logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Półśrodki spotęgują problem

Środa, 16 września 2015 (04:04)

Z dr. Witoldem Waszczykowskim, posłem PiS, wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, byłym wiceministrem spraw zagranicznych, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Węgrzy zamykają granicę z Serbią i zaostrzają przepisy dla nielegalnych imigrantów, tymczasem Polska mówi o gotowości przyjęcia uchodźców. Czy to rozsądne?

– Wszystko zależy od tego, co rozumiemy pod słowem „przyjąć”. Jeśli bowiem w grę wchodzi przyjęcie pewnej grupy na jakiś określony czas, załóżmy w celu przetrzymania zimy, czy okresu rozwiązania konfliktu w rejonie, z którego oni pochodzą, to można się nad tym zastanawiać. Tak czy inaczej, przyjmując takich imigrantów, należy brać pod uwagę przede wszystkim czynnik bezpieczeństwa, a to oznacza selekcję i wpuszczenie na nasze terytorium tylko tych, którzy poddadzą się identyfikacji i potrafią udowodnić, że nie są pod wpływem ideologii fundamentalistycznej. Ponadto należałoby ograniczyć się do określonej kwoty uchodźców, którą byłoby można umieścić w ośrodkach dla uchodźców, którymi w tej chwili dysponujemy w Polsce. Po trzecie – zresztą zgodnie z prawem międzynarodowym – należałoby się ograniczyć do przyjęcia tylko tych uchodźców, których życie w wyniku represji jest zagrożone w ich rodzinnych krajach. Chodzi tu o imigrantów politycznych, a nie ekonomicznych, i takie jest stanowisko Prawa i Sprawiedliwości, do którego dopiero dzisiaj premier Kopacz zaczyna się skłaniać. Przypomnę, że podobne stanowisko zostało wyartykułowane kilka dni temu przez prezydenta Andrzeja Dudę w trakcie Forum Ekonomicznego w Krynicy. Wszystko zależy zatem od tego, czy te trzy elementy, o których wspomniałem, zostaną wzięte pod uwagę, i czy będzie to tylko czasowe rozwiązanie. Polski, która nie potrafiła dać pracy i stworzyć warunków mieszkaniowych dla dwóch milionów naszych rodaków, którzy zostali zmuszeni do wyjazdu za granicę za pracą i chlebem, Polski, która nie potrafi zagospodarować kolejnych dwóch milionów bezrobotnych, nie stać na przyjęcie w celu zintegrowania, osiedlenia na stałe i udzielenia pomocy obcym, skoro nie może zapewnić bytu własnym obywatelom.     

Wprawdzie w poniedziałek premier Ewa Kopacz stwierdziła, że będzie stanowcza w sprawie narzucania kwot uchodźców, ale jej dotychczasowa postawa wcale na to nie wskazuje. 

– To prawda. Jeszcze kilka dni temu premier Kopacz prezentowała stanowisko otwarte wobec życzeń Brukseli i Berlina. Sprawiała wrażenie, że chce być pochwalona przez media europejskie i być może wykorzystać to potem jako element kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej. Dzisiaj natomiast chyba dotarło do premier Kopacz, że polskie społeczeństwo nie jest gotowe, że w naszym kraju nie ma społecznego poparcia dla rozwiązań, jakie próbuje narzucić Komisja Europejska. W związku z tym musiała zmienić front i wydaje się pod wpływem tej sytuacji wyborczej próbować stworzyć wrażenie, że będzie bardziej stanowcza. Mam nadzieję, że ta nagła stanowczość jest także reakcją na groźby, jakie premier Kopacz usłyszała od polityków niemieckich i austriackich, co do odbierania nam za karę unijnych dotacji. Takiemu stanowisko należy się przeciwstawić z całą stanowczością. Unijne dotacje nie są bowiem żadnym prezentem dla nas, a wynikają z traktatów międzynarodowych i są elementem wyrównywania poziomu życia we wszystkich państwach Unii Europejskiej.

Dodajmy może, że Polska nie tylko otrzymuje, ale wpłaca, i to wcale niemałe środki, do wspólnej unijnej kasy…

– To jest dowód na to, że, jeśli odliczyć składki, jakie musimy wpłacać do unijnej kasy, to ten nasz zysk wcale nie rysuje się aż tak wyraźnie, jak sugerują to Niemcy czy Austriacy, czy rząd Platformy Obywatelskiej. Warto też wziąć pod uwagę, że włączyliśmy w unijny obieg gospodarczy cały polski rynek, co oznacza, że wielkie europejskie firmy, które panoszą się na naszym rynku, zyskują na tych interesach ogromne pieniądze, a zyski transferują do swoich krajów. Mam tu na myśli banki, wielkie korporacje zagraniczne czy wielkopowierzchniowe sklepy, które często nie wykazują zysku, a od lat się rozwijają, co oznacza, że muszą przynosić dochody. Jeśli zatem połączyć te wszystkie elementy, to ten zysk, który firmy zachodnie osiągają w Polsce, nawet przy tej dotacji, jaką otrzymujemy z unijnej kasy, aż ok. 80 eurocentów z każdego euro wraca na Zachód w różnej postaci. Można zatem powiedzieć, że dopłacamy do Unii, która jeszcze na nas zarabia. Stąd należy się w sposób stanowczy przeciwstawić dywagacjom, że rzekome prezenty zostaną nam odebrane, jeśli nie będziemy tańczyć w takt muzyki Brukseli czy Berlina.

Czy Niemcy i Austria mają jakiekolwiek prawo pouczać Polskę w kwestii solidarności?  

– Polska na przestrzeni wieków udowodniła, że stoi na straży wolności i jak trzeba, potrafi bronić nie tylko swoich granic, ale granic Europy. Wystarczy tylko wspomnieć odsiecz wiedeńską króla Jana III Sobieskiego, bitwę z bolszewikami, gdzie broniliśmy Europy, czy całą II wojnę światową, w której walczyliśmy na wszystkich możliwych frontach Europy i świata, wykazując się nieprzeciętnym męstwem i ofiarnością. Po wojnie to państwa zachodnie pozostawiły nas w strefie wpływów Związku Sowieckiego na mocy układu jałtańskiego i spośród wszystkich narodów walczyliśmy najbardziej odważnie z komunizmem, a po upadku tego zbrodniczego systemu to nie kto inny jak polscy żołnierze brali udział w operacjach pokojowych na całym świecie, od Afganistanu po Haiti. W związku z tym formułowanie zastrzeżeń, że my możemy być niesolidarni, że możemy być nie dostarczycielem, a konsumentem bezpieczeństwa na świecie, jest bezzasadne i trzeba się temu stanowczo przeciwstawić.

Większość krajów UE poparła w poniedziałek plany rozmieszczenia uchodźców, ale jednomyślności w tej sprawie nie było…

– Wyrazem braku tego, co można by określić mianem jednomyślności, jest brak wyznaczenia podczas tego spotkania kwot uchodźców, jakie każdy kraj członkowski miałby przyjąć do siebie. Uzgodniono jedynie, że trzeba rozprowadzić w Europie 160 tysięcy uchodźców. Nie ma natomiast decyzji co do tego, ile dany kraj miałby przyjąć. Ta decyzja została odsunięta w czasie do października. Niewykluczone, że w październiku też nie będzie tej decyzji, tym bardziej że do tego czasu sytuacja może się zmienić drastycznie, bo napływ uchodźców rośnie z dnia na dzień lawinowo. Może się zatem okazać, że 8 października trzeba będzie dyskutować już nie o 160 tysiącach, a o znacznie większej liczbie uchodźców.

Czy to mądrze, że tak ważna decyzja jest odwlekana w czasie, i czy to nie świadczy o tym, że Unia tak naprawdę nie ma pomysłu, jak rozwiązać problem uchodźców?

– Powiedziałbym, że taka decyzja, o ile zapadnie, będzie zachętą dla kolejnych uchodźców. Unia ma dylemat, bo jedni chcą zniechęcać, zmieniają nawet prawo, stawiają płoty czy ograniczają świadczenia socjalne, natomiast inni apelują i Polska też powinna wypowiadać się w tym tonie, aby zająć się nie skutkami, a przyczyną tej niespotykanej fali uchodźców. Nie wyleczymy nigdy skutków i każda fala, jaka napłynie do Europy, będzie prowokowała następnych do migracji, jeżeli nie rozwiążemy problemu systemowo. W przeciwnym wypadku będziemy mieli zagrożenie bezpieczeństwa nie tylko socjalnego, ale zagrożenie życia i zdrowia Europejczyków. Dlatego powinniśmy nie tylko zastanawiać się, jak doraźnie rozwiązać kwestie uchodźców, ale jak zahamować konflikty globalne, które powodują niezliczony napływ uchodźców do Europy.

Jakie problemy konkretnie ma Pan na myśli?

– Tych problemów jest kilka. Przede wszystkim stabilizacja Libii, stabilizacja sytuacji w Syrii i wyeliminowanie tzw. Państwa Islamskiego, kalifatu, który także rodzi czy też wywołuje falę imigrantów.

Czy Pana zdaniem będzie reprymenda ze strony Berlina i kraje Grupy Wyszehradzkiej, w tym Polska, będą musiały zgodzić się z wolą silniejszych mocarstw?

– Nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy suwerenny polski rząd miałby ulegać naciskom ze strony Unii Europejskiej. Uczmy się od innych i jeżeli zajdzie taka potrzeba, to zawsze mamy możliwość zmiany prawa. Co to bowiem znaczy przyjąć uchodźców…? Musielibyśmy ich u siebie zarejestrować i nawet jeśli uciekliby do Niemiec, to mając dokumenty wydane przez Polskę, zostaliby tu odesłani z powrotem. Taki proceder może trwać tylko kilka lat, bo przypomnę, że po pięciu latach tacy ludzie nabywają automatycznie prawo do pobytu w całej strefie Schengen. Przy czym każde państwo może zmienić tę regulację i obniżyć okres tej karencji przebywania, odpowiednio posługując się prawem. To może z kolei powodować niekorzystną sytuację, bo zamiast ujednolicenia prawa europejskiego, możemy mieć do czynienia z grą prawem, grą emigrantami, przerzucaniem ich z państwa do państwa. Biorąc też pod uwagę dysproporcje w warunkach socjalnych między Polską a Niemcami trudno będzie utrzymać tych imigrantów w naszym kraju. Jeżeli do tego dołożymy protesty różnych organizacji, jakie mogą się pojawić, nie będzie możliwości, aby zatrzymać tych ludzi siłą.

Podziela Pan optymizm ministra spraw wewnętrznych Teresy Piotrowskiej, która twierdzi, że wzmocnienie granic zewnętrznych UE – zwłaszcza naszej wschodniej granicy – nie jest konieczne?

– Po pierwsze, jestem rad, że minister Piotrowska wreszcie zabrała głos, wprawdzie została wywołana przez premier Kopacz, ale tak czy inaczej jest to już jakiś postęp, bo wydawało się, że jest to jakiś minister widmo, który nie bierze udziału w wielu wydarzeniach międzynarodowych. Dała znak życia, a to już jest olbrzymi sukces. Trudno mi natomiast ocenić, czy granice Polski są dobrze zabezpieczone, czy nie, bo jak dotychczas nie zderzyliśmy się z falą uchodźców podobną do tej, z jaką mają do czynienia np. Węgrzy. Zarówno minister Piotrowska, jak i jej poprzednik minister Sienkiewicz w obliczu konfliktu ukraińskiego w ubiegłym roku przekonywali Polaków, że wszystko na przyjęcie uchodźców za wschodniej granicy jest przygotowane. Z naszych ocen wynika, że Polska jest w stanie przechować w ludzkich warunkach kilkadziesiąt tysięcy imigrantów w ośrodkach dla uchodźców czy w prowizorycznych ośrodkach przygotowanych przez wojewodów. Być może po zakończeniu lata rząd mógłby  wynająć do tego celu ośrodki, np. wczasowe, które po odpowiednim dostosowaniu mogłyby służyć także zimą. To daje liczbę kilkudziesięciu tysięcy uchodźców, jakich można przyjąć czasowo. Tak czy inaczej wciąż bez odpowiedzi pozostaje pytanie, co dalej, bo Unia nie kwapi się, aby podjąć jakąś działalność w kierunku rozwiązania konfliktów, o których wspomniałem wcześniej, a które powodują falę uchodźców. Jest zatem niebezpieczeństwo, że tacy uchodźcy, jeżeli w ogóle przyjechaliby do Polski, to zostaliby tu znacznie dłużej, a na to zwyczajnie nas nie stać.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl