logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Prawda musi być zawsze na pierwszym planie

Sobota, 1 sierpnia 2015 (13:37)

Z Zygmuntem Głuszkiem, uczestnikiem Powstania Warszawskiego, najmłodszym podharcmistrzem Szarych Szeregów, dziennikarzem sportowym, autorem wielu publikacji o Powstaniu Warszawskim, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak spędzi Pan tegoroczne obchody 71. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego?

– Z uwagi na stan zdrowia, który nie pozwala mi na swobodne poruszanie się, 71. rocznicę Powstania Warszawskiego spędzę w domu. Przyznam, że nie jestem, zresztą nigdy nie byłem, zwolennikiem pokazywania się w pierwszych szeregach podczas uroczystości czy wypinania piersi do odznaczeń. Nie mam takiej natury, wywodzę się z Szarych Szeregów, gdzie pracowało się dla innych, nie dla siebie. Dziś, mimo iż siły już nie te, wciąż staram się postępować według tej zasady.

Od wypinania piersi do orderów byli inni...?

– Powiem panu więcej... i są nadal. Często tacy, którzy nic bądź niewiele zrobili, ale potrafili się zorganizować, odpowiednio ustawić i dobrze się czują w blasku fleszy. Świat to kupuje, bo nie potrafi zweryfikować, jakie było faktyczne zaangażowanie poszczególnych osób w Powstaniu Warszawskim. Tak czy inaczej jest to sprawa sumień tych ludzi, ale to już temat na inną rozmowę.

Był Pan najmłodszym podharcmistrzem Szarych Szeregów. Jak z perspektywy czasu wspomina Pan swój udział w Powstaniu?

– Mam wspaniałe przeżycia z tamtych dni, ale swój udział w Powstaniu Warszawskim postrzegam jakby z dwóch płaszczyzn: chłopca, który miał wówczas 16 lat, a druga to jest ta dzisiejsza pełna perspektywa, kiedy znając pewne fakty, potrafię ocenić to wszystko, co się wydarzyło w 1944 r., chłodnym okiem człowieka doświadczonego życiowo. Wtedy byłem harcerzem, który chciał służyć Polsce, a teraz moje spojrzenie jest bardziej dojrzałe, które już nie emocjonalnie, ale racjonalnie potrafi ocenić wszystkie plusy i minusy.

Dziś próbuje się podważyć celowość Powstania, tłumacząc, że liczba ofiar i zniszczeń była niewspółmierna do efektu. Co powiedziałby Pan tym, którzy kontestują ten bądź co bądź zryw narodowy?

– Owszem, Powstanie Warszawskie było zrywem narodowym, który niósł w sobie nadzieję. Można dyskutować na temat efektów, ale w mojej ocenie – a jako uczestnik tych wydarzeń mam do tego prawo – to, co działo się w ciągu tych 60 dni, bez wątpienia było wielkim bohaterstwem. Niezwykła była postawa młodzieży, która na szalę położyła największą wartość – własne życie, wielkie było też poświęcenie i oddanie dla sprawy całej ludności okupowanej przez Niemców Warszawy. Z pewnością inny wydźwięk miałoby to poświęcenie w przypadku zwycięstwa, a tak pozostał pewien niedosyt…

Dokumenty i pamiątki związane z Powstaniem Warszawskim przekazał Pan do Muzeum Powstania Warszawskiego i Archiwum Akt Nowych. Co to były za pamiątki?

– Były to całe zbiory różnych dokumentów, m.in. rozkazy, instrukcje Szarych Szeregów dotyczące hufca „Zawisza”, ale także Batalionów Harcerskich „Wigry”, „Zośka” czy „Parasol”. Były tam również materiały dotyczące oddziałów AK, egzemplarze prasy podziemnej. Ponadto szereg opracowań związanych z różnymi wydarzeniami, które były nie do końca jasne, ale po wojnie, dzięki temu, że byłem dziennikarzem sportowym i mogłem jeździć po świecie i spotykać się z różnymi ludźmi, także powstańcami, dotarłem do osób, które po wojnie i pobycie w niewoli przedostały się na Zachód, i ich relacje pozwoliły mi na uzupełnienie wcześniejszej wiedzy. Wśród materiałów, jakie przekazałem, były również wykazy liczebne poszczególnych oddziałów, które osobiście sporządziłem. Zebrane materiały pozwoliły mi na opracowanie serii książek, m.in. dwutomowej monografii harcerzy „Zawiszy” pod wspólnym tytułem „Hej, chłopcy…”, „Harcerze Szarych Szeregów w Powstaniu Warszawskim”, „Szare Szeregi. Słownik Biograficzny t. 1 i 2” oraz „Szare Szeregi. Słownik Encyklopedyczny”. Zrobiłem to z myślą o przyszłych pokoleniach, aby ci, którzy po nas przyjdą, mieli pełny obraz tego, czym w historii Polski było Powstanie Warszawskie.

Nie szkoda było rozstawać się z tym, co ma dla Pana wartość sentymentalną?

– To prawda, ale tak jak wspomniałem na wstępie naszej rozmowy, jestem już leciwym człowiekiem, schorowanym i liczyłem się z tym, że moja życiowa wędrówka zbliża się do kresu, obawiałem się też, że wszystko, co udało mi się zgromadzić, może się zmarnować. Byłoby szkoda, dlatego podjąłem decyzję o przekazaniu tych materiałów tam, gdzie wiem, że zostaną właściwie spożytkowane i będą dostępne dla innych. Zależało mi, aby uratować od niepamięci tę historię, jej poszczególne elementy, a zwłaszcza ludzi, o których się dzisiaj nie mówi, a którzy wykazali się niezwykłą postawą patriotyzmu i braterstwa. To było zasadniczym powodem, dla którego zrezygnowałem z pracy zawodowej, poświęciłem się zbieraniu materiałów, pisaniu i odtworzeniu tego wszystkiego, co miało autentycznie miejsce podczas Powstania Warszawskiego i ludzi z tym związanych. Zadaniem, jakie sobie postawiłem, było też rzetelne przedstawienie historii i faktów, które niejednokrotnie były kolportowane, niewłaściwie przedstawiane i funkcjonowały w historii. To weryfikowanie dotyczyło zarówno wydarzeń, jak i ludzi, bo prawda jest zawsze na pierwszym planie.

W czasach PRL-u trudno było jednak przedstawiać tę prawdę…  

– Wtedy nie pisałem, a jedynie gromadziłem i uzupełniałem materiały. Zresztą i tak miałem łatkę AK-owca, co sprawiało, że byłem np. gorzej wynagradzany niż moi partyjni koledzy po fachu. Zresztą komuniści tak bardzo mnie nie lubili, że zabroniono mi wszelkich publikacji w prasie, i aby pozbyć się mnie, w wieku 54 lat „zafundowali” mi przejście na emeryturę.

I tak naprawdę zgromadzony materiał zacząłem przelewać na papier dopiero po 1980 r., po zrywie solidarnościowym.

Jak z perspektywy powstańca, gdzie wartości odgrywały dominującą rolę, patrzy Pan na dzisiejszą Polskę, na relacje polityków, na kłótnie i waśnie, które dominują w życiu publicznym?

– Może zabrzmi to patetycznie, ale o tym, żeby zaangażować się w konspirację, zdecydowało przywiązanie do Polski jako kraju, w którym się urodziłem i wychowałem i któremu chciałem jak wielu młodych ludzi służyć. W momencie wybuchu wojny miałem zaledwie 11 lat. Bolało to, że ktoś obcy podniósł rękę na naszą wolność, dlatego kiedy w 1942 r. zaproponowano mi konspirację harcerską, z energią i zapałem wszedłem w to. Powiem więcej, szukałem takiej okazji, aby być razem z tymi, którzy walczą o naszą wolną Polskę. Dlatego kiedy dzisiaj patrzę na scenę polityczną, bo staram się śledzić bieżące wydarzenia, to jest mi bardzo przykro, a czasem pojawia się nawet złość. Nic dobrego o tych ludziach, którzy rządzą Polską i zajmują najwyższe stanowiska w państwie, niestety nie można powiedzieć. Owszem, można się kłócić, ale mądrze, można się różnić, bo bez tego nie ma postępu, ale trzeba mieć na uwadze przede wszystko dobro kraju i obywateli. Można się spierać, a nawet trzeba, ale widzieć też to, co my widzieliśmy 71 lat temu, choć nie mieliśmy tak naprawdę pojęcia o polityce, ale czuliśmy, co jest ważne, co dobre i piękne i temu chcieliśmy służyć, a potem walczyć, kiedy ktoś wyciągnął rękę, aby nas tego pozbawić. Dzisiaj kłótnie polityków mają na celu obrażać siebie nawzajem, dokopać drugiemu, i to jest cała dzisiejsza polityka. Gdzie jest patriotyzm i bohaterstwo, co kiedyś było, a dzisiaj…

A jak w tym kontekście postrzega Pan dzisiejszą młodzież?

– Mamy różne przykłady, jak chociażby te negatywne, które pokazują, co robią nastoletnie dziewczęta w warszawskim tramwaju, mamy przykłady, że młodzież, mimo iż wie, że tzw. dopalacze niosą śmierć, to jednak po nie sięga. To wszystko nie napawa optymizmem, bo pokazuje, że kraj zmierza donikąd. Gdzie jest harcerstwo, to prawdziwe harcerstwo, które było najlepszą szkołą patriotyzmu, a młodzi ludzie przyjmowali to z aplauzem? Dlatego trzeba odbudować świat wartości i nie oglądając się na innych, zacząć na nowo budować na tym, co sprawdzone, na takich wartościach jak Bóg, Honor, Ojczyzna. Te wartości po drodze do niby nowoczesności się zgubiły i o dziwo, nikt ich nie podnosi. I nie chodzi tu tylko o słowa, ale o to, żeby idee przekuwać w czyny, tak jak robili to młodzi powstańcy warszawscy. Trzeba mieć jednak styl życia i nie ulegać prostakom, cwaniakom, dla których dobry stołek w państwowej instytucji jest najwyższym dobrem i celem życiowym, dla osiągnięcia którego są w stanie zrobić wszystko. Ale nie tędy droga…

    Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 1 sierpnia 2015 (13:55)

NaszDziennik.pl