logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

O jakiej zmianie mowa?

Czwartek, 24 września 2015 (20:55)

Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Mija rok, odkąd Ewa Kopacz objęła stery rządu, przejmując schedę po Donaldzie Tusku. Jak ocenia Pan ten czas? Jako rok rządzenia czy rok pozorowania działań? Czy da się oddzielić rok premierostwa Ewy Kopacz od ośmiu lat rządów Platformy?

– Premier Kopacz stosuje przedziwną retorykę, chcąc wmówić polskiemu społeczeństwo, że Platforma rządzi tylko rok, co wskazywałoby, że pozostałe 7 lat Polską rządziły krasnoludki i to one ponoszą winę za stan państwa. Proszę zwrócić uwagę na sformułowania: „mój rząd”, „my rządzimy”, „wszystko, co obiecałam w exposé, spełniłam”, „dotrzymałam słowa” itp. To nic innego jak manipulacja, bo Platforma rządzi nie rok, a osiem lat, a rząd Ewy Kopacz to rząd kontynuacji. Ona sama jest szefową partii sprawującej władzę. Mało tego – brała udział we wszystkich działaniach tej ekipy na przestrzeni ostatnich ośmiu lat. Premier Kopacz działa wybiórczo, pokazując to, co jest dla niej wygodne, a sprytnie wycina fakty, które świadczą na jej niekorzyść i formacji, której przewodzi. Można powiedzieć, że zachowuje się, jakby miała chwilową amnezję. Próba sprowadzenia rządów tylko do jednego roku to sprytny zabieg i próba ucieczki od konsekwencji niespełnionych i niezrealizowanych obietnic dwóch kadencji.        

Można też odnieść wrażenie, że ten rząd zachowuje się tak, jakby Platforma była w opozycji, a Polską rządził ktoś zupełnie inny…

– Zgadza się. Co więcej, premier Kopacz próbuje zbudować retorykę pod hasłem „dobra zmiana”, za czym idzie cała lista kolejnych obietnic: będziemy widzieć młodych, stworzymy rynek pracy... A więc wypowiada się w formie – jak pan to zauważył – że w Polsce rządzi kto inny, a nie ona. W ten sposób buduje w świadomości obywateli przekaz, że oto rządzą źli, a jedynie ona jest uosobieniem dobra i jako taka może być alternatywą i dobrą zmianą. Ostatnio widziałem hasło wyborcze jednego z polityków Platformy, kandydata do parlamentu: „Czas na zmiany”. Czyż to nie brzmi jak kpina? O jakiej zmianie, o jakim nowym otwarciu może być mowa?

Czy ta retoryka nie jest jednak wypadkową tego, jakie jest społeczeństwo, czerpiące informacje z tzw. gotowców medialnych, które serwują taki właśnie przekaz wspierający władzę?

– Ta kampania ma dwóch bohaterów: jednym są politycy, a drugą grupę stanowią nieobiektywne media. W żadnym normalnym kraju premier Kopacz nie pozwoliłaby sobie przemycać takiego przekazu, gdyby określone media opiniotwórcze na to nie pozwoliły. Fakty są takie, że media – i to nie tylko komercyjne, ale także publiczne – już nie próbują ukrywać swoich sympatii czy wprost swojego poparcia dla jednej ze stron. Media przestały być czwartą władzą, a stały się elementem manipulacji, w sposób wybiórczy przedstawiając informacje.

Jakim – Pana zdaniem – premierem jest Ewa Kopacz?

– Przede wszystkim jest sprytnym administratorem, który próbuje zagrać polską Margaret Thatcher, tyle że nie umywa się do byłej premier Wielkiej Brytanii jako polityk, również aktorsko wypada bardzo słabo. Co więcej, nie tylko nie stała się polską Margaret Thatcher, ale jest uosobieniem nieudolnego polityka. Nie w sensie administrowania, bo – jak wspomniałem – jako urzędniczka prezentuje się nieźle, ale jest politykiem, który zapomina, co więcej – nie rozumie, czym jest polska racja stanu. To jest coś, co ją w tej roli dyskredytuje. Jako polityk nie umywa się nawet do męża stanu, który zasługuje na uznanie i szacunek, ale jest politykiem, który świadomie i z premedytacją posługuje się manipulacją, budując potiomkinowski wizerunek Polski. Platforma to rząd, który nie rządzi, tylko administruje, a jednocześnie sprytnie przedstawia fakty, wygodnie dla siebie.

Na przykład?

– Weźmy pierwszy przykład z brzegu – oczywiście z kampanii wyborczej – słynna zapowiedź wprowadzenia jednolitej stawki PIT do 10 proc., likwidacja składek na ZUS i NFZ, a więc coś, co można określić jako „nowy podatek premier Kopacz”. Tyle że kiedy policzyć wszystko dokładnie, wychodzi na to samo, co jest obecnie. Psychologicznie mówimy, że zmniejszamy czy likwidujemy składki na ZUS czy NFZ, ale przecież te pieniądze i tak trzeba będzie znaleźć, a więc pobrać je z kieszeni Polaków, tyle że zyska to nową nazwę. To sprytny zabieg manipulacyjny, pokazujący, jak Platforma traktuje polskie społeczeństwo.        

Czy jednak jest coś, co zaliczyłby Pan do osiągnięć rządu Ewy Kopacz, a co jest największą porażką tej ekipy?

– Porażką z pewnością jest to, że Ewa Kopacz jako premier nie potrafiła się wznieść ponad to, co określiłem wcześniej jako administrowanie i nie próbowała nawet wyjść z tej atmosfery, którą stworzył i pozostawił jej w spadku Donald Tusk, atmosfery, którą usiłuje podkręcać spec od wizerunku obecnej premier Michał Kamiński. Spod jego ręki wychodzi Ewa Kopacz nie jako osoba samodzielna, ale odtwórczyni, i to dość kiepska, scenariusza, który pisze jej ktoś inny. Jeśli natomiast mam powiedzieć o tzw. plusach dodatnich pani premier, to faktem jest, że próbuje się zmieniać wizerunkowo, wprowadzić do swoich wystąpień więcej emocji, stanowczości, co świadczyłoby o tym, że chce się rozwijać. Z drugiej strony, wychodzi jednak miernota pod względem fachowości i pod względem politycznym. Przykładem niech będzie tworzenie list wyborczych Platformy, o których mówiła, że będą obywatelskie, a jakie są, każdy widzi. To tylko pokazuje, że jako szefowa jednej z dwóch największych partii na polskiej scenie politycznej nie potrafiła postawić się tzw. baronom czy osobom skompromitowanym, które są „bohaterami” słynnych taśm. Minusem Ewy Kopacz jest także to, że obejmując urząd premiera, nie potrafiła się jednoznacznie i skutecznie odciąć od taśm, nie broniąc głównych aktorów tego skandalu, ale wyraźnie piętnując takie zachowania i polityków, którzy złamali obowiązujące kanony. Nie jest zatem osobą konsekwentną. Można też powiedzieć, że postawie Ewy Kopacz i jej rządu prezydent Komorowski – oczywiście poza własnymi niewątpliwymi zasługami – może również zawdzięczać to, że skończył urzędowanie po jednej kadencji. Tak czy inaczej matką chrzestną tej porażki, która dorzuciła swoje trzy grosze, jest także Ewa Kopacz i jej rząd, który w pewnym momencie zamienił się w sztab wyborczy. To kolejny dowód, że premier i rząd Platformy nie potrafili oddzielić funkcji sprawowania władzy i rządzenia Polską od agitowania na rzecz swojego kandydata. Zachowali się tak, jakby państwo polskie było tożsame z Platformą Obywatelską, co zresztą kontynuują w kampanii parlamentarnej, przemierzając Polskę wzdłuż i wszerz.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl