logo
logo

Zdjęcie: Tomasz Jodłowski/ Inne

Natura była silniejsza...

Wtorek, 16 czerwca 2015 (13:29)

Aktualizacja: Wtorek, 16 czerwca 2015 (21:42)

Z Zenonem Jerzykiem, ratownikiem górniczym z Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego SA w Bytomiu, rozmawia Małgorzata Pabis

 

Po blisko dwóch miesiącach akcji ratowniczej w kopalni „Wujek” w Rudzie Śląskiej ratownicy odnaleźli ciała zaginionych ratowników. Co dziś czujecie?

– Złość i rozczarowanie, że tyle zastępów pracowało... Daliśmy z siebie tyle i nie udało się ich uratować. Rozczarowanie, złość, bezsilność, choć zdajemy sobie sprawę, że człowiek dał z siebie wszystko, co mógł. Niestety, natura była silniejsza.

 

Jak akcja wyglądała od strony ratowników?

– Akcja trwa bardzo długo. Żeby pokazać ogrom prac, przypomnę, że zrobiliśmy kilkaset metrów wyrobisk ratowniczych – tyle jest wydrążonych nowych wyrobisk. Średni postęp dobowy wynosił 16-18 metrów. Ze strony ratowników było i jest ogromne zaangażowanie. Pracujemy w skrajnych warunkach. Mamy najwyższy stopień  zagrożenia tąpaniami w tych wyrobiskach i występuje tam ciągłe zagrożenie metanowe. Są tam bardzo duże ilości metanu. Niektórzy mówią, że ta akcja się przeciąga, ale naprawdę, jak występuje zagrożenie metanowe, nie można jechać – że tak powiem – na dzikich papierach do przodu. Trzeba w pewnym momencie się zatrzymać, dokładnie zbadać, zrobić odwierty, tak aby być pewnym, że skład atmosfery jest bezpieczny dla osób, które biorą udział w akcji. Non stop pracują dwa chromatografy, czyli robią tzw. ciągłą analizę gazów. Wszystko po to, by praca ratowników była w miarę bezpieczna.

 

W pewnym momencie wszyscy już wiedzieli, że właściwie nie ma szans na znalezienie żywych ludzi...

Wiedzieliśmy, że nie jest to już akcja ratownicza, ale tak naprawdę poszukiwawcza. Szukaliśmy już ciał. W obliczu zagrożeń, które na nas tam czekają, toczyła się dyskusja, czy i do kiedy kontynuować akcję. Chcieliśmy jednak odnaleźć górników. Mówi się nawet, że ratownicy z akcji odchodzą ostatni. Ta determinacja wśród ratowników była tak wielka przez cały ten czas, że nie miałem ani jednego dnia problemu, by obsadzić skład. Koledzy wychodzili z kopalni i przychodzili, by znów ich wpisać do grafiku.

 

Brał Pan udział w różnych akcjach ratowniczych. Jak ocenia Pan tę ostatnią?

– To jest bezwzględnie najtrudniejsza akcja chyba w historii polskiego górnictwa. Chodzi tu o ogrom zniszczeń – tak ogromnych zniszczeń nie było do tej pory przy żadnej akcji zawałowej.  

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Małgorzata Pabis

NaszDziennik.pl