Czy spodziewała się Pani, że zakwestionowanie przez Panią pomysłu nadania Szkole Podstawowej nr 65 w Gdańsku imienia Tadeusza Mazowieckiego spotka się z takim atakiem ze strony Platformy Obywatelskiej i „Gazety Wyborczej”?
– Radni Platformy zwykle reagują histerycznym atakiem na słowa prawdy. Na marcowej sesji rady miasta, gdy wyraziłam opinię na temat zamiaru składania wieńców przez władze Gdańska na grobach czerwonoarmistów, i to 27 marca, a więc w dniu rocznicy porwania i wywiezienia do Moskwy przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, gdy przypomniałam sowieckie zbrodnie oraz gwałty i zwróciłam uwagę na to, że dla Polski nie było wyzwolenia, tylko że wraz z nadejściem Armii Czerwonej rozpoczęła się kolejna – sowiecka okupacja, rozpętałam prawdziwą burzę. Jak sądzę, radni PO uważają, że prezydent Adamowicz nie może się mylić i wszystko, co robi, robi dobrze. Dobrze przygotowuje swoje oświadczenie majątkowe, dobrze liczy swoje mieszkania i zawsze podejmuje słuszne decyzje. Po ataku „Gazety Wyborczej” lepiej rozumiem, dlaczego Gdańsk przeznacza w budżecie ponad 24 miliony złotych na promocję, w ramach której za 3 miliony zamawia reklamę w TVN. Doświadczenie kilku miesięcy pracy w Radzie Miasta Gdańska nauczyło mnie, że zawsze, kiedy zabieram głos, zamiast rzeczowego odniesienia się do moich słów następuje atak personalny. W wypadku Mazowieckiego można było po prostu przejść do głosowania, ale widocznie prawda to coś, co dla tej formacji jest szczególnie bolesne i niestrawne. Co do „Gazety Wyborczej” – to niczego innego nie można się było spodziewać. Jeżeli gazeta ma takich „świętych” patronów jak Zygmunt Bauman czy Włodzimierz Brus, mąż prokurator Heleny Wolińskiej odpowiedzialnej za śmierć wielu żołnierzy podziemia niepodległościowego, to musi się bardzo bronić przed prawdą- szczególnie o sobie samej.
Co konkretnie wzburzyło oba te środowiska?
– Tylko to, że przypomniałam kilka ważnych punktów w życiorysie Tadeusza Mazowieckiego, które nie stawiają guru III RP w dobrym świetle. Pomimo iż przytoczyłam ogólnie znane fakty, opisane w publikacjach naukowych, radni PO wręcz krzyczeli, że kłamię, że wręcz szargam pamięć człowieka świętego i jak śmiem występować przeciwko niemu. Zacytuję prezydenta Adamowicza: „Taka osoba nie powinna mieć kontaktu z dziećmi. Mówię to z całą odpowiedzialnością. Odcinam się od pani kłamliwej, zideologizowanej wypowiedzi na temat Tadeusza Mazowieckiego. Gdyby nie on, nie byłoby pani na tej sali, bo to właśnie Tadeusz Mazowiecki podjął decyzję o wprowadzeniu samorządu terytorialnego. Niech pani swoje rewelacje w stylu stalinowskim zostawi dla siebie”. Czyli znowu wracamy do problemu prawdy. To właśnie ona jest jak gwóźdź w bucie dla Platformy. Nie można z nią dyskutować, więc trzeba ją zakrzyczeć, a osoby, które mówią prawdę, niewygodną prawdę, należy zdyskredytować. To stare, sprawdzone metody, ale działają tylko na krótką metę.
Jakich argumentów Pani użyła, że Tadeusz Mazowiecki nie powinien być patronem szkoły?
– W pewnym momencie młodzi ludzie, uczniowie, którzy będą poznawać życiorys swojego patrona, przygotowywać o nim referaty, przeczytają, że w najtrudniejszym dla Polski okresie czasów stalinowskich był on propagandystą reżimu komunistycznego. Pisał paszkwile o uwięzionym i okrutnie dręczonym ks. bp. Czesławie Kaczmarku, Żołnierzy Wyklętych nazywał zbrodniarzami i mordercami, a rząd londyński renegatami oraz sojusznikami Hitlera. Zdziwią się, że po wydarzeniach marca 1968 r. został odznaczony przez Gomułkę Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski – z całą pewnością nie za to, że stanął po stronie studentów domagających się wolności. A jak któryś z uczniów zapyta o to, dlaczego nie było w Polsce dekomunizacji i nikt nie rozliczył komunistów za popełnione zbrodnie – jak uczyniono to w innych krajach, to w odpowiedzi usłyszy: bo Tadeusz Mazowiecki ich rozgrzeszył, wprowadzając politykę grubej kreski, a w rządzie, któremu przewodził, członków „związku zbrojnego o charakterze przestępczym”, czyli WRON, uczynił ministrami. W życiorysie Mazowieckiego, którego Platforma i „Gazeta Wyborcza”, gloryfikują, nie można pominąć też faktu, że pod jego czujnym okiem wspomniani ministrowie palili akta, a młodzież z Federacji Młodzieży Walczącej, która próbowała do tego nie dopuścić, była pałowana przez ZOMO. Wobec powyższego uprawnionym będzie pytanie młodzieży: jak to, nasz patron pozwolił na bicie pałkami młodzieży, która chciała prawdy i uczciwości? Postać patrona, czyli wzoru dla młodego pokolenia, musi być jednoznaczna, krystaliczna, bez zarzutu, taka, na której w trudnych momentach można się oprzeć. W Gdańsku nie ma szkoły im. Danuty Siedzikówny „Inki”, rotmistrza Pileckiego, Łukasza Cieplińskiego czy Anny Walentynowicz, a powinny być.
Jakie działania podjęto wobec Pani?
– Przeprowadzono potężną akcję propagandową, do której wykorzystane zostały niemal wszystkie lokalne media. Dyskusje w radiu, artykuły w prasie, na portalach internetowych, a wszystkie w kontekście: „o zgrozo, jak śmiała zakwestionować, jak śmiała protestować, jak może uczyć w szkole” itp. Ponadto „Gazeta Wyborcza” „zarządziła”, że należy postawić mnie przed komisją dyscyplinarną i pozbawić prawa wykonywania zawodu nauczyciela.
Szykany dotknęły także Pani bezpośrednią przełożoną…
– Na celowniku znalazła się także Jolanta Kwiatkowska-Reichel, dyrektorka szkoły, w której uczę historii, tylko dlatego, że mnie nie potępiła, nie zwolniła z pracy i w sprawie Mazowieckiego wyraziła opinię podobną do mojej. Teraz trwa potężny atak „Gazety Wyborczej” i ze strony władz oświatowych wymierzony w osobę pani dyrektor, mający na celu jej wyeliminowanie i pozbawienie funkcji. Antoni Pawlak z Biura Prasowego Urzędu Miasta powiedział dla „Gazety Polskiej”: „Pani dyrektor Kwiatkowska złamała Kartę Nauczyciela i kodeks szkoły, według nas powinna być zwolniona, czekamy na ostateczną decyzję wojewody”. Radny PO, wiceprzewodniczący Komisji Oświaty Andrzej Kowalczys, napisał list otwarty, w którym również kwestionuje dalsze sprawowanie funkcji dyrektora szkoły przez dyrektor Jolantę Kwiatkowską-Reichel, zapominając, że jest ona jednym z najbardziej zasłużonych dyrektorów szkół w Gdańsku. Są także naciski na osobę pani dyrektor, aby wycofała się z pozytywnej opinii, którą mi wystawiła. Do tego nakłaniał panią dyrektor wiceprezydent ds. edukacji Kowalczuk, który wezwał ją do siebie i kazał głośno cytować kodeks etyki nauczyciela. Niewykluczone, że od poniedziałku zacznie się kontrola w szkole i szukanie haków.
Nie po raz pierwszy znalazła się Pani na celowniku „Gazety Wyborczej”. Jak to się zaczęło?
– Od manifestacji w obronie Telewizji Trwam. Zawsze stanowczo odmawiam wypowiedzi dla „Wyborczej” i TVN. Raz zdarzyła mi się zabawna historia. Gdy byliśmy z mężem w restauracji gdzieś na Rzeszowszczyźnie, zadzwoniła do mnie dziennikarka z „Wyborczej”. Stanowczo odmówiłam wypowiedzi, mówiąc, że dla tak antypolskiej, szkalującej wszystko, co wartościowe w naszej historii, i zakłamanej gazety nie będę się wypowiadać. Bardzo tym ujęłam kelnerów, którzy na pożegnanie powiedzieli, żebyśmy zawsze do nich zajeżdżali, jak będziemy w okolicy. Dalej były akcje w Centrum Sztuki Współczesnej czy przeciwko „Golgocie Picnic”, które spowodowały, że „Gazeta Wyborcza” zaczęła nas „doceniać”.
Ostatnio podczas kontrmanifestacji do „marszu równości” dostało się także Pani najbliższej rodzinie…
– Osobiście nie zostałam zatrzymana, ale spotkało to moją córkę Marysię, mojego męża i młodego chłopca, który z nami usiadł na ulicy, żeby zablokować przemarsz homoparady. To oni usłyszeli zarzuty, a my w tym czasie z kilkudziesięcioosobową grupą czekaliśmy na nich pod komisariatem, gdzie przez cztery godziny byli przetrzymywani. Postawiono im zarzuty z art. 51 i 52 kodeksu wykroczeń – jak mówili policjanci – za zakłócanie legalnej demonstracji. Przypomnę, że Robert Biedroń za próbę zablokowania Marszu Niepodległości, kiedy policja zmusiła organizatorów do zmiany trasy przemarszu, nie został ukarany, podobnie jak uniewinniono go od zarzutu czynnej napaści na policjanta. Takie niestety mamy standardy w Polsce.
Pani nie postawiono zarzutów, ale „Gazeta Wyborcza” i tak zrobiła swoje…
– Mnie na razie zarzuty postawiła „Gazeta Wyborcza”, która na swoich łamach napisała: „Jak ustaliliśmy, zarzut blokowania legalnego zgromadzenia postawiono już mężowi i córce gdańskiej radnej PiS. Kolejne zarzuty obejmą m.in. ją samą oraz jej syna”. Ze strony policji nie mam jeszcze nawet wezwania, więc można przypuszczać, że „Wyborcza” usiłuje stwarzać fakty, których nie ma.
Pani postawa jest wyrazem poglądów ogromnej większości Polaków, którzy są przeciwni fali deprawacji i za to określani są mianem „homofobów”. Dlaczego ludzie trzeźwo myślący muszą się tłumaczyć…?
– Sądzę, że po to, żeby ci, którzy żyją w sposób niezgodny z naturą, nie musieli się tłumaczyć, a ich zachowanie było traktowane jak norma. Tłumaczą się winni, tłumaczą się ludzie, którzy popełniają błędy, którzy są zawstydzeni, ale jeśli ich zachowanie zostanie uznane za właściwe i zaakceptowane, to stanie się normą. Dlatego my nie zamierzamy prowadzić dialogu w tej sprawie. Normy ustalił Pan Bóg i tych norm będziemy się trzymać, a poczucie wstydu traktujemy jako ochronę przed grzechem. My nie zamierzamy się tłumaczyć z naszej normalności, tak jak nie zamierzamy się tłumaczyć z formy naszego protestu. Skutki homoseksualizmu, którego promocją są tzw. marsze równości, pociągają za sobą straszne konsekwencje: zniszczenie człowieka i sprowadzanie go do roli narzędzia służącego zaspokajaniu najrozmaitszych żądz i oderwanie go od Pana Boga. Na dodatek uleganie tej ideologii nie jest już kwestią wyboru, bo jest ona narzucana młodzieży w szkołach na obowiązkowych lekcjach wychowania do życia w rodzinie. W Europie Zachodniej ma to już wymiar terroru i dlatego nie możemy dopuścić do takiej sytuacji w Polsce.
Czuje się Pani szkalowana i czego się Pani obawia…?
– Jeżeli źle o mnie pisze „Wyborcza” i usłużne Platformie media, to jest to dla mnie tylko zaszczyt i potwierdzenie, że słusznie postępuję. Mam satysfakcję, że to oni się mnie obawiają. Oni funkcjonują w układzie, ja natomiast mam rodzinę i przyjaciół, ludzi, którzy szczerze mnie wspierają, byłych uczniów, którzy piszą do mnie listy z poparciem. Jeden z nich nawet mnie przepraszał, że nie było go z nami, gdy blokowaliśmy homoparadę, bo w tym czasie pracował, ale w przyszłym roku na pewno się pojawi, żeby nas wesprzeć. Sąsiadka na ulicy powiedziała mi: „Pani Aniu, jak trzeba będzie, to zrobimy jakąś akcję w pani obronie”. Podobnie jest z Marysią – moją córką. Otrzymuję mnóstwo telefonów z poparciem. Pyta pan, czy się czegoś obawiam. Nie, nie obawiam się, bo nie można bać się byle czego. Zresztą nie bałam się w czasie komuny, przeszłam z godnością przez komunistyczne więzienie, tym bardziej nie obawiam się teraz. Wiem, że nie żyję po to, żeby przez życie przejść tak sobie, ale żyję po to, żeby przeżyć je uczciwie i z honorem. Ważne jest przede wszystkim to, aby oprzeć się w życiu na solidnym fundamencie – na Panu Bogu. I to jest prawdziwa wolność.
Wspomniała Pani o poparciu ze strony sąsiadów i znajomych, a jakie znaczenie ma dla pani akcja „STOP dyskryminacji Anny Kołakowskiej” zainicjowana przez internautów?
– Ogromne! Takie wsparcie jest jak tarcza, podobnie jak wsparcie mediów. Ma przede wszystkim wielkie znaczenie moralne. Dlatego doceniam to i dziękuję organizatorom akcji oraz jej uczestnikom. Wiem, że duch solidarności i poczucia wspólnej tożsamości są dla nas bardzo ważne i że razem tworzymy prawdziwą wspólnotę ducha.

