logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Dla PO liczy się głos nawet PRL-owskich notabli

Piątek, 16 października 2015 (03:11)

Aktualizacja: Piątek, 16 października 2015 (09:33)

Z Janem J. Kasprzykiem, historykiem, publicystą, radnym warszawskiego samorządu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Rząd premier Ewy Kopacz przed wyborami daje podwyżki m.in. byłym funkcjonariuszom bezpieki PRL, którzy do dziś pracują w służbach. Opozycja twierdzi, że PO chce kupić sobie urzędników przed wyborami, Pana zdaniem słusznie?

– Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że tak właśnie jest. Zresztą nie pierwszy to przypadek, bo podobne sytuacje mieliśmy chociażby w Warszawie przed wyborami samorządowymi, kiedy administracja, której przewodzi Platforma Obywatelska, dawała podwyżki, premie tak, aby cały sztab urzędników stołecznego ratusza głosował na swojego pracodawcę, czyli na tych, którzy dzielą korzyści. Należy przypuszczać, że teraz jest podobnie. Administracja pod rządami PO – PSL jest rozbudowana do granic dotąd niespotykanych. Tworzy ją cała rzesza urzędników, którzy wiedzą, że pod rządami Platformy nic złego im nie grozi. Często są to ludzie na specjalnie dla nich stworzonych stanowiskach, którzy piastują funkcje wynagradzane niewspółmierne do powierzonych im obowiązków. Zarówno posady, wynagrodzenia, jak i podwyżki mogą być motywacją dla takich urzędników, aby 25 października przy urnach pamiętali o swoich chlebodawcach z Platformy i PSL-u.    

Platforma musi być bardzo zdesperowana, skoro próbuje sobie „kupić” głosy nawet byłych esbeków.

– Platforma jest nie tylko zdeterminowana, ale też przerażona tym, co stanie się 25 października. Widać to nie tylko przy okazji sprawy, o której rozmawiamy, ale po nerwowości, jaka panuje w szeregach i sztabie Platformy, co pokazują media. Ta determinacja i chęć zdobycia chociażby jednego głosu więcej, to nic nowego, wystarczy tylko przypomnieć, jak reagował Bronisław Komorowski po przegranej pierwszej turze wyborów prezydenckich, kiedy okazało się, że może przegrać także w drugiej. Ta histeria znalazła swój wyraz chociażby w ogłoszonym referendum w sprawie JOW-ów, które nie dość, że nie przyniosło Komorowskiemu zamierzonego poparcia, to kosztowało Polaków około stu milionów złotych. Były prezydent wywodzi się z tego obozu władzy, która mam nadzieję przestanie sprawować rządy w Polsce po 25 października i nie pomoże im kupowanie poparcia. Jak ulał pasuje tu stwierdzenie, którego niegdyś użył Antoni Słonimski, mówiąc, że „tonący brzydko się chwyta”.

Dlaczego w Polsce przedstawiciele reżimu komunistycznego nie ponoszą odpowiedzialności, mało tego w większym zakresie korzystają z przywilejów niż obrońcy polskiej wolności? 

– Ta sytuacja jest karygodna, oburzająca, która nie powinna mieć miejsca, tym bardziej że za nami 25 lat wolności, jak to określają rządzący. SB-ecy na emeryturze otrzymują nawet kilkakrotnie wyższe świadczenie, niż byli opozycjoniści. Osobiście znam wiele osób z dawnej opozycji niepodległościowej, które żyją na skraju ubóstwa. Nie jest rzadkością, że takie osoby nie otrzymują świadczeń emerytalnych czy rentowych w należnym im wymiarze, bo w stanie wojennym byli internowani czy też ukrywali się i ten czas niestety nie liczy się im do stażu. Dziś otrzymują najniższe świadczenia w granicach 1000-1200 złotych, co nie tylko nie wystarcza na godne życie, ale nawet na zabezpieczenie podstawowych potrzeb. Po drugiej stronie mamy całą rzeszę funkcjonariuszy SB, choćby pracowników MSW, gdzie staże wynikające ze stopni wojskowych, jakie posiadali, czy stopni milicyjnych liczą się im do emerytury. To wręcz niewyobrażalne. W II RP, kiedy rodziła się polska wolność, nie znam przypadku, żeby np. agenci carskiej Ochrony żyjący w niepodległej Polsce otrzymywali świadczenia wyższe niż bojownicy walk o niepodległość. Klasa polityczna w 1989 r. przy Okrągłym Stole popełniła błąd kardynalny, grzech – moim zdaniem – założycielski III RP, a mianowicie dobro nie zostało nazwane dobrem, a zło złem. Nastąpiła relatywizacja tych pojęć, czego efekty pokutują dzisiaj w różnych obszarach zarówno w przypadku emerytur SB-eckich, czyli niesprawiedliwości społecznej, gdzie ofiara ma nieporównywalnie gorsze warunki w porównaniu z katem. Dotyczy to także innych obszarów, gdzie np. w środowisku „Gazety Wyborczej” przy okazji święta Żołnierzy Niezłomnych pozwala się na dyskusje, w których puentą jest stwierdzenie, że właściwie każda ze stron miała rację. To efekt karygodnego zaniechania z 1989 r., ale nie oznacza to wcale, że nie można tego naprawić. Powiem więcej, najwyższa pora, aby to uczynić i zło nazwać złem, a dobro dobrem. Należałoby tę sprawiedliwość przełożyć także na sferę emerytur. SB-ecy nie mogą absolutnie otrzymywać uposażeń często wielokrotnie wyższych niż ich ofiary. To wymaga – moim zdaniem – systemowego rozwiązania. Sądzę, że przyszły parlament powinien się tym zająć i raz na zawsze naprawić dziejowe krzywdy – efekt 25-letnich zaniedbań.

Siedmiu sędziów Sądu Najwyższego uznało wczoraj, że bezprawne pozbawienie wolności może być uznane za nieprzedawniającą się zbrodnię przeciw ludzkości. Procesy zbrodniarzy komunistycznych ciągną się latami. Czy może to być krok w kierunku rozliczenia winnych zbrodni komunistycznych?

– Stanowisko Sądu Najwyższego to jest dobry sygnał. I tu nie chodzi o odwet, od czego jako ludzie wierzący jesteśmy dalecy, ale chodzi tu o sprawiedliwość. W systemie demokratycznym ofiara, którą właściwie jest cały naród, może żądać, domagać się sprawiedliwości w postaci choćby symbolicznych wyroków. To jest sprawa, o którą jako środowiska niepodległościowe zabiegamy właściwie od lat. Jej symbolicznym wymiarem będzie np. pozbawienie stopnia generalskiego Czesława Kiszczaka. Ten człowiek nie ma prawa, aby przed jego nazwiskiem był umieszczany zaszczytny tytuł „generał”. Kwestia osądzenia takich ludzi nie oznacza wsadzania ich do więzień, bo nie o to tu chodzi, ale należy pokazać, że system komunistyczny był zły, a system ten tworzyli bardzo konkretni ludzie, których jeżeli sąd udowodni winę, należy skazać. Wielu, jak Wojciech Jaruzelski czy Stanisław Kociołek, stanęło już przed najwyższym Bożym sądem, ale sprawiedliwość tu na ziemi wymaga, aby ci, którzy są odpowiedzialni chociażby za stan wojenny, za masakrę w 1970 r. czy inne zbrodnie komunistyczne, zostali osądzeni i prawomocnym wyrokiem sądu skazani i napiętnowani za krzywdy. Nie może być tak, że jeszcze nie tak niedawno na Pomorzu z honorami wojskowymi żegnano człowieka odpowiedzialnego za śmierć wielkiej polskiej patriotki Danuty Siedzikówny „Inki” i dopiero po protestach społecznych, po 25 latach Wolności, weszło w życie rozporządzenie ministra obrony narodowej, że osoby związane z bestialskim reżimem komunistycznym nie będą chowane z honorami wojskowymi.  

Jak w tym kontekście odczytuje Pan pochówki komunistycznych dygnitarzy na Powązkach?

– To nieporozumienie i chichot historii. Nie dalej jak dwa tygodnie temu na wojskowych Powązkach pochowano Stanisława Kociołka nieopodal Łączki, gdzie wciąż jeszcze w dołach śmierci są niewydobyte szczątki bohaterów. Mamy zatem do czynienia z sytuacją, kiedy kaci są często grzebani nieopodal swoich ofiar i temu należy postawić tamę. W takich sytuacjach pokutuje wspomniany już wcześniej przeze mnie grzech założycielski III RP, czyli zrelatywizowanie postaw i niedookreślenie, co – jak sądzę – było też pewną gwarancją daną przez tych przedstawicieli opozycji solidarnościowej, którzy zasiedli z komunistycznymi władzami przy Okrągłym Stole. Ten glejt dawał ustępującej PRL-owskiej władzy gwarancję nietykalności. Tak jednak dłużej być nie może. Sprawiedliwość wymaga, aby wszystkie zbrodnie komunistyczne zostały osądzone, a ich sprawcy napiętnowani. Ten zbrodniczy system tworzyli bardzo konkretni ludzie, wielu spośród nich wciąż jeszcze żyje. Tymczasem wyroków skazujących zapadło bardzo niewiele. Można odnieść wrażenie, że sądy chcą, aby natura ich wyręczyła. Jedynym właściwie osądzonym i skazanym po 1989 r. był stalinowski zbrodniarz Adam Humer. Pozostali odgrywają komedie przed sądami, przedstawiając zaświadczenia lekarskie, a prasa pokazuje zdjęcia, jak chociażby w przypadku Kiszczaka, kiedy miał być obłożnie chory, tymczasem miło spędzał sobie czas na swoich działkach, korzystając z wysokich uposażeń emerytalno-rentowych.

Czy nie jest tak, że ten grzech zaniechania państwa polskiego i wspomniana przez Pana gruba kreska sprawiają, że dla wielu tych dygnitarzy komunistycznych PRL, a tym samym bezkarność wcale się nie skończyły?

– Ci ludzie umiejętnie przygotowali sobie grunt pod tą dzisiejszą swoją bezkarność, kupując sobie tzw. święty spokój. Okrągły Stół i gruba kreska dały im zabezpieczenie temu środowisku zarówno finansowe w postaci uposażeń, jak i w postaci nietykalności. Nie wiem, na ile – i tu jest zadanie dla historyków IPN – komunistyczni aparatczycy w 1989 r. poprzez tzw. haki wobec czołowych działaczy opozycji solidarnościowej zabezpieczyli sobie nietykalność. Niewykluczone, że właśnie tu tkwi źródło tego grzechu zaniechania i nietykalności działaczy PRL-owskich, którzy otrzymali gwarancje. To powinni zbadać historycy, natomiast na nas spoczywa zadanie, obowiązek, aby ci, którzy ponieśli ofiary w walce z reżimem komunistycznym, zostali docenieni, a zbrodnie na nich dokonane rozliczone. W końcu komunizm przyniósł większe spustoszenie na świecie niż nazizm. Zbrodnie nazistowskie są ścigane i słusznie z całą surowością prawa do chwili obecnej. I nie ma znaczenia, czy strażnik z Oświęcimia ma 90, czy więcej lat, ale jeśli zostanie odnaleziony, to ma wytoczony proces i jest skazywany. Natomiast więzienie na Rakowieckiej czy inne miejsca komunistycznych kaźni nie różniły się wiele od choćby Alei Szucha, gdzie w czasie okupacji niemieckiej mieściła się siedziba Gestapo. Najlepiej oddają to słowa rotmistrza Witolda Pileckiego, który przeżył Oświęcim, a po wojnie był prześladowany przez stalinowski system represji i powiedział, że niemieckie represje i więzienie w porównaniu z działaniami stalinowskich siepaczy to była pestka. A zatem jeśli ścigamy – i słusznie – nazistowskich zbrodniarzy, to ścigajmy z taką samą stanowczością zbrodniarzy komunistycznych, żeby nie czuli się bezkarni i nie śmiali się w twarz swoim ofiarom. Przykład Kiszczaka jest tu modelowy.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl