logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

MON – mistrzowie negocjacji

Sobota, 17 października 2015 (05:10)

Z Andrzejem Kuchtą, przewodniczącym NSZZ „Solidarność” w PZL Świdnik, jednym z inicjatorów obywatelskiego projektu ustawy o wzmocnieniu przemysłowego potencjału obronnego Rzeczypospolitej Polskiej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Polska armia zapłaci za śmigłowce wielozadaniowe półtora miliarda złotych więcej, niż pierwotnie zakładano. Skąd „Solidarność” ma takie informacje?

– Informacja pochodzi z pisma, jakie otrzymaliśmy jako Sekretariat Metalowców NSZZ „Solidarność”, podpisanego przez wiceministra gospodarki Arkadiusza Bąka, osobę odpowiedzialną za negocjacje w sprawie offsetu przy kontrakcie na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii. W piśmie jest informacja, że 30 września rozpoczęły się negocjacje umowy offsetowej, widnieje tam również cena za zestawy śmigłowców oferowanych przez firmę Airbus Helicopters: 13 miliardów 347 milionów 856 tysięcy 87 złotych i 58 groszy.

O kwocie przekraczającej 13 miliardów złotych już wcześniej donosiły media…

– Owszem, ale nie mieliśmy potwierdzenia, które teraz zostało podane oficjalnie.

Co sądzi o tym załoga PZL Świdnik?

– Z jednej strony jesteśmy tą kwotą zaskoczeni, a z drugiej oburzeni. Jeszcze nie tak dawno była mowa o tym, że przetarg zamknie się w kwocie 11-12 miliardów złotych, co zresztą było w części zgodne ze znowelizowanym w lipcu 2014 r. programem wieloletnim „Priorytetowe Zadania Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w ramach programów operacyjnych”, gdzie na śmigłowce wsparcia bojowego zabezpieczenia i VIP-owskie Ministerstwo Obrony Narodowej przewidywało 11 miliardów 834 miliony złotych. Natomiast teraz widzimy, że cena tylko za same śmigłowce wielozadaniowe wzrosła o półtora miliarda złotych. W kwietniu została ogłoszona informacja o wyborze i dopuszczeniu do dalszego etapu postępowania testów praktycznych francuskich caracali, jednocześnie podano, że będzie to nie 70, jak wcześniej planowano, a tylko 50 śmigłowców. Ze strony MON płynęły sygnały, że cena będzie jeszcze negocjowana i należało się spodziewać, że będzie negocjowana w dół, a nie w górę. Jeżeli przyszłoby do domówienia pewnej ilości śmigłowców, to była cicha nadzieja, że mogłoby to być śmigłowce z PZL Świdnik czy PZL Mielec, a więc z polskich zakładów. Okazało się, że nie dość, że za mniej śmigłowców płacimy więcej, to o śmigłowcach produkowanych w Polsce nie ma nawet mowy. Jak wyliczyliśmy, każdy dzień negocjacji cenowych – począwszy od 21 kwietnia, a więc od ogłoszenia decyzji przez prezydenta Komorowskiego, do 30 września, a więc do chwili rozpoczęcia negocjacji umowy offsetowej – kosztował budżet państwa ok. 15 milionów złotych.

Wiceminister obrony Czesław Mroczek, stwierdził, że kto jak kto, ale PZL Świdnik nie powinny zgłaszać protestów, bo cena za caracale była podobna do Waszej oferty, a stawiane tezy wprowadzają jedynie w błąd opinię publiczną. Zgadza się Pan z tą opinią?

– Z tego, co wiem, bo przypomnę, że negocjacje są objęte tajemnicą, to wszystkie ceny śmigłowców oferowanych w przetargu były podobne, ale zarówno nasza cena, jak i Mielca były niższe od oferty francuskiej w kwietniu, a tym bardziej teraz, kiedy okazało się, że jeszcze zostały wywindowane. Wszystkie dokumenty są utajnione i trudno mi się odnieść konkretnie do ceny, ale z informacji, jakie otrzymałem od zarządu PZL Świdnik, wynika, że nasza cena była niższa od Airbusa. W mojej ocenie, nie należy wprowadzać opinii publicznej w błąd, zwłaszcza kiedy brakuje pełnej informacji. Stąd mogą być wyciągane różne, niekoniecznie właściwe wnioski.

Związki zawodowe ze Świdnika, jak i z Mielca domagały się, aby kulisy przetargu upublicznić. Dlaczego do tego nie doszło?

– Owszem, od samego początku wnioskowaliśmy, aby dla przejrzystości przetargu kwestie, które nie są objęte tajemnicą, zostały podane do wiadomości. Wnioskowali o to również posłowie sejmowej Komisji Obrony Narodowej, którym niestety też uniemożliwiono wgląd do dokumentów. Gdyby tak się stało, dzisiaj nasza rozmowa i wnioski, jakie wyciągamy, być może byłyby bezprzedmiotowe. Niestety, decydenci wiedzieli lepiej, co zrobić, i dzisiaj są tego efekty. Sytuacja jest taka, że teraz musimy się opierać z jednej strony na tym, co MON podaje w mediach, a z drugiej na informacjach, które płyną ze strony kierownictw naszych zakładów pracy.   

Pojawia się także zarzut, że związki zawodowe ze Świdnika biorą udział w brutalnym planie zmierzającym do wyrugowania Airbusa…

– To nonsens. Nie mieliśmy i nie mamy planu, który zakładałby eliminowanie kogokolwiek. Gra toczy się o poważne kontrakty i miejsca pracy. Zasada powinna być jedna: niech wygra najlepsza oferta dla polskiej armii i dla polskiej gospodarki. Naszym zdaniem, oferta firmy Airbus Helicopters i oferowany przez nią helikopter nie były lepsze od naszej oferty. Jeśli zatem oferty są porównywalne, powinien decydować argument, który często pojawia się na portalu NaszDziennik.pl, a mianowicie patriotyzm gospodarczy. Dopominamy się zatem, aby pieniądze, które pochodzą z budżetu państwa, tworzyły miejsca pracy w Polsce. Natomiast wszystkie deklaracje i dotychczasowe działania Airbusa pokazują, że niekoniecznie te pieniądze zostaną przeznaczone na stworzenie nowych miejsc pracy w Polsce. Jeśli bowiem mamy mieć jedynie montownię stworzoną przez Francuzów, to nie jest to działanie w kierunku tworzenia stałych miejsc pracy, które – w odróżnieniu od Airbusa – już stworzyły w Mielcu koncern Sikorsky czy w Świdniku AugustaWestland. Podobnie rzecz dotyczy zakładu serwisowego, który też nie powstanie z dnia na dzień, bo o serwisowaniu nowego sprzętu też nie może być mowy, gdyż śmigłowiec musi wylatać określony resurs liczbę godzin i dopiero wtedy będą przeglądy i remonty. Jeśli zatem śmigłowce wejdą do służby w wojsku w 2017 r., jak to jest planowane, to nie łudźmy się, że wraz z tym terminem powstanie zakład remontowy. Nawiasem mówiąc, są zapowiedzi polityków, ale osobiście nie spotkałem się z wypowiedzią, że powstanie tam baza serwisowa caracali i jak to się przełoży na miejsca pracy. Powtórzę jeszcze raz, na pewno nie prowadzimy kampanii negatywnej przeciwko Airbusowi, ale zabiegamy o to, żeby pieniądze polskich podatników były zainwestowane w Polsce i u nas w kraju tworzyły miejsca pracy, a nie we Francji.

Szkoda tylko, że nie zabiega o to polski rząd…

– Kłania się tu wspomniany już wcześniej patriotyzm gospodarczy, który powinien przyświecać wszystkim politykom podejmującym tak ważne decyzje o strategicznym znaczeniu dla Polski.  

Czy ta wyższa cena, o której rozmawiamy, wyższa od pierwotnie zakładanej, to kolejna afera wokół przetargu śmigłowcowego?

– Trudno mi powiedzieć, czy określenie afera jest tu odpowiednie. Z pewnością mamy do czynienia z niekompetencją czy może już na początku tego przetargu przyjęto złe założenia. Być może przyjęta wspólna platforma śmigłowcowa, co krytykuje wielu obserwatorów, a przy czym tak upierało się MON, leży u podstaw błędów i tak wysokiej ceny. Kiedy zrobiliśmy analizę, gdzie śmigłowce Caracal są użytkowane i za jakie pieniądze je kupowano, to okazuje się, że kupujemy najdroższy sprzęt w tej klasie, a to, co zrobili polscy negocjatorzy, to jest mistrzostwo świata, tyle tylko, że w negatywnym znaczeniu.

Jakie w związku z tym są teraz oczekiwania świdnickiego producenta?

– Minister gospodarki zaproponował nam spotkanie w sprawie offsetu i wszystkich kwestii z tym związanych. Skierowaliśmy pismo w tej sprawie i czekamy na odpowiedź.

Wszystko wskazuje na to, że tak czy inaczej ten rząd nie będzie już finalizował umowy na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii. Czy w związku z tym jest jeszcze nadzieja, że losy przetargu zostaną odwrócone?

– Wydaje się, że ta ekipa nie ma moralnego prawa, aby finalizować umowę w przetargu, który budzi tak ogromne kontrowersje. Mam nadzieję, że rzutem na taśmę niczego już nie zrobią. Poza tym żeby podpisać kontrakt, to musi zostać wynegocjowana umowa offsetowa. Myślę, że nie zdążą już z tym, tym bardziej że wicepremier Piechociński, wypowiadając się w mediach, stwierdził, że do wynegocjowania jest bodajże 70 punktów, a na każdy punkt trzeba co najmniej dwóch dni, co daje 140 dni. Do wyborów pozostaje 10 dni, więc myślę, że już nie dadzą rady, a po 25 października może być nowe rozdanie i nowe nadzieje.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl