logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Rosjanie trzymają próbki

Piątek, 2 listopada 2012 (02:04)

Próbki pobrane przez polskich biegłych w Smoleńsku znajdują się na terenie Rosji – potwierdza Prokuratura Generalna. – Czekamy na ich przekazanie Polsce w drodze pomocy prawnej – stwierdził Mateusz Martyniuk, rzecznik PG.

Grupa prokuratorów i biegłych przebywała w Smoleńsku od 15 września do 13 października. Pobrali znaczną ilość próbek z miejsca katastrofy i z wraku, a także z brzozy, z którą według oficjalnych ustaleń miał zderzyć się tupolew. Jednak wszelkie działania polskich specjalistów w Rosji odbywają się w formule realizacji wniosku o pomoc prawną – oficjalnie to rosyjscy śledczy wykonują czynności procesowe, takie jak oględziny, pobranie próbki czy przesłuchanie świadka, następnie sporządzają protokół i przesyłają go do Polski.

Rosjanie po długich negocjacjach w 2011 roku zgodzili się, by fizycznie czynności te wykonywali Polacy, zatem prokuratorzy mogą sami zadawać pytania świadkom, a eksperci oglądać wrak, wykonywać pomiary, fotografie itp. Także pobierać próbki, o ile zgodzą się na to Rosjanie. Jednak wszystkie zgromadzone materiały przejmuje Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej.

Procedura jest dość długa i może potrwać nawet kilka miesięcy. Komitet przekazuje wszystko najpierw do rosyjskiej Prokuratury Generalnej, ta jeszcze raz analizuje sprawę i wysyła dokumenty do polskiej Prokuratury Generalnej. Dopiero stamtąd dokumenty trafiają do prowadzących sprawę prokuratorów i powołanych przez nich biegłych.

Jak dotąd taki obieg nikomu nie przeszkadzał, co najwyżej spowalniał śledztwo. Zresztą dotychczasowe badania polegały głównie na mierzeniu i fotografowaniu, a wykonujący je specjaliści od razu znali wyniki, mogli też zachować kopie odczytów czy zdjęć.

Co innego próbki chemiczne. Te zostały zaplombowane i mają trafić do Polski jako oryginalny „załącznik” do protokołu czynności prawnej. Z drugiej strony zawsze może pojawić się wątpliwość, czy na pewno trafią do nas nienaruszone.

Na próbki ze Smoleńska zwrócono uwagę po wtorkowej publikacji „Rzeczpospolitej”, w której podano, że na fotelach i w innych częściach samolotu znaleziono ślady trotylu oraz nitrogliceryny.

Szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie płk Ireneusz Szeląg jeszcze tego samego dnia wydał oświadczenie, w którym zaprzeczył tym rewelacjom.

Stwierdził, że próbki będą dopiero badane w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym Policji. Informator gazety opierał się nie na badaniach laboratoryjnych próbek, ale odczytach czujników, których biegli używali podczas ich pobierania.

Szeląg tłumaczył, że wykrywają one nie tylko materiały wybuchowe, ale także substancje o podobnej budowie chemicznej. Prokurator bardzo ostro skrytykował „Rzeczpospolitą”, zarzucając jej nierzetelność i nieznajomość opisywanych zagadnień.

Jeszcze tego samego dnia redakcja gazety zamieściła oświadczenie, w którym wycofała się z części twierdzeń artykułu oraz przyznała do pomyłki. Po kilku godzinach słowa „pomyliliśmy się” usunięto.

W środę gazeta napisała, że wprawdzie co do konkretnych materiałów wybuchowych mogła się mylić, ale zasadniczo podtrzymała informację.

Wieczorem redaktor naczelny Tomasz Wróblewski oświadczył, że zawiesza kierowanie „Rzeczpospolitą” i oddał się do dyspozycji wydawcy. Na czele zespołu redakcyjnego stanął jeden z zastępców Wróblewskiego, Andrzej Talaga.

Liczne opinie dziennikarzy „Rzeczpospolitej”, w tym autora tekstu o trotylu Cezarego Gmyza, prezentowane głównie w internecie, wskazują, że nie godzą się z porażką i uważają informacje z wtorku za w pełni wiarygodne, a także potwierdzone.

W środę pojawiła się nawet wiadomość o konferencji prasowej Gmyza, ale zaraz została odwołana. Komentując tę sytuację, w szczególności odejście redaktora naczelnego, Jarosław Kaczyński stwierdził, że to dowód braku pełnej wolności mediów w Polsce.

Obrońcy tekstu „Rzeczpospolitej” podkreślają, że biegli wcale nie wykluczyli obecności materiału wybuchowego, zaś alarmy detektorów nie mogły być zupełnie przypadkowe. Niepokój budzi też długi termin oczekiwania na wyniki. Szeląg mówił nawet o pół roku.

Nie jest też jasny motyw, dla którego zlecono badania na obecność materiałów wybuchowych. Prokuratura wcześniej oficjalnie wykluczyła wersję o wybuchu na pokładzie. Mogła jednak opierać się tylko na ekspertyzach Wojskowego Instytutu Chemii i Radiometrii prowadzonych na zlecenie komisji Millera oraz badaniach niektórych części odzieży oraz rzeczy osobistych ofiar. Obecnie pojawiła się możliwość wykonania badań zaproponowanych przez biegłych prokuratury.

PiS oraz Zespół Parlamentarny ds. Wyjaśnienia Przyczyn Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 r. także podtrzymują twierdzenie dotyczące materiałów wybuchowych w tupolewie. Stanisław Zagrodzki, krewny jednej z ofiar katastrofy – Ewy Bąkowskiej, ogłosił, że przekazane mu fragmenty ubrań i pasa bezpieczeństwa swojej kuzynki poddał w USA badaniom, które wykazały obecność trotylu.

Podczas konferencji smoleńskiej prezentowano wyniki badań chemicznych próbek pobranych w Smoleńsku, jednak dwóch profesorów chemii, którzy je prowadzili, nie potwierdziło, że znajdują się na nich substancje stosowane jako materiały wybuchowe. Wcześniej pojawiały się w niektórych mediach doniesienia o obecności produktów spalania ładunków wybuchowych.

Piotr Falkowski

Aktualizacja 27 maja 2013 (11:51)

Nasz Dziennik