logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Rewelacje wyczytane z blogów

Wtorek, 7 kwietnia 2015 (13:00)

Z mec. Piotrem Pszczółkowskim, pełnomocnikiem części rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, rozmawia Rafał Stefaniuk

Pojawiły się nowe stenogramy. Ekspertom udało się odczytać z czarnej skrzynki rządowego tupolewa o 1/3 więcej słów niż w dotychczas publikowanych odczytach…

– Pierwszą moją reakcją był telefon do prokuratora referenta w tej sprawie. Reprezentując rodziny prawie dwudziestu ofiar katastrofy, nie dostałem zgody prokuratury na uzyskanie kopii stenogramów ani także opinii. Zabiegam o to od początku marca, a prokuratura konsekwentnie tłumaczy się tajemnicą śledztwa i zezwoliła jedynie na wgląd w materiały. Jak widać, dziennikarze mają nieskrępowany dostęp nie tylko do kopii, ale także źródeł. To jest rzecz, która wymaga wyjaśnień, a ja na takie wyjaśnienia czekam.

A jaka była druga reakcja?

– Znam „rewelacje” Andrzeja Artymowicza i chcę podkreślić jedną rzecz. Temat obecności w kokpicie dowódcy Sił Powietrznych śp. gen. Andrzeja Błasika został zamknięty ekspertyzą Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. dr. Jana Sehna w Krakowie. Instytut ten jest liderem wiarygodności w polskim wymiarze sprawiedliwości. Później pojawił się Andrzej Artymowicz, który zapewniał prokuratorów, że potrafi zmienić zapis analogowy na cyfrowy i odczytać więcej. W lutym 2014 r. Artymowicz z prokuratorem pojechali do Moskwy i kolejny zrzut z rejestratora został wykonany. I pewnie cała historia byłaby bardzo wiarygodna, gdyby nie fakt, że zanim Artymowicz pojechał z prokuratorem po źródło informacji, to w styczniu 2014 r. pewne zapisy, które aktualnie są sprzedawane opinii publicznej jako „rewelacje”, już funkcjonowały w internecie. Krótko mówiąc, znane są zapisy blogerów, które tego rodzaju wypowiedzi przypisują członkom załogi tupolewa, które teraz podaje się jako odczytane przez Artymowicza. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Artymowicz zetknął się z materiałem dowodowym później niż te „nowinki” zostały podawane przez blogerów zajmujących się lansowaniem tzw. rządowej wersji katastrofy tupolewa. Wszystko wskazuje na to, że najpierw była teza, później wycieczka do Moskwy, a następnie opinia. Bo trudno wierzyć w przypadek, żeby tego samego rodzaju odsłuchy przeprowadzili niezwiązani ze sprawą blogerzy, a następnie odczytał to biegły na potrzeby prokuratury. Zwłaszcza że tych wszystkich słów nie słyszał absolutny lider, czyli Instytut Ekspertyz Sądowych im. prof. dr. Jana Sehna. To jest więc kolejny raz, jak szkaluje się dobre imię załogi tupolewa. Trochę czasu jeszcze minie, zanim kolejna ekspertyza rozwieje te „rewelacje” i znowu powiemy, że gen. Błasika nie było w kokpicie. To, że ja nie mam dostępu do pełnych materiałów ze śledztwa, a ma je redakcja RMF FM, to to jest najlepszy komentarz co do zasad prowadzenia tej sprawy oraz wiarygodności materiału dowodowego zgromadzonego przez prokuraturę.

O czym Pan dzisiaj rozmawiał z prokuratorem?

– Powiedziałem, że chcę wiedzieć, co prokuratura ma do przekazania moim klientom w odpowiedzi na pytanie, dlaczego mnie jako pełnomocnikowi rodzin odmówiono wydania skanów, a one są następnie publikowane na portalu rozgłośni RMF FM. Przekazałem także, że oczekuję, iż rodziny, które reprezentuję, nie zostaną potraktowane gorzej niż dziennikarze i odbiorę kopię opinii w wersji cyfrowej, bez konieczności opowiadania klientom, co przeczytałem w prokuraturze.

Kiedy ma Pan uzyskać odpowiedź?

– To pytanie do prokuratury, ale wstępnie jestem umówiony na rozmowę z prokuratorem referentem na dzień jutrzejszy. Mam też nadzieję, że jutro te odpowiedzi uzyskam. Ale są to na razie tylko moje życzenia.

Zbieżność dat opublikowania informacji o nowych stenogramach i piąta rocznica katastrofy są przypadkowe?   

– W tej sprawie nie wierzę w żadne zbiegi okoliczności. Nie wierzę też w to, że biegły odczytał coś, co w przestrzeni publicznej funkcjonowało dużo wcześniej, a odbiega w znaczny sposób od tego, co ustalił Instytut Sehna. Nie wierzę w przypadkowość. Wiem, że jest to politycznie zaplanowany atak na pamięć ofiar katastrofy w związku z piątą rocznicą tragedii, jak i odbywającymi się w przyszłym miesiącu wyborami prezydenckimi. Trudno tutaj nawet udawać, że nie ma się takich skojarzeń, które narzucają się w sposób oczywisty. W taki sam oczywisty sposób narzuca się pytanie, jak to możliwe, że Prokuratura Wojskowa strzeżona rozmaitymi ograniczeniami wynikającymi z przechowywania dokumentów o charakterze tajemnicy państwowej nie jest w stanie zapobiec temu, żeby w przestrzeni medialnej funkcjonowały dokumenty podobno z najważniejszego śledztwa w kraju. To jest po prostu skandal!

Kto może stać za tym, jak Pan to określił, „politycznie zaplanowanym ataku"?

– Myślę, że ci, którzy są zainteresowani rządową wersją wydarzeń katastrofy. Dzisiaj już wiemy, że przebieg tragedii smoleńskiej był zupełnie inny, niż próbuje się nam to przedstawić. Widzimy także, jak budzą się ze snu poszczególne prokuratury i gotowe są stawiać tezy o odpowiedzialności niektórych członków administracji rządowej za niedopełnienie obowiązków. Wystarczy przypomnieć sobie jedną z ostatnich wypowiedzi płk. Ireneusza Szeląga mówiącą o odpowiedzialności ministra Tomasza Arabskiego za niedopełnienie obowiązków przy organizacji przelotów 10 kwietnia 2010 r. Ten mechanizm powoduje olbrzymi lęk przed odpowiedzialnością i chęć choćby w najbardziej absurdalny sposób przedstawienia opinii publicznej tej sprawy w świetle jak najbardziej dla siebie korzystnym. Przejawem tego jest uzyskanie po pięciu latach jakiegoś rewelacyjnego zapisu przeczącego zdrowemu rozsądkowi i przeczącemu innym ustaleniom śledztwa. Dziwię się, że prokuratura, która weszła w posiadanie takiej opinii, nie była w stanie zapewnić, aby ta opinia w warunkach śledztwa pozostała do czasu uzupełnienia. Ponownie odwołam się do wypowiedzi płk. Szeląga, który stwierdził, że ta opinia miała być z urzędu przez prokuraturę przedmiotem wydawania opinii uzupełniającej. Zatem prokurator nie przyjął tej opinii jako niebudzącej wątpliwości. Dlatego w sposób szczególny ta opinia powinna być chroniona zwłaszcza przed dziennikarzami. Jak widać, to chronienie dostępu do opinii jest skuteczniejsze w odniesieniu do rodzin ofiar niż do dziennikarzy śledczych.    

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

NaszDziennik.pl