logo
logo

Zdjęcie: R.Sobkowicz/ Nasz Dziennik

"Korsarz" uziemił prokuratorów

Piątek, 26 października 2012 (02:02)

"Nasz Dziennik" ujawnia: Smoleńskie lotnisko odmówiło przyjęcia polskiego samolotu z prokuratorami i biegłymi na pokładzie.

10 kwietnia 2010 roku - czterech prokuratorów wojskowych i jedenastu biegłych oczekuje na start do Smoleńska. Wylot wojskowym samolotem typu CASA o godz. 18.00. Planowe lądowanie na Siewiernym - godz. 22.00.

Z "Korsarza" przychodzi jednak komunikat, że ze względu na warunki atmosferyczne lotnisko nie przyjmie nocnego lotu. W tym samym czasie z tego samego lądowiska startują do Moskwy śmigłowce Mi-26 Ministerstwa ds. Nadzwyczajnych z ciałami ofiar na pokładzie.

27 września prokurator generalny przyznał w Sejmie, że nie zna powodów rezygnacji z wyjazdu grupy polskich śledczych i biegłych do Smoleńska późnym wieczorem w dniu katastrofy.

Jak ustalił "Nasz Dziennik", formalną decyzję o wstrzymaniu wylotu ekipy podjął Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów. Powodem miały być złe warunki atmosferyczne na lotnisku Smoleńsk Północny.

Śledczy mogli wprawdzie lecieć z przesiadką, ale taka decyzja nie zapadła. "Prokuraturze nieznane są przyczyny, z powodu których nie doszedł do skutku lot do Rosji w dniu 10 kwietnia 2010 roku. Prokuratorzy wraz z biegłymi i specjalistami oczekiwali na lotnisku gotowi do wylotu, jednak lot odwołano, nie podając żadnych powodów. W konsekwencji lot doszedł do skutku w dniu następnym, tj. 11 kwietnia 2010 roku" - napisał Andrzej Seremet w odpowiedzi na interpelację poselską.

Prokurator generalny nie precyzuje, kto podjął taką decyzję. - Jest rzeczą niedorzeczną, że do Smoleńska nie mogły w dniu katastrofy wylecieć osoby, które na ten lot oczekiwały i które chciały podjąć na miejscu katastrofy czynności śledcze.

Obecność tych osób była przecież ważniejsza z punktu widzenia wyjaśniania przyczyn tragedii niż obecność choćby pana Grasia, który przyjechał do Smoleńska z panem premierem Donaldem Tuskiem. Oni byli tam niezbędni. Co się stało, dlaczego lot został odwołany? - dopytuje mec. Bartosz Kownacki.

10 kwietnia 2010 r. na wylot do Smoleńska oczekiwała grupa kolejnych czterech prokuratorów (jeden z NPW i trzech z WPO) wraz z czterema lekarzami Zakładu Medycyny Sądowej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, trzema specjalistami z dziedziny badań DNA z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Głównej Policji oraz czterema funkcjonariuszami Komendy Stołecznej Policji w Warszawie. Seremet tłumaczył w Sejmie 27 września, że do wylotu nie doszło z przyczyn niezależnych od prokuratury.

Niewątpliwie obecność polskich biegłych przy założeniu, że zostaliby dopuszczeni do udziału w czynnościach formalnoprocesowych, mogłaby uchronić rodziny ofiar i państwo polskie przed późniejszymi błędami związanymi z identyfikacją ciał, czego skutki rodziny ofiar ponoszą do dziś w postaci ekshumacji.

W dniu tragedii w Smoleńsku było zaledwie trzech polskich prokuratorów: gen. Krzysztof Parulski, płk Zbigniew Rzepa i płk Ireneusz Szeląg. Dzień później do Rosji wylecieli ppłk Tomasz Mackiewicz i ppłk Anatol Sawa z wojskowej prokuratury okręgowej.

Naczelna Prokuratura Wojskowa dopytywana o przyczyny odwołania lotu odesłała nas do Dowództwa Sił Powietrznych. Oto, jaką odpowiedź otrzymaliśmy z DSP:

"Planowany na wieczór 10 kwietnia 2010 roku lot na lotnisko Smoleńsk Północny samolotu C-295M, którego pasażerami mieli być prokuratorzy i członkowie Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, nie doszedł do skutku, gdyż taką decyzję podjął dysponent statku powietrznego wspólnie z załogą po tym, jak otrzymali informację, że ze względu na warunki atmosferyczne lotnisko Smoleńsk Północny nie będzie przyjmowało lotów w nocy".

Dysponentem lotu był Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów. Jak dalej tłumaczy DSP, gdyby samolot wystartował z Okęcia o godzinie 18.00, lądowanie w Smoleńsku Północnym nastąpiłoby około godziny 22.00 czasu polskiego (północy czasu lokalnego). Stąd decyzja o przesunięciu lotu na następny dzień.

Samolot wystartował z Okęcia około godziny 6.00 11 kwietnia i dotarł do Smoleńska po ponad 3 godzinach (około godz. 11.00 czasu miejscowego).

Samolot był wojskowy, w skład załogi wchodzili piloci z 13. Eskadry Lotnictwa Transportowego Kraków-Balice. Dowództwo dopytywane o to, kto personalnie zdecydował o wstrzymaniu lotu, mówi tylko enigmatycznie, że był to oficer z Inspektoratu MON.

Personaliów nie ujawnia, ale zapewnia, że dysponent i załoga są suwerenni w swoich decyzjach w sprawach lotu, nie muszą ich konsultować z ministrem obrony. - To załoga wie, jak jest do lotu przygotowana, czy może startować lub lądować w danych warunkach pogodowych. Ostateczna decyzja zawsze spoczywa na dowódcy załogi - tłumaczy ppłk Artur Goławski, rzecznik DSP.

Można było z przesiadką

To wszystko prawda. Pytanie tylko, czy nie można było zorganizować lotu z przesiadką? Tak wyglądała podróż do Smoleńska ekipy z premierem Tuskiem na czele. Samolot Jak-40 wylądował w Witebsku, dalej do Smoleńska premier jechał samochodem. Tak samo zresztą jak brat prezydenta Jarosław Kaczyński - z tą różnicą, że do Witebska leciał wyczarterowanym samolotem.

O takim trybie podróży również decyduje dysponent lotu, czyli w tym wypadku Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów. Ma on tak szerokie prerogatywy, że ze względu na bezpieczeństwo państwa może zawiesić działanie lotnictwa - wtedy jednak konsultuje to z ministrem obrony narodowej.

Pomińmy już kwestię, że dla Kaczyńskiego samolotu nie było - mimo że na stanie 36. SPLT znajdowało się wtedy kilka maszyn: Jaki-40, bryzy i jeden Tu-154M. Oraz że strona rosyjska nie wydała zgody na lądowanie maszyny w Smoleńsku.

Faktem jest jednak to, że ekipa z Kaczyńskim przyleciała do Witebska w godzinach wieczornych, by po godzinie 2.00 w nocy wylecieć ze Smoleńska z powrotem do Warszawy. - Nie dziwi mnie, że załoga CASY mogła odmówić lotu do Smoleńska...

To był lot z łapanki, załoga mogła się czuć nieprzygotowana, być może nie upłynął stosowny czas, jaki musi minąć między lotami... Tu się z nimi zgadzam.

Natomiast zupełnie nie rozumiem, dlaczego załoga nie poleciała do Witebska, na lotnisko w pełni oprzyrządowane, z obsługą cywilną, która prowadzi korespondencję w języku angielskim. Sądzę, że tu ktoś podjął decyzję niezależnie od załogi - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Artur Wosztyl, pilot byłego 36. SPLT.

- To była sytuacja nadzwyczajna, można było poprosić o wyrażenie jednorazowej zgody na lądowanie samolotu w Smoleńsku. To, że CASA nie poleciała, jest co najmniej dziwne - dodaje. Niezależnie od tłumaczeń brak właściwej koordynacji (a może brak dobrej woli?) kompromituje prokuratora generalnego i rząd, którzy nie potrafili zapanować nad sytuacją.

Anna Ambroziak

Nasz Dziennik