logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Tabletka, która niesie śmierć

Wtorek, 17 lutego 2015 (11:03)

Aktualizacja: Wtorek, 17 lutego 2015 (11:05)

Z Jackiem Brodzińskim, magistrem farmacji, aptekarzem, wykładowcą farmakologii w Medycznej Szkole Policealnej w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Polski rząd ostatecznie zdecydował, że pigułka „dzień po” będzie dostępna bez recepty dla dziewcząt, które ukończyły 15. rok życia. Jak aptekarze oceniają ten fakt?

– Aptekarze są głęboko zaniepokojeni przede wszystkim, jeśli chodzi o zdrowie dziewcząt, które będą stosować ten preparat. Substancja czynna zawarta w tej tabletce, czyli octan uliprystalu, działa na receptor progesteronowy, blokując go. Tym samym powoduje, że progesteron nie ma szans zadziałania, a co za tym idzie – nie może być utrzymana ciąża. W tym układzie zarodek, który powstanie u matki po zapłodnieniu, nie może zaimplantować się w macicy. To jest pierwszy z mechanizmów działania, który nam, aptekarzom, się nie podoba. Naszym powołaniem jest służyć zdrowiu i życiu pacjentów, a nie działać przeciwko. Drugi aspekt to zdrowie kobiety. Okazuje się bowiem, że rozhuśtać organizm za pomocą bomby hormonalnej, jaką jest ta tabletka, jest bardzo łatwo, natomiast powrócić do stanu właściwego, uregulować cykl itd. jest już niezwykle trudno. Wystarczy tylko spojrzeć na charakterystykę produktu leczniczego, by dowiedzieć się, jak wiele jest tam działań niepożądanych. Niepokoi nas również to, że substancja czynna zawarta w tej tabletce, wspomniany octan uliprystalu, nie została przebadana na dzieciach, a więc na osobach poniżej 18. roku życia. I tak naprawdę nie wiemy, jaki wpływ na organizm młodej kobiety, z nie do końca jeszcze wykształconym układem hormonalnym, może mieć taka tabletka. Ponadto nie ma badań na temat wpływu tej substancji farmakologicznej na powstałe i zaimplantowane w macicy życie. Nie wiemy też, co stałoby się, gdyby taki preparat wzięła kobieta będąca w stanie błogosławionym. Możemy się spodziewać, że utraciłaby swoje dziecko. Dlatego sprzeciwiamy się wprowadzeniu tabletki do sprzedaży bez recepty.

Dlaczego tak niebezpieczne jest wprowadzenie tego specyfiku bez żadnych ograniczeń?

– Wprowadzanie go do sprzedaży nieograniczonej, odręcznej, bez żadnej kontroli, bez badania, bez zaleceń czy sprawdzenia, czy kobieta nie jest w ciąży, może mieć nieodwracalne skutki zdrowotne dla niej i dla dziecka. Istnieje też obawa, że pacjentki, korzystając z furtki, rozszerzą sobie wskazania do stosowania tej tabletki do przerywania ciąży. Warto też zauważyć, że wchodząca w skład tabletki „dzień po” cząsteczka uliprystalu jest bardzo podobna do cząsteczki „słynnego” mifepristonu, który jest substancją czynną tabletki RU-486, czyli tej, która służy do farmakologicznej aborcji i jest dopuszczona do legalnego obrotu we Francji. Tam też za pomocą tej tabletki można abortować dzieci nawet kilkumiesięczne.  

Odnosząc się jednak do tabletki „dzień po”, czy wolno nazywać lekiem preparat, który niszczy zdrowie kobiety czy też zabija poczęte dziecko?

– Niestety, definicje obowiązujące w świecie naukowym określają mianem produktu leczniczego, czyli potocznie lekiem, wszystkie substancje, które służą do diagnostyki zmian w układzie organizmu, do leczenia czy do profilaktyki. Jeżeli przyłożymy do tego preparatu miarę definicji naukowej, to – owszem – mieści się on w ramach produktu leczniczego. Natomiast bynajmniej octan uliprystalu nie jest substancją, która wyleczyłaby jakąkolwiek chorobę. Owszem, octan uliprystalu w sześciokrotnie mniejszej dawce niż w przypadku tej pigułki, pod nazwą Esmya, stosowany jest w leczeniu mięśniaków macicy, ale nawet w tej zmniejszonej dawce jest on na receptę.

Czym różni się działanie wczesnoporonne od antykoncepcyjnego?    

– Media szafują ostatnio tymi dwoma pojęciami, niekoniecznie w sposób poprawny przedstawiając ten problem. Warto wiedzieć, że niedawno Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wprowadziła nową definicję ciąży, według której nie zaczyna się ona od poczęcia, ale od zagnieżdżenia zarodka w macicy. Jest to określenie bardzo przewrotne. W związku z tym w świecie naukowym, w różnych opisach czy charakterystykach wszystkie preparaty farmaceutyczne, które mają za zadanie nie dopuścić do rozwoju zarodka przed implantacją, są nazywane antykoncepcyjnymi, natomiast te, które działają już po implantacji, a więc po zagnieżdżeniu zarodka w macicy, określa się mianem wczesnoporonnych. Tymczasem my wiemy – i nie trzeba do tego naukowych wywodów medyków czy też biologów – że życie zaczyna się w momencie poczęcia i w tym układzie na odcinku od poczęcia do implantacji, co trwa ok. 6-7 dni, czasem krócej, bo 5 dni, mamy już do czynienia z życiem. I wszystkie preparaty farmakologiczne czy chemiczne, które działają na to powstałe życie w tym spornym przedziale czasowym, czyli pomiędzy poczęciem a zagnieżdżeniem zarodka, przewrotnie, ale – podkreślmy – zgodnie z obowiązującymi definicjami, są nazywane preparatami antykoncepcyjnymi, choć ewidentnie są skierowane przeciwko powstałemu życiu.          

Skoro pigułka „dzień po” to nie lek, a jedynie produkt farmaceutyczny, to czy apteka jest w ogóle odpowiednim miejscem do dystrybucji tego preparatu?

– Pigułka „dzień po” niczego nie leczy. Nie okłamujmy się – ciąża nie jest chorobą, ciąża jest stanem fizjologicznym, a więc to nie jest żadna patologia. Nie należy więc mówić, że kobiety w ciąży trzeba leczyć. Niestety, w nomenklaturze prawniczej jest to produkt leczniczy, a te mogą być dystrybuowane tylko i wyłącznie poprzez apteki. Zatem w świetle przepisów prawa niestety nie ma innej możliwości.

Skoro tak, to może należałoby zmienić, a przynajmniej doprecyzować istniejące przepisy prawa?

– Oczywiście, że tak. Jestem za tym, aby doprecyzować prawo, żeby wszystkie preparaty, które nie służą człowiekowi, nie służą poprawie jego stanu zdrowia, zostały wyeliminowane z rynku farmaceutycznego. Problem w tym, czy w obecnym układzie jesteśmy to w stanie załatwić.

Patrząc od strony farmaceuty... Da się pogodzić sprzedaż pigułki „dzień po” z sumieniem i etyką zawodową?

– Nie da się tego pogodzić. Aptekarz, zwłaszcza aptekarz katolik, to osoba szczególnie zatroskana o zdrowie i życie człowieka, nie tylko tego, który jest zdolny do samodzielnej egzystencji, ale także osoby bezbronnej, poczętej w łonie matki. Znam przypadki aptekarzy, którzy – korzystając z tzw. klauzuli sumienia, która de facto dotyczy tylko lekarzy i pielęgniarek – odmawiali wydawania tego typu preparatów i przez to tracili pracę. Sprawa jest zatem poważna. Za chwilę w różnych mediach pojawią się reklamy tego preparatu, bo prawo farmaceutyczne zabrania reklamowania tylko tych preparatów farmaceutycznych, które są wydawane z apteki na podstawie recepty, ale wszystkie pozostałe, które są sprzedawane bez recepty, można reklamować bez ograniczeń. To bardzo niebezpieczne. W mojej ocenie, będzie to prowadziło do upowszechnienia bardzo ryzykownych zachowań seksualnych wśród młodzieży.

Wspomniał Pan, że pewnym zabezpieczeniem lekarzy oraz pielęgniarek i położnych jest klauzula sumienia. A jak farmaceuci katoliccy będą się przeciwstawiać tej fali związanej z aborcją farmakologiczną na życzenie, którą de facto jest pigułka „dzień po”?

– Jesteśmy skupieni w Stowarzyszeniu Farmaceutów Katolickich Polski, które gromadzi ludzi o podobnych poglądach. Pomagają nam także media katolickie. Bardzo pozytywnie oceniamy inicjatywy, jak chociażby podjętą niedawno przez radnych Sejmiku Województwa Podkarpackiego, którzy sprzeciwili się wprowadzeniu do sprzedaży bez recepty pigułki „dzień po”. Liczymy też, że parlamentarzyści podejmą stosowną inicjatywę, która wprowadziłaby zmiany do prawa farmaceutycznego, które umożliwiałyby lekarzom odmowę wypisywania recept na środki skierowane przeciwko życiu, a farmaceutom odmowę wydania tych środków z apteki.

W Wielkiej Brytanii ulotka dołączona do preparatu „dzień po” zawiera informacje o jego działaniu wczesnoporonnym. A jak jest w polskiej wersji?

– U nas też do tego preparatu jest dołączona ulotka. W przypadku preparatów postkoitalnych – a takim jest tabletka „dzień po” – informacje na temat działania są bardzo często „zaszyfrowane” językiem naukowym czy terminologią medyczną, które dla większości osób są niezrozumiałe. Jeżeli czytamy np., że preparat ma działanie antynidacyjne, tj. implantacyjne, to tak naprawdę pacjentce nic to nie mówi. Tymczasem oznacza to, że preparat ten uniemożliwia zarodkowi zagnieżdżenie się w macicy. Trudno się zatem dziwić, że najczęściej osoby, które chciałyby się dowiedzieć szczegółów na temat działania tego typu preparatów i być może zrezygnować z jego zakupu, mają z tym poważny kłopot.

Działania kamuflujące mogą być celowe?

– Trudno mi autorytatywnie oceniać, jaka jest intencja firm farmaceutycznych czy osób odpowiedzialnych za wprowadzanie tego typu preparatów do obrotu. Jednak z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że coś jest na rzeczy. Chodzi o to, aby zaciemnić autentyczny obraz, a wszystko ma aspekt komercyjny.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl