły z polskich akt, czy też nie, bo polska prokuratura wprowadza nadmierne ograniczenia utrudniające nam pracę. Niestety, z drugiej strony zdjęcia mogły znaleźć się w internecie. A tego rodzaju materiały nie powinny być w ogóle publikowane - dodaje.

Kierownictwo do zadań medialnych

Rażące jest to, że Jarosław Gowin i Andrzej Seremet podjęli kroki dopiero wczoraj, po nagłośnieniu sprawy w mediach - przeszło dwa tygodnie po tym, jak informacja o publikacji trafiła do polskich służb.

ABW zabezpieczyła opublikowane fotografie i powiadomiła prokuraturę wojskową. Skontaktowała się ze służbami krajów, gdzie odnaleziono zdjęcia, w celu zablokowania ich publikacji. Po interwencji Rosja oraz Ukraina zablokowały wskazane strony internetowe. Nie udało się to z domenami niemieckimi i amerykańskimi, bo służby tych państw nie mogły tego uczynić z uwagi na ograniczenia prawne. ABW zwróciła się też 1 października do szefa Rosyjskiej Służby Bezpieczeństwa (FSB) z prośbą o wyjaśnienie zaistniałej sytuacji.

W ocenie Kownackiego, jeśli rzeczywiście ABW wiedziała o sprawie od przeszło dwóch tygodni, a dopiero teraz minister sprawiedliwości i prokurator generalny zaczynają działać, to jest to ich przyznaniem się do błędu.

- To też pokazuje, że polskie państwo nie funkcjonuje właściwie, i widzimy, że dzieje się tak niezależnie od tego, czy chodzi o budowę stadionu, przygotowanie wizyty prezydenta czy ochronę godności osób, które zmarły w katastrofie. Dopiero gdy problem staje się medialny, instytucje zaczynają działać - zaznacza.

Inicjatywę - także dopiero po nagłośnieniu sprawy - wykazał Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych, który w swoim stylu - na Twitterze - zaapelował, by nie powielać w polskich mediach drastycznych zdjęć.

Polecił też wezwać do MSZ ambasadora Federacji Rosyjskiej Aleksandra Aleksiejewa. W czasie spotkania wiceminister Jerzy Pomianowski przekazał Aleksiejewowi wyrazy oburzenia "z powodu opublikowania w internecie wykonanych przez funkcjonariuszy rosyjskich drastycznych zdjęć ciał ofiar katastrofy samolotu rządowego w Smoleńsku 10 kwietnia 2012 roku".

Polska oczekuje od władz rosyjskich stanowczych działań, natychmiastowego śledztwa w tej sprawie i ukarania winnych wycieku oraz dobrej współpracy strony rosyjskiej z ABW i prokuraturą.

Co istotne, Jacek Cichocki, szef MSW, potwierdził, że już kilka tygodni temu kanałem służb specjalnych zadano Rosji kategoryczne pytanie, dlaczego zdjęcia się pojawiły w internecie, oraz wysłano żądanie o ich usunięcie. Odpowiedzi nie ma.

Marcin Austyn

Nasz Dziennik