logo
logo
zdjęcie

Janusz Szewczak

Sejm ignoruje frankowiczów

Czwartek, 14 maja 2015 (05:12)

Wczoraj rozpoczęło się trzydniowe posiedzenie Sejmu. Na początku posiedzenia posłowie nie zgodzili się na uzupełnienie porządku obrad o informacje rządu na temat „podjętych i zamierzonych działań w związku z drastycznym pogorszeniem się sytuacji kredytobiorców posiadających kredyty w walucie obcej”. O to wnioskował SLD.

Kampania nie jest dobrym czasem, aby rozmawiać o problemach kredytobiorców?

To jest dobra wiadomość dla sztabu Andrzeja Dudy. Dlatego że on jako jedyny podnosił w sposób tak jednoznaczny problem kredytobiorców frankowych. Sprawa ta dotyczy do 700 tys. osób. Jako że wielu z nich ma rodziny, to kwestia ta dotyka ponad 1 mln wyborców.

Ekipa pani Ewy Kopacz, wspierana koalicją Platformy i PSL, a także notariusza rządu Bronisława Komorowskiego, od początku sprawy kredytów pokazuje kredytobiorcom gest Kozakiewicza. Przekaz był jasny – „Radźcie sobie sami”.

Problem ten jest konieczny do rozwiązania i to nie dlatego, że dotyczy wielu ludzi zamożnych i wpływowych, ale dlatego, że wśród nich są osoby mniej zamożne. Pamiętajmy, że oszukano ich na duże pieniądze.  W mojej ocenie, w grę wchodzi od 40 do 50 mld zysków osiągniętych w sposób niesprawiedliwy.

Rządząca większość w Sejmie twierdzi, że w tej chwili tym problemem nie warto się zajmować. To, że Rada Ministrów w kwestii kredytów frankowych staje po stronie banków, a nie obywateli, jest kompromitacją na skalę międzynarodową. W normalnym kraju taki rząd musiałby podać się do dymisji. Oczywiście nie stanie się tak w Polsce, bo tu nie obowiązuje żadna skala kompromitacji polityków ekipy rządzącej.

Wydaje mi się, że Andrzej Duda powinien jeszcze raz wyraźnie opowiedzieć się po stronie frankowiczów. Powinien stwierdzić, że jako prezydent, a wszystko wskazuje na to, że nim zostanie, podejmie ten temat i złoży ustawę, która umożliwi przewalutowanie kredytu po kursie z dnia zawarcia umowy.

Inaczej ci ludzie tych kredytów nigdy nie spłacą. Oni już spłacają je po kilka lat, spłacili ogromne kwoty, a dług im tak urósł, że mają dwa razy więcej do oddania, niż wzięli. Jeżeli się wpadło do studni, z której wodę wylewa się łyżeczką, a cały czas poziom wody rośnie, to szansa na ratunek jest żadna.  

Janusz Szewczak

Autor jest głównym ekonomistą SKOK.

NaszDziennik.pl