logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Pacjent się nie liczy

Czwartek, 12 marca 2015 (03:20)

Ze Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Sytuacja w służbie zdrowia jest coraz bardziej napięta: w przychodniach rosną kolejki pacjentów, brakuje lekarzy. Jak ten problem wygląda w skali kraju?

– Trudno mi podać jakieś konkretne, rzeczowe statystyki, bo taka wiedza i takie dane są zarezerwowane dla Ministerstwa Zdrowia. Jednak jak uczy mnie moje doświadczenie, wiedza ta jest wykorzystywana przy okazji załatwiania konkretnych interesów. Natomiast na ogół podawane są nieprawdziwe, a w najlepszym wypadku wątpliwe informacje. Za to pewne jest to, że średnia wieku lekarza w Polsce przekracza 50 lat. Jak tak dalej pójdzie, to ta luka pokoleniowa będzie niemożliwa do wypełnienia. Starsi lekarze odejdą na emerytury i pytanie, kto ich zastąpi. Władze i wszyscy odpowiedzialni za stan systemu ochrony zdrowia w Polsce, chcąc pokazać się z jak najlepszej strony i zafałszować rzeczywistość, używają manipulacji, posługują się półprawdami, ćwierćprawdami, żeby tylko osiągnąć pożądany efekt. To metody podobne do tych, jakimi posługuje się Putin, tyle tylko, że on gra w ekstraklasie, a tu mamy graczy – powiedzmy – z okręgówki. Tak to niestety funkcjonuje.

Z jednej strony rząd niby zachęca do studiowania, a z drugiej tym, którzy kończą studia medyczne, ogranicza się miejsca rezydenckie...

– Ukończenie uniwersytetu medycznego to zaledwie początek drogi, którą każdy młody lekarz musi pokonać. Ogranicza się miejsca rezydenckie, bo płaci za nie państwo i to jest złe podejście. Robienie specjalizacji poprzez rezydentury jest błędem systemowym, który powoduje, że z jednej strony lekarze bardzo często nie mają możliwości kształcenia w dziedzinie, w której by chcieli, a z drugiej są zmuszeni chodzić na pasku władzy. Specjalizacja jest bowiem finansowana, a jednocześnie reglamentowana przez resort zdrowia. To wszystko sprawia, że wielu lekarzy nie robi tego, co było ich marzeniem, tylko – mówiąc kolokwialnie – bierze się za to, co jest do wzięcia.

Jak wygląda dalsza ścieżka rozwoju zawodowego?

– Jeżeli już lekarz osiągnie pewien pułap rozwoju zawodowego i wiedzy, to okazuje się, że system kolejny raz daje się mu we znaki. Ustawa refundacyjna uczyniła wykonywanie zawodu lekarza dokuczliwym i niewdzięcznym, a pakiet onkologiczny i kolejkowy zafundowany przez ministra Bartosza Arłukowicza i całą tę ekipę był jakby drugim aktem tej samej sztuki dopełniającym dzieło niszczenia. W tej sytuacji coraz trudniej jest lekarzom pracować, a dodatkowo pani Krystyna Barbara Kozłowska, czyli pożałowania godna rzecznik praw pacjenta, wręcz szantażuje lekarzy, strasząc ich kontrolami, grożąc konsekwencjami. Ten dziki klimat sprawia, że większość, a przynajmniej duża grupa lekarzy decyduje się na wyjazd z kraju. Nasze społeczeństwo coraz bardziej się starzeje i dojdzie do sytuacji, że tymi ludźmi nie będzie się miał kto opiekować. Starsi lekarze, którzy są już przyzwyczajeni do takiej formy traktowania, ucisku czy wręcz wyzysku niczym chłop pańszczyźniany, jeszcze jakoś funkcjonują, ale młodzi już tacy naiwni nie są.

Wspomniał Pan o tym, że rezydentura to złe rozwiązanie. Co zatem zamiast?

– Może warto sięgnąć do starych, sprawdzonych metod, chociażby kiedy ja robiłem specjalizację. Poszedłem do pracy i zakład zafundował mi stypendium. Po ukończeniu studiów jako młody lekarz wróciłem do tego zakładu, który to stypendium ufundował. Taki lekarz z jednej strony miał poczucie, że jest potrzebny, a z drugiej strony nie był związany nakazowym systemem wyboru specjalizacji. Bez problemu można było wybrać specjalizację, w której dany lekarz chciał się rozwijać. Dzisiaj mamy jakieś pseudokonkursy, co powoduje, że cała ta procedura jest skomplikowana, niejasna, a przede wszystkim zniechęcająca. Już u początku tak wytyczonej ścieżki zawodowej lekarzowi wkłada się chomąto na szyję, co sprawia, że czuje się on bardziej niewolnikiem, zakładnikiem, małym trybikiem w maszynie, ale na pewno nie przedstawicielem wolnego zawodu.

Kiedyś panowało przekonanie, że lekarz to przedstawiciel zawodu tzw. zaufania publicznego. A dzisiaj?

– Po tym, jak minister Arłukowicz przedstawia nasze środowisko, chyba trudno określić zawód lekarza jako zawód zaufania publicznego. W oczach tego rządu, ale poprzedniego też, jesteśmy kombinatorami, alkoholikami, do tego wyłudzamy pieniądze, bierzemy łapówki np. za ominięcie kolejki, a wreszcie źle leczymy. Proszę mi powiedzieć, czy po takiej rekomendacji można jeszcze być godnym zaufania. Niestety, taki przekaz poszedł w Polskę. Trudno to zmienić, bo tuba propagandowa tego rządu jest potężna i trzeba byłoby wiele milionów złotych, żeby tej zmasowanej i kłamliwej propagandzie się przeciwstawić. Dodatkowym paradoksem jest to, że ten system ogłupiania i manipulacji funkcjonuje za pieniądze nas wszystkich, Polaków.

Jaką motywację może mieć młody człowiek, który chce rozpocząć studia na kierunku lekarskim?

– To trudne pytanie. Na szczęście ciągle są pasjonaci, młodzi ludzie, którzy mają poczucie misji, dla których medycyna jest jedyną rzeczą, którą chcieliby się zająć, a pacjent jest tym, któremu chcą służyć i leczyć go. Takich ludzi najbardziej szkoda, bo w normalnych warunkach osiągnęliby bardzo dużo z korzyścią dla chorych, tymczasem będą musieli udowadniać, że są uczciwi, że nie są źli, że coś potrafią. W tych warunkach będzie im się bardzo ciężko przebić. Są również tacy, którzy traktują medycynę jako dobry, wysoko kwalifikowany zawód, bo tak jest na całym świecie, i oczekują, że za swoją pracę będą odpowiednio wynagradzani. Zetknięcie z brutalną rzeczywistością jednych i drugich jest bardzo bolesne, są bowiem zmuszeni udowadniać urzędnikom różnej maści – począwszy od ZUS, poprzez NFZ, na dyrektorach skończywszy, nie wyłączając ministra zdrowia – że nie są wielbłądami. W tej sytuacji pakują manatki i wyjeżdżają z tego kraju. Proszę mi wierzyć, są jeszcze pasjonaci, którzy chcą i będą pracować w każdych warunkach, i to oni niestety odczują najbardziej skutki tego chorego systemu.

Dlaczego medycyna rodzinna, która miała być filarem podstawowej opieki zdrowotnej i rozwiązać problemy z dostępem pacjentów do lekarza, zaczyna ginąć w oczach?

– Pakiet onkologiczny ujawnił przewrotność tego całego systemu. Nie robi się czegoś trwałego, tylko buduje się kolejną fasadę, coś, co ma ukryć rzeczywiste intencje decydentów, którzy nieudolnie sprawują rządy. Tak jest z medycyną rodzinną, która jest źle pomyślana, błędnie skonstruowana od samego początku. Lekarz, który ma finansować badania, który je zleca, jest źle motywowany i to jest wada tego systemu. Ponadto lekarze są obciążeni różnymi funkcjami administracyjnymi, szczegółową sprawozdawczością narzuconą przez NFZ, który zbiera informacje niczym komórka wywiadu, a nie jak bank, który ma płacić za usługi zdrowotne. Przy okazji warto się zastanowić, po co komu tak rozbudowana baza danych, która niczemu dobremu nie służy, za to spełnia wszystkie cechy wszechpotężnej inwigilacji pacjentów i lekarzy. To wszystko sprawia, że lekarze są przeciążeni pracą administracyjną, która kradnie im czas potrzebny na leczenie. Ponadto w krajach cywilizowanych lekarze rodzinni mają o połowę mniej pacjentów i mogą im poświęcić więcej czasu. W Polsce lekarz rodzinny ma pod swoją opieką przeciętnie 2,5 tysiąca pacjentów i to powoduje, że nie ma dla nich czasu. Jest czymś w rodzaju człowieka orkiestry, który musi sprawdzić m.in. ubezpieczenie, stopień refundacji leku itp. Tego nie ma na całym świecie, dlatego ten system musi się zawalić.

Lekarz przestał być lekarzem, a stał się świadczeniodawcą, a pacjent świadczeniobiorcą…

– To całe zamieszanie zostało zapoczątkowane ustawą o działalności leczniczej z 2011 r., gdzie są właśnie takie niezrozumiałe definicje, nazwy czy sformułowania, które świadczą o tym, że medycyna została odhumanizowana. To już nie jest kontakt leczącego z chorym, tylko to jest kontakt jednego podmiotu, który ma jakieś potrzeby zdrowotne, i drugiego podmiotu, który ma te potrzeby zaspokoić. Czymś takim najłatwiej sterować i kontrolować, tymczasem o leczeniu nie ma tu mowy. Chodzi o to, aby system maksymalnie skomplikować, żeby nikt nie był w stanie sprawdzić, jak to naprawdę działa, a przede wszystkim ukryć niedobór środków. Nawet Czesi przeznaczają na ochronę zdrowia 7 proc. PKB, a my bodajże 4,2 proc. System ochrony zdrowia nie będzie funkcjonował bez pieniędzy, tymczasem Ministerstwo Zdrowia chce leczyć biegunkę papierem toaletowym. To najlepiej oddaje istotę tego całego systemu. Usuwa się objawy, maskuje zaniedbania, natomiast nie usuwa się faktycznej przyczyny. Jeżeli więc tak skonstruowany system nie działa, to trzeba znaleźć winnego. Wszystko w myśl powiedzenia, którego używano za komuny: system jest dobry, tylko zawinił człowiek. Teraz jest dokładnie to samo, ta sama szkoła. Trudno się zatem dziwić, że tak wielu lekarzy wyjeżdża z tego kraju i swoją przyszłość wiąże z pracą na obczyźnie.

Według różnych źródeł, w ciągu ostatnich lat za granicę mogło wyjechać nawet 12 tysięcy polskich lekarzy specjalistów. Jak można zatrzymać ich w Polsce?

– To jest problem, który nikogo na szczytach władzy nie interesuje. Wszyscy wiedzą, że lekarzy u nas brakuje, a mimo to nikt nie ruszył palcem, żeby tych ludzi, których wykształcenie kosztowało olbrzymie pieniądze, zatrzymać w Polsce. Przecież ci lekarze nie wyjechali w jednej chwili, tylko stopniowo. Można za to było usłyszeć argumentację, że jak ktoś chce wyjechać, to droga wolna, a braki uzupełni się lekarzami ze Wschodu, którzy przyjmą ofertę w Polsce z pocałowaniem ręki. Dla NFZ to żaden problem, kto będzie leczył, nieważne też, jaki będzie wynik leczenia – czy pacjent będzie żył czy umrze, byle tylko było tanio. Pytanie też, czy nasi pacjenci chcieliby, aby zajmowali się nimi lekarze zza wschodniej granicy. NFZ to instytucja, która została powołana przez polityków, których cechuje brak dobrej woli i działanie z premedytacją. Dlatego mamy system, który funkcjonuje na zasadzie „ratuj się, kto może”. Tymczasem system ochrony zdrowia przede wszystkim musi być jasny, przejrzysty i służyć pacjentom. Nie może być tylko po to, żeby bilansowały się słupki przychodów i wydatków, co niestety jest obecnie priorytetem. Reszta, a przede wszystkim pacjent się nie liczy.   

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl